Perspektywa wzrostu stóp oczywiście inwestorów nie cieszy, choć rekompensują to dobre sygnały z amerykańskiej gospodarki. Na naszym kontynencie o optymizm nieco trudniej, ale niepokój związany z europejskimi bankami został opanowany.

Amerykańska gospodarka gotowa na podwyżkę stóp

Choć tempo wzrostu amerykańskiego PKB w pierwszych dwóch kwartałach nie zachwyciło, a prognozy na obecny i przyszły rok także nie są nadmiernie optymistyczne, coraz więcej przesłanek wskazuje na to, że podwyżka stóp procentowych nie jest w stanie gospodarce zaszkodzić. Publikowane w ostatnich dniach dane sygnalizują, że w kolejnych kwartałach można liczyć na przyspieszenie tempa wzrostu. Świadomość tej tendencji może skłaniać Rezerwę Federalną do uczynienia kolejnego kroku w kierunku normalizacji polityki pieniężnej, tym bardziej że jest on zapowiadany już od dawna.

Inwestorzy wciąż się tego obawiają, ale trudno się spodziewać przesadnie nerwowej reakcji z ich strony. Towarzyszące podwyżce zapewnienie, że dalsze kroki będą podejmowane równie niespiesznie jak poprzednie, powinno załatwić sprawę, a jak uczy doświadczenie, czekanie bywa bardziej męczące niż sam zabieg i jego ewentualne konsekwencje.

Na razie ani dobre dane makroekonomiczne, ani jastrzębie wypowiedzi przedstawicieli Fedu, nie spowodowały popłochu na Wall Street. S&P500 do czwartku trzymał się powyżej 2150 pkt, a zakres wahań towarzyszący testowaniu tego poziomu nie wskazywał na obecność wielkich emocji.

Europa wytrzymuje napięcie

Mimo wciąż utrzymującego się niepokoju o kondycję największych banków naszego kontynentu oraz sygnałów wskazujących, że negocjacje dotyczące warunków rozwodu Wielkiej Brytanii ze Wspólnotą nie będą łatwe, na europejskich parkietach nerwowość nie była tak duża, jak można się było obawiać. Na martwienie się konsekwencjami Brexitu jest jeszcze sporo czasu, więc nie ma powodu, by reagować na nie już teraz. Zaskakująco łatwo inwestorzy przyjęli uspakajające zapewnienia w sprawie Deutsche Banku, a informacje o planach poważnych cięć kadrowych w kilku innych bankach wzięli za dobrą monetę. Emocje szybko opadły, tym bardziej że chyba mało kto naprawdę wierzył, że największemu europejskiemu bankowi może stać się krzywda. Po chwilowej panice DAX wrócił w okolice 10 600 pkt.

Ropa w górę, złoto dołuje

Na giełdach towarowych ostatnie dni przyniosły diametralne zróżnicowanie sytuacji. Na jednym biegunie mamy hossę surowców energetycznych, na drugim złamanie notowań metali szlachetnych oraz spadki cen miedzi. Pośrodku bardziej już zindywidualizowane zachowanie towarów rolnych i metali przemysłowych.

Notowania ropy naftowej idą dynamicznie w górę od dnia ogłoszenia wstępnego porozumienia w sprawie ograniczenia jej wydobycia. Cena ropy WTI od połowy września wzrosła z nieco ponad 43 do 50,5 dolarów za baryłkę, czyli o 17 proc., zmierzając zdecydowanie w kierunku lokalnego szczytu z pierwszych dni czerwca. W miniony czwartek znalazła się zaledwie o dolara poniżej niego. W przypadku Brent zwyżka wyniosła w tym czasie 14 proc., a czerwcowy szczyt (52,7 dolara za baryłkę) został niemal osiągnięty.

Oprócz oczekiwań związanych z redukcją produkcji wzrost napędzany był informacjami o spadku zapasów surowca. W najbliższych dniach należy się więc spodziewać istotnych rozstrzygnięć. Nie można wykluczyć, że tendencja wzrostowa wyhamuje, a nawet zostanie skorygowana. Nie brakuje bowiem opinii, według których listopadowe decyzje OPEC nie spowodują przełomowej zmiany sytuacji na rynku. Zanim się o tym przekonamy, do świadomości inwestorów mogą się przebić informacje o kolejnych rekordach wydobycia w wielu krajach, zarówno stowarzyszonych w OPEC, jak i spoza tej organizacji. W ostatnich dniach o osiągnięciu poziomu produkcji sprzed sankcji poinformował Iran, w tyle nie pozostaje Rosja, a rekordy notowane były we wrześniu w skali całego kartelu. Trudno się dziwić, że przed decyzją o cięciu każdy chce zająć jak najlepszą pozycję, ale może to skutkować wzrostem zapasów, a także sygnalizować, że negocjacje nie będą łatwe. Wzrost cen i nadzieje na jego kontynuację powodować będą również powrót opłacalności wydobycia ze złóż, które zostały wyłączone z eksploatacji w czasie bessy.

O prawdziwym załamaniu można mówić w przypadku metali szlachetnych. Powodem są obawy przed podwyżką stóp w Stanach Zjednoczonych, a swoje zrobiły także pogłoski o rozważanym zmniejszeniu skali skupu obligacji przez Europejski Bank Centralny. Nawet jeśli te ostatnie okazały się tylko „faktem medialnym", rośnie przekonanie o wyczerpywaniu się możliwości działania banków centralnych i słabnącej ich determinacji w ratowaniu świata poprzez stymulację monetarną.

Wtorkowe tąpnięcie notowań złota o 3,3 proc. było największym jednosesyjnym spadkiem od wielu lat, a cena kruszcu od 26 września poszła w dół o 6,5 proc., bez jakiejkolwiek próby powstrzymania przeceny. W czwartek notowania dotarły w okolice 1250 dolarów za uncję, a więc poziomu widzianego poprzednio w pierwszych dniach czerwca. Kolejnego wsparcia można wypatrywać w pobliżu 1200 dolarów za uncję. Prognozy dotyczące dalszego rozwoju sytuacji są zróżnicowane. Pesymiści z Deutsche Banku oceniają, że notowania złota są przeszacowane o 20–25 proc., z czego można wnioskować, że za „uzasadniony" poziom uznają oni okolice 1000–1050 dolarów. Za takim scenariuszem przemawia oczywiście perspektywa zaostrzania polityki pieniężnej przez Fed. Ale przecież nie ma pewności, że do podwyżki stóp dojdzie w grudniu, a jeśli nawet, to na następną trzeba będzie być może poczekać kolejny rok. „Optymiści" z Citigroup straszą, że w przypadku wygranej Donalda Trumpa w wyścigu o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych notowania złota pójdą w górę do 1425 dolarów za uncję. Nie należy też zapominać o licznych wciąż zagrożeniach, zarówno ze sfery gospodarki, jak i polityki, które mogą sprzyjać zwyżce notowań kruszcu.

Od 11 września o ponad 13 proc. w dół poszły notowania srebra, platyna potaniała o ponad 8,5 proc., a pallad o 7,5 proc. Miniony tydzień przyniósł korektę notowań kontraktów na miedź po nieudanej próbie wyjścia powyżej 220 centów za funt. Cena metalu spadła z 4850 do 4800 dolarów za tonę. Wpływ na tę zniżkę mogła mieć tygodniowa świąteczna przerwa w Chinach. W najbliższych dniach słuszność tego przypuszczenia może zostać zweryfikowana.

WIG20 próbuje odreagowania

Po fatalnej końcówce września, w trakcie której omal nie doszło do testowania dołka z początku lipca, indeks naszych największych spółek ruszył odważniej w górę. Nieco ponad 3-proc. zwyżka wypracowana od poniedziałku do czwartku nie wygląda jednak zbyt przekonująco. WIG20 znalazł się co prawda powyżej 1750 pkt, ale o poprawie sytuacji można mówić dopiero w przypadku przełamania lokalnego szczytu z 22 września, czyli wyjścia nad 1776 pkt i utrzymania tego poziomu. Nieufność budzi zarówno fakt, że ten umiarkowany sukces udało się osiągnąć siłami zaledwie kilku spółek, a w głównej mierze dwóch, oraz że podstawy dynamicznego wzrostu obu liderów, podobnie jak perspektywy jego kontynuacji, nie wydają się najmocniejsze.

Przekraczający 11 proc. skok notowań akcji PZU, zainicjowany z poziomu czteroletniego minimum, już drugiego dnia jego trwania napotkał na trudności w kontynuacji, a w czwartek poddał się korekcie. Niewiele zmienia on z technicznego punktu widzenia. Deklaracja, że utrzymany zostanie dywidendowy charakter spółki oczywiście cieszy, ale różnego rodzaju deklaracji mieliśmy w ostatnich miesiącach niemal tyle samo, ile niekonsekwencji z nimi związanych.

Przypadek LPP jest nieco podobny. Sięgająca 28 proc. zwyżka po niezbyt przecież sensacyjnej informacji o wzroście sprzedaży we wrześniu, nosi wyraźne oznaki odreagowania wielomiesięcznej silnej przeceny. Obawy dotyczące energetyki i banków – najbardziej znaczących sektorów, istotnie wpływających na zachowanie indeksu – wciąż pozostają aktualne.

Przedłużająca się płaska i łagodna korekta w segmencie średnich firm oraz oznaki wchodzenia w analogiczną fazę wskaźnika małych spółek nie budzą na razie niepokoju, ale nie można wykluczyć nasilenia się procesu realizacji zysków. Dostrzec można jego sygnały także w przypadku niedawnych liderów i firm o silnych fundamentach.