Zmierzające ku końcowi pierwsze dwa miesiące nowego roku stoją pod znakiem z jednej strony zadyszki amerykańskiego indeksu S&P 500, który tkwi w wąskiej konsolidacji w przedziale 6800-7000 pkt., a z drugiej – dużo lepszej postawy innych rynków, w tym szczególnie wschodzących.
Cieniem na Wall Street kładzie się nie tylko kontrowersyjna polityka administracji Donalda Trumpa, dla której ciosem okazał się wyrok Sądu Najwyższego podważający legalność ceł, których – przypomnijmy – ogłoszenie przez republikańskiego prezydenta w kwietniu ub.r. stało się impulsem do gwałtownego tąpnięcia na giełdach. Zadyszka S&P 500 to także efekt swoistego przejścia z fazy zachwytów nad rozwojem sztucznej inteligencji do fazy, w której jasne staje się, że są zarówno wygrani, jak i przegrani trwającego przełomu technologicznego. Wystarczy wspomnieć, że indeks sektora programistycznego, który jeszcze na jesieni bił rekordy szybciej niż S&P 500, teraz dla odmiany runął (o 30 proc.) do poziomu najniższego od czasu ceł Trumpa.
Zadyszkę Wall Street dobrze wykorzystały rynki wschodzące, których benchmark w chwili pisania tego komentarza jest już prawie 13 proc. na plusie od początku roku, a jego 12-miesięczna zwyżka zbliża się do 40 proc. Przy wskaźniku ceny do wartości księgowej najwyższym od połowy 2008 roku akcje na emerging markets nie są już tanie, choć jednocześnie do szczytu bańki z 2007 brakuje temu współczynnikowi jeszcze ponad 40 proc.