Widzimy to m.in. w spadku indeksu dolara czy niewielkim umocnieniu złotego. Wciąż jednak istnieje ryzyko, że te nadzieje okażą się płonne, a ropa nadal będzie notowana powyżej 100 USD za baryłkę. Istnieje wiele przesłanek, które zdają się przeczyć szybkiemu wygaszeniu konfliktu. Choć wypowiedzi Izraela sugerują, że Iran jest zainteresowany szybkim zawieszeniem broni, wciąż nie wiadomo, czy można te komentarze traktować jako rzetelne źródło informacji. Poza tym sam fakt trwających rozmów na linii Witkoff–Aragchi nie przesądza ani o wygaszeniu konfliktu, ani o determinacji którejkolwiek ze stron do zakończenia walk. Co więcej, Iran wielokrotnie wskazywał, że informacje o rozmowach pokojowych są dezinformacją. Zapowiadał też, że Donald Trump rozpoczął wojnę, z której nie wyjdzie tak łatwo, jak w nią wszedł, i że nie pomoże mu w tym aktywność w mediach społecznościowych. Czy Teheran naprawdę zamierza wywiązać się ze swoich ostrzeżeń?
Amerykanie wysłali dodatkowe okręty wojenne w rejon Iranu, które płyną z Japonii. Dotarcie na miejsce zajmie im jeszcze około 10 dni. Poza tym Trump prosi o wsparcie w Cieśninie Ormuz sojuszników z NATO, a nawet Chiny, co oznaczałoby, że sytuacja pozostanie napięta jeszcze dłużej. Ponadto szczyt z Xi został prawdopodobnie przełożony o miesiąc, ponieważ Trump wskazał, że jego obecność w USA jest teraz bardzo potrzebna. Nie jest jednak pewne, czy odwołanie szczytu rzeczywiście zostało podyktowane natłokiem obowiązków. Być może wynika ono z fundamentalnego rozdźwięku między chińską a amerykańską delegacją, które prowadziły ze sobą intensywne rozmowy w ostatnich dniach, próbując przygotować grunt pod „udany szczyt przywódców”. Jeśli podczas spotkania nie miałoby zostać ogłoszone nic znaczącego, szczyt mógłby zostać uznany za klęskę przede wszystkim amerykańskiej dyplomacji i siły negocjacyjnej. Naturalne wydaje się więc przypuszczenie, że twarde stanowisko Chin i strategiczna niezgodność z Waszyngtonem mogą być faktycznym powodem, dla którego Trump w najbliższym czasie nie poleci do Pekinu.
Tymczasem zdziesiątkowany Iran w dalszym ciągu ma potencjał, by stwarzać asymetryczne zagrożenie w Zatoce Perskiej, paraliżując region i żeglugę w Cieśninie Ormuz oraz okolicznych „wąskich gardłach” światowego rynku ropy. Nie jest pewne, czy USA, mimo potężnej przewagi we flocie i dominacji w powietrzu, będą w stanie zredukować irańskie zdolności do minimum. Zanim dojdzie do próby osiągnięcia tego celu, możemy zobaczyć eskalację wokół wyspy Chark i przede wszystkim czytać nagłówki o przedłużającym się paraliżu eksportowym z krajów Bliskiego Wschodu, z których większość jest niemal całkowicie zależna od drożności Ormuz. Stany Zjednoczone mogą nie czuć się wystarczająco zdeterminowane do zapewnienia swobody żeglugi w Ormuz, ponieważ są eksporterem netto energii i mają wystarczającą ilość paliw - gazu i ropy - na własny użytek krajowy. Poza tym, dzięki paraliżowi eksportu z państw arabskich, mogą zwiększyć swój udział w rynku i oferować transport krajowego LNG, a docelowo być może również ropy, do Europy i Azji. Geopolityczne napięcia stopniowo wchodzą w fazę przesilenia, a rynek wydaje się zupełnie ignorować ryzyko eskalacji, licząc na to, że „jak zwykle sytuacja się wyciszy”. Jeśli jednak tak się nie stanie, możemy zobaczyć kolejną falę „risk-off” na globalnych giełdach.
Po południu za dolara płacimy 3,70, za euro 4,26 za funta szterlinga 4,93 a za franka szwajcarskiego 4,69.
Eryk Szmyd Analityk rynków finansowych XTB