Globalizacja to przede wszystkim dostęp. Dostęp do rynków, do kapitału, do talentów z innych krajów. W tej definicji nie ma akademickiej finezji, ale stoi za nią coś znacznie cenniejszego: lata praktyki i ekspansja Profitroom (przedsiębiorstwo zajmuje się dostarczaniem hotelom systemów do zarządzania rezerwacjami online) na 60 różnych rynków. W takim ujęciu globalizacja przestaje być hasłem z podręcznika do ekonomii międzynarodowej, a staje się twardym warunkiem wzrostu. Zwłaszcza w przypadku, gdy po zajęciu 80 proc. krajowego rynku jedyną opcją na dalszy rozwój pozostaje ekspansja zagraniczna.
To jest jednak moment, w którym wielu przedsiębiorców wpada w samozadowolenie. Logika jest tutaj następująca: skoro jesteśmy już liderem na rodzimym rynku, to świat stoi przed nami otworem. Nic bardziej mylnego. Ekspansja zagraniczna jest coraz trudniejsza, coraz droższa i wymaga pełnego skupienia na procesie. Szczególnie w dobie napięć geopolitycznych, friendshoringu i uniezależniania się do nierzetelnych partnerów handlowych. Przykładowo, Customer Aquisition Cost (czyli de facto koszty sprzedaży, marketingu) za granicą potrafi być nawet czterokrotnie wyższy niż na rynku macierzystym. Marka, która w Polsce „sprzedaje się sama”, w Hiszpanii czy RPA zaczyna od zera.
Globalizacja nie jest więc drogą na skróty, lecz inwestycją o podwyższonym ryzyku – tyle że bez niej sufit osiąga się szybciej, niż by się mogło wydawać. Polska okazuje się w tej układance rynkiem paradoksalnym. Z jednej strony wystarczająco dużym, by zbudować skalę porównywalną z liderami pokroju Allegro. Z drugiej, zbyt małym dla wyspecjalizowanych firm, by utrzymać tempo wzrostu. Jednocześnie wraz z decyzją o ekspansji zagranicznej konkurencja zmienia wymiar. Zamiast lokalnych rywali pojawia się mozaika rynków o zupełnie innych uwarunkowaniach językowych, kulturowych czy regulacyjnych. A nawet aspirujący do miana globalnego produkt nie oznacza jednolitej konkurencji na wszystkich rynkach. Czasem łatwiej wejść do kraju 10-milionowego niż do 40-milionowego, w którym lokalni gracze zdążyli już zbudować silne, trudne do podważenia pozycje.
Na to wszystko nakładają się megatrendy, w szczególności te związane z nowymi technologiami. Po pierwsze – praca zdalna. Pandemia COVID-19 nie tyle ją stworzyła, ile przyspieszyła jej rozpowszechnienie. Biura zaczęły pustoszeć, a struktury zatrudnienia rozproszyły się po świecie. Jest to jednak zmiana nie tylko kosztowa, ale wręcz strategiczna. Skoro klient akceptuje relację online, a specjalista może pracować z dowolnego miejsca na świecie, to geografia przestaje być barierą. Wówczas globalizacja przyspiesza, bo cyfrowa infrastruktura czyni ją przezroczystą, wszechobecną.
Drugim megatrendem jest sztuczna inteligencja. Niektórzy porównują ją do rozprzestrzeniania się Internetu w latach 2000. Jest to jednak znacznie donioślejsza w skutkach rewolucja technologiczna. AI nie jest bowiem dodatkiem do modelu biznesowego, lecz całkiem nową architekturą biznesu. Pozwala na zwiększanie wolumenu bez proporcjonalnego wzrostu zatrudnienia. Likwiduje zawody oparte na mało kreatywnym i powtarzalnym przetwarzaniu informacji. Znikają etaty dla tłumaczy, część pracy w hotelarstwie czy w wielu innych segmentach usług. W zamian rośnie znaczenie projektowania systemów, nadzoru nad procesami czy też kreatywnych interakcji z klientem. To również wymusza globalizację skali działalności – projektu AI „na Polskę” często nie da się ekonomicznie obronić, gdyż zwrot z inwestycji wymaga dostępu do większej liczby rynków.