Gospodarka - Kraj

Sławomir Dudek. Pakiet antykryzysowy w cieniu polityki

- Warto zrezygnować z 13. emerytur, żeby więcej przeznaczyć na pomoc dla firm i pracowników - uważa gość środowego wydania programu #PROSTOzPARKIETU dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP, wykładowca SGH.

Gościem środowego wydania programu #PROSTOzPARKIETU był dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP, wykładowca SGH.

Foto: ROL

Walcząc o bezpieczeństwo zdrowotne nie można za mocno uderzyć w gospodarkę, bo to się odbije na służbie zdrowia w dalszej perspektywie – ocenia dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP i wykładowca SGH.

Poza sygnałami od przedsiębiorców i innymi anegdotycznymi dowodami, wciąż nie mamy zbyt wielu danych, które pozwoliłyby ocenić, jakie straty w gospodarce wywołuje walka z epidemią koronawirusa. Czy pańskim zdaniem można jeszcze liczyć na to, że szok będzie krótkotrwały i w rezultacie uda się uniknąć recesji rozumianej jako spadek PKB w całym roku?

Trzeba się przygotowywać na różne scenariusze, w tym na scenariusz recesji. Jeden z banków prognozuje spadek PKB Polski w 2020 r. o 3,5 proc., ale są też prognozy wzrostu o około 1,5 proc. Takie jest spektrum możliwości. Wszystko będzie zależało od tego, jak długo gospodarka będzie zamknięta. Robert Barro (ekonomista z Uniwersytetu Harvarda – red.) postawił niedawno tezę, że bardzo długie zamknięcie gospodarki może się okazać bardziej kosztowne niż jej otwarcie zanim epidemia zostanie całkowicie wygaszona. Poruszamy się w ramach pewnego trójkąta, wyznaczonego przez bezpieczeństwo zdrowotne, bezpieczeństwo ekonomiczne i bezpieczeństwo finansów publicznych. Żadnego z wierzchołków nie możemy naruszyć. Jeśli naruszymy bezpieczeństwo ekonomiczne, nie będziemy mieć pieniędzy na zapewnienie bezpieczeństwa zdrowotnego.

W jakim stopniu to, który scenariusz się rozegra, będzie zależało od reakcji rządu, banku centralnego? Na ile da się zapobiec kryzysowi?

 

Kryzys ma kilka składowych. Po pierwsze, pozrywane są łańcuchy dostaw, brakuje pewnych komponentów, surowców itp. Po drugie, zamknięte są szkoły, część firm zawiesza działalność, pracownicy są na kwarantannach. To są czynniki o charakterze podażowym, które można uznać za przejściowe. Nie stracimy potencjału produkcyjnego, o ile będziemy pompowali płynność do gospodarki. I trzeba to zrobić szybko, według mnie już jesteśmy spóźnieni. Na to nakładają się jednak czynniki popytowe. Ludzie zamknięci w domach mniej kupują, nie chodzą do – pozamykanych zresztą – restauracji, nie korzystają z wielu usług. Z tym trudno cokolwiek zrobić. Na domiar złego, trzeba się liczyć z globalną recesją, która mocno uderzy w polski eksport, bo nie będzie dokąd przed nią uciec.

To, że tzw. tarcza antykryzysowa wciąż nie jest gotowa, jest dość zaskakujące. Polski rząd relatywnie szybko wziął się za tamowanie epidemii, szybko zamknął szkoły, granice, centra handlowe itd. Ale wykuwanie tarczy, która ma ochronić przedsiębiorców i gospodarstwa domowe przed skutkami tych działań, trwa dłużej niż w innych krajach. Ciągle jesteśmy na etapie zapowiedzi.

Jako pracodawcy, jedna ze stron dialogu społecznego, jesteśmy tym rozczarowani. Już 4 marca w Radzie Dialogu Społecznego zorganizowaliśmy debatę o spowolnieniu gospodarczym. Nie zanosiło się jeszcze na recesję, ale o epidemii w Europie było już wiadomo. Wiele rozwiązań, o których teraz się mówi, proponowaliśmy już wtedy i można było zacząć nad nimi pracować. Oczywiście, administracja ma problemy organizacyjne. Ale drugim problemem jest to, że tworzenie tej tarczy przypomina zabawę w głuchy telefon. Rząd wysuwa propozycje, my zgłaszamy setki uwag i czekamy, czy będą uwzględnione. Tymczasem można było od początku pracować wspólnie. Ale do tego trzeba mieć zaufanie do ludzi, potrzebny jest kapitał społeczny. Wygląda niestety na to, że konflikt polityczny zniszczył w Polsce ten kapitał do zera. Już kilka tygodni temu pisałem, że bez tego kapitału nigdy nie dogonimy Niemiec. Teraz z tego powodu możemy nie poradzić sobie z koronawirusem. O wielu aspektach tego zbyt długo powstającego pakietu decyduje polityka, a nie dobro firm.

Jakieś przykłady?

Walczymy o zawieszenie zakazu handlu w niedzielę. To jest kwestia bezpieczeństwa, zmniejszyłyby się bowiem kolejki i zwiększyła dostępność niezbędnych towarów. Byłaby to też pomoc dla sklepów. Tymczasem rząd jak dotąd dopuszcza tylko możliwość zaopatrywania w niedzielę, ale już nie sprzedaży. Dlaczego? Decyduje o tym kalkulacja polityczna. Zakaz handlu w niedziele został wprowadzony pod presją Solidarności.

Okoliczności są nadzwyczajne, wiele demokratycznych procedur jest zawieszanych. Może w tych warunkach to pracodawcy i inne strony dialogu społecznego powinny wykazać się zaufaniem do rządu i pozwolić na szybkie przyjęcie nawet nie najlepszego pakietu? Mógłby już działać i być stopniowo korygowany.

 

Projekt tarczy dostaliśmy kilka dni temu, nasi eksperci ds. legislacji poświęcili dużo czasu na analizy i poprawki. Tymczasem w ostatnim projekcie, który się pojawił we wtorek wieczorem, prawie żadna z naszych poprawek nie była uwzględniona! Nawet takie, które mają charakter uproszczeń i nic nie kosztują. W pewnym momencie będzie trzeba coś przyjąć, bo czas nas goni. Ale też nie możemy pozwolić na to, żeby w ustawie znalazły się pomysły wprost szkodliwe, jak np. zaproponowane przez UOKiK ograniczenie pozaodsetkowych kosztów kredytów konsumenckich. To może doprowadzić do upadku firm zatrudniających około 40 tys. osób i wywołać efekt zarażania, bo wiele z tych firm finansowało się emisjami obligacji.

Co pańskim zdaniem jest największym niedociągnięciem w projekcie tarczy?

Tam jest wiele mniej lub bardziej poważnych mankamentów. Najważniejsze, żeby pomoc trafiła do wszystkich firm, które mają problemy z powodu koronawirusa. To oznacza, że np. dopłaty postojowe do wynagrodzeń muszą być dostępne też dla dużych przedsiębiorstw. Na tym instrumencie nie można oszczędzać. Jeśli brakuje na to środków, można zrezygnować z pakietu inwestycyjnego, który był zapisany w pierwotnym projekcie tarczy. Inwestycje są ważne, ale podtrzymanie płynności firm i zatrudnienia jest obecnie priorytetem. Ważne jest też, żeby wsparcie dla firm odbywało się bez zbędnej biurokracji, na podstawie oświadczenia firm albo jakiejś krótkiej ankiety, która sprawdzałaby, czy firma spełnia kryteria. Na weryfikację ewentualnych nadużyć przyjdzie czas po kryzysie.

Czy pańskim zdaniem pakiet jest zbyt skromny, za mały? Już teraz są głosy, że na większy nie możemy sobie pozwolić ze względu na stan finansów publicznych.

Wciąż nie wiemy, ile ten pakiet będzie faktycznie kosztował. Z pierwszych zapowiedzi wynikało, że 212 mld zł, z czego 66 mld zł zwiększałoby deficyt sektora finansów publicznych. Później prezes PFR Paweł Borys mówił, że to jednak będzie 80 mld zł. Moim zdaniem to jest kwota duża, nawet w porównaniu do innych krajów. W Niemczech, Francji i innych krajach dużą część pakietów pomocowych również stanowią gwarancje, kredyty itp., a nie bezpośrednie wydatki. Czy nas na to stać? Reguła wydatkowa na to pozwala, można przekroczyć wynikający z niej limit wydatków w stanie klęski żywiołowej. Większym problemem jest to, że przy takim wzroście wydatków dług publiczny może się zbliżyć do 55 proc. PKB. Dlatego trzeba szukać oszczędności. W budżecie jest wiele wydatków, które nawet jeśli były potrzebne w normalnych czasach, to dziś, gdy ratujemy bezpieczeństwo ekonomiczne kraju, potrzebne nie są. To np. tzw. trzynasta emerytura, na którą ma pójść 10-11 mld zł. To by wystarczyło, aby ograniczyć wzrost stopy bezrobocia o kilka punktów procentowych. Z tego warto zrezygnować także dla dobra samych emerytów, bo jeśli firmy zaczną upadać i skoczy bezrobocie, to w budżecie może zacząć brakować pieniędzy na zwykłe emerytury, o dodatkowych nie mówiąc.

Można się spierać o to, czy nawet w normalnych czasach ten wydatek byłby uzasadniony. A co z 500+? Pojawiły się sugestie, że tu można szukać dużych oszczędności.

Na świecie od pewnego czasu toczy się dyskusja, że w związku z rosnącymi nierównościami i robotyzacją potrzebny jest dochód podstawowy, gwarantowany. Teraz w ramach walki z kryzysem niektóre kraje, np. USA, decydują się na jednorazowe powszechne transfery. U nas rolę dochodu podstawowego w pewnym sensie pełni 500+. Te pieniądze przysługują też dzieciom osób samozatrudnionych, które są obecnie szczególnie narażone na utratę dochodów. Nie warto z tego rezygnować. Ale gdyby problemy się pogłębiały, gdyby nadciągały całe stada „czarnych łabędzi", należałoby się zastanowić nad wprowadzeniem dochodu podstawowego dla wszystkich np. w formie 300+.

Wspomniał pan, że dług publiczny może się zbliżyć do 55 proc. PKB. To byłby skok o kilkanaście punktów procentowych, ale nadal nie byłby to szokująco wysoki poziom zadłużenia w europejskim kontekście. Pańskim zdaniem to mogłoby stanowić zagrożenie dla stabilności finansowej kraju?

Rzecz w tym, że w ustawie o finansach publicznych zapisany jest limit długu na poziomie 55 proc. PKB i nie ma klauzuli pozwalającej na jego obejście. Gdy ten limit zostanie osiągnięty, trzeba zamrozić emerytury, wynagrodzenia itp. Wiadomo, że z ekonomicznego punktu widzenia dług na poziomie 55,1 proc. PKB nie jest dramatem w porównaniu do np. 54,9 proc. PKB, ale jednak przekroczenie tego progu miałoby pewne konsekwencje. Nie wiadomo, jak zachowają się rynki, czy kapitał zagraniczny nie zacząłby uciekać. Nie wiadomo też, jak program skupu obligacji skarbowych przez NBP (ograniczający koszty obsługi długu – red.) wpłynąłby na kurs złotego. A każde osłabienie złotego o 10 proc. powoduje wzrost relacji długu do PKB o 1 punkt procentowy.

Czy obecnie tylko istnieje ryzyko, że dług osiągnie ten próg, czy jest to w zasadzie przesądzone, jeśli wydatki rządu wzrosną o 80 mld zł?

Moje wyliczenia sugerują, że przy stagnacji nominalnego PKB, osłabieniu złotego o 10 proc., braku dochodów jednorazowych np. z tytułu opłaty przekształceniowej OFE oraz cyklicznego spadku wpływów z VAT o około 2 proc. PKB, dług dojdzie do 53,2 proc. PKB. Wystarczy, że złoty osłabi się o 30 proc. i już próg 55 proc. PKB zostanie przebity.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.