Reklama

Żandarm na dromaderze

Citroën méhari wydaje się samochodem idealnym na letnie eskapady, zwłaszcza na Lazurowym Wybrzeżu. W Polsce jednak też się sprawdzi, tyle że zapewne częściej trzeba będzie stawiać brezentowy dach.
Za kierownicą citroëna méhari często widywaliśmy Louisa de Funesa. Fot. www.pinterest.com

Za kierownicą citroëna méhari często widywaliśmy Louisa de Funesa. Fot. www.pinterest.com

Foto: Archiwum

Gdy mój zakochany w niemieckich samochodach brat odwiedził mnie ostatnio nowym citroënem, byłem w szoku. On sam nie ukrywał zdziwienia, jakie przeżył, prowadząc model C5 swojego kolegi, co zachęciło go do kupna własnego. Nie byłby tak zaskoczony, gdyby choć trochę znał historię tej francuskiej marki słynącej z prekursorskich rozwiązań.

Warto zacząć od tego, że dzieje Citroëna są ściśle związane z Polską. To u nas na początku XX wieku młody, 23-letni inżynier Andre Citroën poznał technologię kół zębatych o daszkowym uzębieniu. Zachwycony ich skutecznością nabył patent i rozpoczął we Francji ich produkcję. Błyskawicznie odniósł sukces, przekładnie Citroëna stosowano nie tylko w większości francuskich samochodów, klientem był nawet Rolls-Royce. Przekładnia francuskiej produkcji użyta została też w sterze „Titanica". Zazębienie daszkowe przyniosło więc Citroënowi bogactwo i sławę, a on je unieśmiertelnił, uczynił z tego wzoru logo swej firmy znane do dziś.

Teraz kwartalna e‑prenumerata z rabatem 34%!

Obserwuj świat finansów i bądź gotowy na codzienne decyzje biznesowe.

Subskrybuj i zyskaj dostęp do aktualnych i sprawdzonych informacji, wnikliwych analiz, komentarzy ekspertów, prognoz i zestawień publikowanych wyłącznie w "Parkiecie".

Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama