Gdy mój zakochany w niemieckich samochodach brat odwiedził mnie ostatnio nowym citroënem, byłem w szoku. On sam nie ukrywał zdziwienia, jakie przeżył, prowadząc model C5 swojego kolegi, co zachęciło go do kupna własnego. Nie byłby tak zaskoczony, gdyby choć trochę znał historię tej francuskiej marki słynącej z prekursorskich rozwiązań.
Warto zacząć od tego, że dzieje Citroëna są ściśle związane z Polską. To u nas na początku XX wieku młody, 23-letni inżynier Andre Citroën poznał technologię kół zębatych o daszkowym uzębieniu. Zachwycony ich skutecznością nabył patent i rozpoczął we Francji ich produkcję. Błyskawicznie odniósł sukces, przekładnie Citroëna stosowano nie tylko w większości francuskich samochodów, klientem był nawet Rolls-Royce. Przekładnia francuskiej produkcji użyta została też w sterze „Titanica". Zazębienie daszkowe przyniosło więc Citroënowi bogactwo i sławę, a on je unieśmiertelnił, uczynił z tego wzoru logo swej firmy znane do dziś.