Przez dekady funkcjonowania rynku kapitałowego wpojono nam przekonanie, że poziom bezpieczeństwa inwestorów jest wprost proporcjonalny do poziomu otwartości informacyjnej emitentów. Dlatego bardzo trudno postawić tezę odwrotną, ale poniżej podejmę się tego zadania.
Raportowanie spółek giełdowych wydaje nam się czymś na tyle oczywistym, że najczęściej nie zadajemy sobie trudu dociekania, po co to raportowanie jest. Zmuszeni do refleksji najprawdopodobniej odpowiedzielibyśmy, że tak było „od zawsze”, że bez tych raportów wycena spółki byłaby utrudniona i że zwiększyłoby się ryzyko wykorzystania informacji poufnej. Jesteśmy tak przesiąknięci status quo, że trudno byłoby nawet pomyśleć o tym, że ograniczenie raportowania mogłoby nieść korzyści dla inwestorów, zwłaszcza detalicznych. Spróbujmy jednak się nad tym zastanowić.
Na początek warto rozprawić się z mitologią raportowania. Jeśli sięgniemy wstecz do czasów „od zawsze”, dojdziemy do wniosku, że kiedyś jednak było inaczej. Mianowicie wymogi informacyjne były stosunkowo niskie, a możliwości finansowania były bardzo ograniczone, a zatem transakcja „przejrzystość informacyjna za dostęp do pieniędzy” miała sens. Dziś sytuacja wygląda zgoła odmiennie – obowiązki sprawozdawcze z każdym rokiem puchną, powodując nie tylko wzrost kosztów, mitręgi biurokratycznej i związanych z tym ryzyk, ale przede wszystkim utrudniając prowadzenie biznesu przy prawie całkowicie podniesionej kurtynie, podczas gdy nienotowani konkurenci nie muszą na swój temat publikować praktycznie nic. Tym bardziej, że ci konkurenci mają dostęp do różnych źródeł finansowania nieograniczających ich możliwości biznesowych.
Drugi wątek uzasadniał konieczność raportowania dostępem do informacji niezbędnych do wyceny spółki. Tak, to prawda, im więcej informacji, tym bardziej precyzyjna może być wycena. Ale przecież rynek nie zamiera np. pomiędzy publikacją raportów kwartalnych (względnie półrocznych, jeśli w danym kraju nie ma obowiązku raportowania kwartalnego) – analitycy i inwestorzy dokonują wycen w oparciu o inne informacje dotyczące sytuacji makro, oceny danej branży względnie zmian cen surowców czy kursów walutowych w kontekście ekspozycji spółki.
I wreszcie ostatnia kwestia – potencjalnego wykorzystania informacji poufnej. Tak, to prawda, że im szybciej dana informacja stanie się publicznie dostępna, tym krótszy będzie czas na jej nieuprawnione wykorzystanie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że zarówno względy matematyczne (w przypadku 90,5 proc. spółek nie ma możliwości wykorzystania informacji poufnej z uwagi na zbyt niską płynność, o czym szczegółowo pisałem w felietonie „Po co lista insiderów” z 17.04.2025 r.), jak i formalne (obowiązek prowadzenia list insiderów i osób z nimi związanych, konieczność publikacji transakcji insiderów, zakaz zawierania transakcji w okresach zamkniętych) drastycznie ograniczają ryzyko nadużycia.