Reklama

Maliszewski: Należałoby skupić się na racjonalizacji wydatków

- Jeśli w inwestycjach sektora prywatnego nie nastąpi przyspieszenie, to trudno będzie utrzymać dobry wzrost gospodarczy w długim terminie. Gospodarka może tracić konkurencyjność – mówi Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium.

Publikacja: 18.03.2026 06:00

Maliszewski: Należałoby skupić się na racjonalizacji wydatków

Foto: materiały prasowe

Przez długie lata szliśmy jako cała Europa Środkowo-Wschodnia dość równo do przodu. Jednak w ostatnich około dwóch latach polska gospodarka rośnie wyraźnie szybciej. Gdzie jest ta nasza siła, której nie mają inni w regionie?

Szczególnie imponujące wyniki polska gospodarka osiąga w ostatnich pięciu latach. Złożyło się na siebie kilka czynników. Względem takich krajów jak np. Czechy, Słowacja czy kraje bałtyckie jesteśmy dużą gospodarką. Tam w warunkach słabej koniunktury zewnętrznej i recesji w Niemczech trudniej rosnąć: rynek wewnętrzny jest mały, a rynek zagraniczny mniej chłonny.

W zakresie eksportu pomaga nam dodatkowo duża dywersyfikacja, zarówno geograficzna, jak i towarowa. Zgodnie z danymi OECD, mamy najbardziej zdywersyfikowaną ofertę eksportową pod względem produktów. Bardziej niż innym gospodarkom pomagały nam też środki europejskie, ponieważ Polska pozostaje jednym z głównych beneficjentów funduszy europejskich, co szczególnie było widać w 2023 r. Wzrost napędzała także reorientacja polityki gospodarczej rządu w kierunku wsparcia dochodów rozporządzalnych gospodarstw domowych, co znalazło odzwierciedlenie w wyraźnym wzroście wydatków społecznych i socjalnych. Towarzyszył temu silny wzrost płacy minimalnej. To wspierało konsumpcję indywidualną, która pozostaje głównym filarem gospodarki. W 2024 i 2025 r. konsumenci dostali wsparcie w postaci silniejszego od oczekiwań spadku inflacji.

W ostatnich latach polska gospodarka działa na dodatkowych dopalaczach wzrostu?

Po wybuchu pandemii w 2020 r. mieliśmy silny impuls monetarny. Stopy procentowe spadły do niemal zera i były najniższe w naszym regionie. Silniejsza była również skala luzowania ilościowego przez NBP. Przy zniesieniu obostrzeń pandemicznych doprowadziło to do wyraźnego wzrostu popytu konsumpcyjnego. W 2022 r., po wybuchu wojny w Ukrainie, ważnym wsparciem wzrostu stały się natomiast nakłady na wojsko i inwestycje militarne. A napływ uchodźców z Ukrainy dodatkowo napędził popyt konsumpcyjny. Po wybuchu wojny w Ukrainie polska gospodarka skorzystała też na przebudowie łańcuchów dostaw.

Obecnie wzrost gospodarczy ocenić można jako zrównoważony, choć dynamika PKB nieco przekracza potencjał. Mamy niską inflację, niski deficyt na rachunku obrotów bieżących, ustabilizowany rynek pracy. Jedyny obszar zapalający się na czerwono to szybko rosnący dług publiczny. Daleki od satysfakcjonującego jest też poziom inwestycji w sektorze prywatnym, szczególnie w kontekście wyzwań, przed którymi stoi polska gospodarka.

Czy wobec tych okoliczności – dobrego wzrostu gospodarczego, względnej równowagi w bilansie płatniczym – oraz biorąc pod uwagę wyzwania polskiej gospodarki kolejnych kilku lat (np. demografia), mamy obecnie dobry moment na odważniejszą konsolidację fiskalną?

Dobra koniunktura zawsze jest najlepszym momentem do tego, żeby obniżać deficyt. Wówczas jest to mniej odczuwalne przez społeczeństwo. U nas niestety przy dobrej koniunkturze deficyt i dług pozostają wysokie. Częściowo jest to uzasadnione, ponieważ sektor finansów publicznych finansuje inwestycje militarne. Niepokojący jest jednak brak chęci do konsolidacji w innych obszarach. To powoduje, że możliwości wykorzystania polityki fiskalnej do wsparcia gospodarki w okresie negatywnego szoku ekonomicznego są bardzo niewielkie.

Reklama
Reklama

Przykładem może być obecny szok na rynku surowców energetycznych po wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie. Z deficytem sektora finansów publicznych na poziomie niemal 7 proc. PKB dużo trudniej będzie o programy osłonowe dla gospodarstw domowych z powodu wysokich cen paliw.

Z tego też powodu należałoby skupić się na racjonalizacji wydatków i dokonać ich przeglądu: czy np. powszechne programy społeczne są uzasadnione w ich obecnym kształcie? Czy nie warto poszukać środków na programy wspierające budowę konkurencyjnej i odpornej gospodarki, konkurencyjnego przemysłu, wsparcie inwestycji, zwiększanie potencjału gospodarczego, szczególnie w warunkach rosnącej konkurencji zagranicznych przedsiębiorstw.

Losy konsolidacji fiskalnej zależą jednak od decyzji politycznych.

Niestety, kalendarz polityczny im nie sprzyja, bo w perspektywie wyborów parlamentarnych w 2027 r. trudno oczekiwać radykalnych działań. A działania są potrzebne po dwóch stronach: dochodów i wydatków. W ostatnich trzech latach nastąpił wyraźny wzrost wydatków sektora finansów publicznych, m.in. w obszarze wydatków społecznych. W relacji wydatków sektora finansów publicznych do PKB osiągnęliśmy średnią w Unii Europejskiej. Natomiast jeśli chodzi o dochody, to ten odsetek w przypadku Polski jest niższy.

Może się okazać, że dopiero po 2027 r. pojawią się bardziej zdecydowane plany poprawy dyscypliny fiskalnej. Wówczas gospodarka będzie rosła w wolniejszym tempie, więc uwarunkowania makroekonomiczne mogą być mniej korzystne. W 2025 r. realny wzrost PKB wyniósł 3,6 proc., w tym spodziewamy się przyspieszenia do 3,8 proc. W kolejnych latach, kiedy zmniejszy się skala napływu środków unijnych, wzrost będzie bliższy 3 proc.

Przyznam, że jest dla mnie wątpliwe, czy postawa prezydenta Nawrockiego w kwestii polityki podatkowej czy społecznej mocno zmieniłaby się, gdyby po wyborach większość w Sejmie była inna niż dziś.

Pytanie, czy nowy rząd nie będzie zmuszony do konsolidacji, bo być może „wymuszą” to agencje ratingowe, które już obniżyły perspektywę ratingu Polski, czy inwestorzy, którzy mogą zmniejszyć zakupy obligacji skarbowych lub wymagać wyższych rentowności. To wymuszenie należy traktować w cudzysłowie, ponieważ kanałem wywierania wpływu będą rynki finansowe, które mogą wymagać wyższej premii za ryzyko przy kupnie polskich obligacji.

Zgodnie z zapisami Strategii zarządzania długiem sektora finansów publicznych, do 2029 r. jego relacja do PKB wzrośnie do 75 proc. PKB. Ryzyko obniżenia ratingu pozostaje realne, choć w mojej ocenie to bardziej perspektywa przełomu 2027 i 2028 r. niż 2026 r. Z tego punktu widzenia ważny może być kształt budżetu na 2028 r.

Reklama
Reklama

Powiedział pan, że słabością polskiej gospodarki są też niewystarczające inwestycje prywatne. Może jednak rzeczywistość dostarcza w ostatnich miesiącach bardziej optymistycznych wniosków? Produkcja dóbr inwestycyjnych jest na wyraźnym plusie, w styczniu blisko 6 proc. r./r. Wartość kosztorysowa nowo rozpoczętych inwestycji w okresie styczeń-wrzesień 2025 r.: w górę o prawie 27 proc. r./r. Dane BIK-u i NBP wskazują na wzrost liczby udzielanych kredytów inwestycyjnych dla firm.

Rzeczywiście, widzimy sygnały potwierdzające odbudowę inwestycji w środki trwałe. 2026 r. będzie rokiem bardzo silnego wzrostu inwestycji – obok konsumpcji to będzie główny motor wzrostu gospodarczego. Początek roku wprawdzie nie zapowiada się dobrze, patrząc na wyniki produkcji budowlano-montażowej [spadek o 12,8 proc. r./r. w styczniu – red.], ale traktujemy to jako przejściowe zaburzenie spowodowane niekorzystnymi warunkami pogodowymi. Scenariuszem bazowym pozostaje wyraźne przyspieszenie inwestycji, a ich dynamika w poszczególnych kwartałach może nawet przekraczać 10 proc. r./r.

Niemniej znaczna część tych inwestycji będzie realizowana przez sektor publiczny, m.in. za sprawą inwestycji infrastrukturalnych i militarnych współfinansowanych ze środków UE. Dodatkowo z badania NBP Szybki Monitoring wynika, że inwestują przede wszystkim duże firmy, w tym z udziałem kapitału zagranicznego.

Problemem pozostaje natomiast aktywność inwestycyjna małych firm?

W tej grupie przedsiębiorstw inwestycje rosną w wolnym tempie. Wpisuje się to w niską stopę inwestycji na poziomie całej gospodarki, która w 2025 r. wyniosła 17 proc., podobnie jak rok wcześniej. To pozostaje problemem, szczególnie w kontekście wyzwań, przed którymi stoją polska i globalna gospodarka w ujęciu średnio- i długoterminowym: ekoinnowacyjności, transformacji energetycznej, transformacji technologicznej i rozwoju sztucznej inteligencji, czy ograniczonego dostępu do surowców naturalnych.

Prawie 40 proc. firm sektora prywatnego w Polsce nie inwestuje, ponieważ uznaje obecny poziom działalności za odpowiedni. Jeśli w tym obszarze nie nastąpi przyspieszenie, to trudno będzie utrzymać dobry wzrost gospodarczy w długim terminie i gospodarka może tracić konkurencyjność.

Być może przyczyną jest rozdrobnienie polskiego biznesu i wzrost inwestycji przyszedłby przy większej konsolidacji rynku.

Częściowo zapewne tak, ponieważ mamy dużo małych i średnich przedsiębiorstw, a te mają dużo bardziej ograniczone możliwości finansowe oraz zasoby kadrowe. Na to nakłada się rosnąca presja konkurencyjna z gospodarek zewnętrznych, szczególnie z Chin oraz niepewność geopolityczna, włączając obecne zawirowania na rynku surowców energetycznych wywołanych eskalacją konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Sposobem na poprawę innowacyjności może być aktywizacja współpracy pomiędzy firmami, szczególnie angażująca małe przedsiębiorstwa. To pomogłoby osiągnąć synergię. Współpracy zarówno pomiędzy małymi firmami, jak i pomiędzy małymi i dużymi przedsiębiorstwami, ale też pomiędzy środowiskiem akademickim czy instytucjami publicznymi. To dałoby szansę na uwolnienie potencjału inwestycyjnego i innowacyjnego. Tymczasem współpracy wciąż nie ma. Zgodnie z danymi GUS-u, odsetek przedsiębiorstw przemysłowych, które współpracują w obszarze innowacyjności, na przestrzeni ostatniej dekady niewiele się zmienił i wynosi około 10 proc. W grupie przedsiębiorstw małych i średnich to zaledwie 5 proc., podczas gdy w grupie największych przedsiębiorstw to ok. 40 proc. W dyskusji o innowacyjności i ekoinnowacyjności o roli współpracy mówimy już od dawna, a wciąż na szeroką skalę jest ona nieobecna.

Reklama
Reklama

Zwracał pan też uwagę na silną konsumpcję prywatną. Jesteśmy już właściwie konsumentami „europejskimi”, co widzimy choćby w szybko rosnących wydatkach na usługi.

W ślad za wzrostem gospodarki poprawia się pozycja konsumenta. W samym 2025 r. konsumpcja indywidualna odpowiadała za połowę wzrostu PKB w minionym roku. Wzrostowi konsumpcji pomagały w ostatnich latach bogate powszechne transfery społeczne, silne wzrosty płacy minimalnej, w ostatnim roku także spadek inflacji. W latach 2022-2023 właściwie całość nominalnego wzrostu dochodów pożerała wysoka inflacja, jednak teraz ona się wyraźnie obniżyła, co wspiera siłę nabywczą dochodów konsumentów. Mimo że konsumpcja jest głównym filarem wzrostu gospodarczego, to poziom wydatków konsumpcyjnych na osobę wciąż jest niższy niż średnio w Unii Europejskiej.

Zmienia się natomiast struktura wydatków konsumentów i rośnie konsumpcja usług. Wydatki na usługi rosną, gdy kondycja konsumenta jest dobra, wszak turystyka, restauracje czy hotele nie są wydatkami pierwszej potrzeby. Wysoki udział wydatków na usługi, a nie na żywność czy użytkowanie mieszkania, jest typowy dla gospodarek rozwiniętych, więc pod tym względem zmierzamy w dobrą stronę. W zrewidowanym systemie wag wykorzystywanym do liczenia inflacji CPI, w tym roku ponownie wzrosła waga usług.

Jednocześnie wzbogaciliśmy się na tyle, że możemy nie tylko wydawać, ale i oszczędzać. Dane Eurostatu wskazują, że stopa oszczędności jest najwyższa od dwóch dekad – nie licząc czasu lockdownów, gdy nie mogliśmy wydawać. Zgodnie z danymi GUS-u, około 60 proc. osób deklaruje, że może oszczędzać.

Na wzrost stopy oszczędności złożyło się kilka czynników. Dynamicznie rosły płace, świadczenia społeczne czy dochody przedsiębiorstw jednoosobowych. Wzrosła niepewność co do perspektyw otoczenia zewnętrznego, co sprzyja akumulacji majątku. Na to nałożyła się relatywnie wysoka na tle historycznym stopa procentowa, która wspiera inwestycje, choćby w obligacje skarbowe. Zwrócę uwagę, że obecnie wartość portfela obligacji skarbowych w posiadaniu inwestorów indywidualnych jest większa niż inwestorów zagranicznych.

Wzrost stopy oszczędności może być też pokłosiem dekoniunktury na rynku nieruchomości mieszkaniowych. Ubyła jedna z bardziej popularnych w przeszłości form lokowania kapitału.

Z danych GUS-u o styczniowej sprzedaży detalicznej towarów wynikało, że – średnio – ceny były o około 0,5 proc. niższe rok do roku. Pomijając okres tuż po wybuchu pandemii, to najmniej od niemal dekady. Część tego efektu to paliwa, ale deflator jest ujemny też, jeśli chodzi o meble i sprzęt RTV/AGD czy odzież i obuwie. Czy odpowiedzią jest tu konkurencja z Chin? Większa konkurencja na rodzimym rynku?

Czynników jest kilka. To częściowo efekt spadku cen surowców energetycznych, w tym ropy naftowej. To przełożyło się na spadek cen paliw na stacjach benzynowych. Choć tutaj sytuacja radykalnie się zmieni już w marcu, ze względu na silny wzrost cen ropy naftowej po wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie.

Reklama
Reklama

W ostatnich dwóch latach silnie obniżyły się też ceny energii elektrycznej, spadły ceny frachtu, obniżyły się ceny części surowców przemysłowych i wzrosła ich dostępność, a także dostępność podzespołów. Zdjęło to z przedsiębiorców część presji kosztowej i dało przestrzeń do obniżenia cen dóbr finalnych. Przypomnę, że w Polsce na poziomie cen producentów mamy deflację.

We wskaźnikach inflacji CPI i w inflacji bazowej widzimy silną dezinflację na poziomie towarów, również towarów bazowych (bez żywności i nośników energii – red.). W tej grupie inflacja wynosi zaledwie około 0,5 proc. Łączyć to można z obniżonym popytem krajowym, który w zakresie dóbr trwałego użytku nasycił się po wybuchu pandemii. Sprzedaż towarów zwiększa się, jednak nośnikiem wzrostu konsumpcji są wydatki na usługi. Dodatkowo obniżył się popyt z zagranicy i wzrosła konkurencja z rynków zewnętrznych – również z Chin, co widoczne jest m.in. w segmencie odzieży i obuwia, wyrobów elektronicznych, czy samochodów. Import towarów z Chin rośnie, tymczasem tam na poziomie cen producentów trwa deflacja. Presja inflacji w otoczeniu zewnętrznym jest zasadniczo niska, co pozwala importować niską inflację. Tym bardziej, że złoty jest mocny.

Niemniej głównym wyzwaniem z punktu widzenia banku centralnego pozostaje inflacja cen usług. Ta ciągle jest wyraźnie powyżej celu NBP (w lutym wynosiła 4,8 proc. r./r.), choć zauważalnie obniżyła się w ostatnich kwartałach.

Jak widzi pan obecną kondycję polskiego rynku pracy? Od czerwca 2025 r. urosła stopa bezrobocia rejestrowanego, co związane było z reformą prawa pracy. Niemniej dane z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności też wskazują na lekki wzrost bezrobocia – acz to pozostaje właściwie najniższe w UE. Jednocześnie w historii porównywalnych danych nie mieliśmy wyższej aktywności zawodowej i stopy zatrudnienia. Spada liczba biernych zawodowo, co może sugerować, że część osób wcześniej w ogóle poza rynkiem pracy, teraz na niego wchodzi i szuka pracy – i częściowo wzrost bezrobocia to właśnie efekt niedoboru ofert.

Oceniłbym, że rynek pracy jest w fazie normalizacji po okresie rozgrzania. Na rynku pracy widzimy spadające przepływy. Firmy nie zatrudniają – spadek zainteresowania nowymi pracownikami jest widoczny, jest też mniej nieobsadzonych miejsc pracy – ale też nie spieszą się ze zwolnieniami. Biznes ma świadomość, że pozyskanie pracownika – szczególnie specjalisty – może być w przyszłości wyzwaniem. Nawet w okresie obniżonej koniunktury firmy miały problem z pozyskaniem wyspecjalizowanych pracowników.

Widzimy natomiast niższy popyt na pracę, szczególnie wśród osób młodych, z najniższym doświadczeniem. Część tych prac jest optymalizowana przez sztuczną inteligencję i nowe technologie. Nie dzieje się to na masową skalę, jednak w części sektorów jest zauważalne. Gdy spojrzymy na poziom zatrudnienia czy liczby ofert pracy w sekcji „informacja i komunikacja”, to wydaje się, że tam walka o pracownika jest wyraźnie mniejsza.

Reklama
Reklama

W mojej opinii na rynku pracy nie dzieje się nic niepokojącego na szeroką skalę. Obserwujemy niższą chęć firm do zatrudniania – jako efekt niższego poziomu aktywności ekonomicznej w poprzednich latach, niższej aktywności inwestycyjnej, czy utrzymującej się niepewności w otoczeniu zewnętrznym. Zakładamy, że wraz z dalszą poprawą koniunktury gospodarczej popyt na pracę będzie się stopniowo odbudowywał.

O tym, że na rynku pracy nie dzieje się nic negatywnego, mogą też świadczyć dane o dynamice wynagrodzeń, które ciągle rosną w solidnym tempie, zbliżonym do średniej długoterminowej. Tempo wzrostu płac hamuje, w tym roku to będzie według naszych prognoz około 6-7 proc. r./r., ale w ujęciu realnym, ze względu na spadek inflacji, to nadal będzie wynik solidny i powyżej średniej długoterminowej.

Ważnym punktem do odnotowania na rynku pracy jest natomiast ryzyko odpływu Ukraińców, gdyby zakończyła się wojna w ich kraju. Dla części sektorów, takich jak budownictwo, transport czy usługi dla gospodarstw domowych, udział Ukraińców jest relatywnie wysoki. Ryzyko ich odpływu mogłoby być źródłem napięć.

Banki
Gdzie Polacy pożyczają najchętniej?
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2026
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Banki
Kurs mBanku mocno w górę. Rynek gra pod wezwanie
Banki
UniCredit chce przejąć właściciela mBanku
Materiał Promocyjny
TYTANI OTOMOTO w erze cyfrowej rewolucji sprzedaży
Banki
Prezesi banków państwowych zarabiają mniej niż prywatnych
Materiał Promocyjny
Franczyza McDonald’s – Twój własny biznes pod złotymi łukami!
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama