Na koniec czerwca Polacy (gospodarstwa domowe) trzymali w bankach ponad 1,5 bln zł (ok. 10 proc. w walutach), z czego 389 mld zł (27,9 proc.) na lokatach terminowych, w tym tylko 19 mld zł (1,4 proc.) na depozytach zapadających za dwa lata lub dłużej. Za to aż 73 proc. (1,1 mld zł) z tej góry gotówki odpoczywało na rachunkach bieżących, ROR i oszczędnościowych lub w innej formie, którą można w dowolnym momencie podjąć z banku. Nic więc dziwnego, że banki zapłaciły w czerwcu zaledwie 3,1 mld zł odsetek od 1,5 bln zł środków.

W połowie lat 90. i na początku wieku na lokatach terminowych Polacy trzymali 70–80 proc. oszczędności bankowych. Dwadzieścia lat później struktura uległa całkowitemu odwróceniu – krótko po pandemii depozyty terminowe odpowiadały nawet za nieco ponad 15 proc. oszczędności w bankach, a prawie 85 proc. przypadło na rachunki bieżące, oszczędnościowe, itp.

O ile w okresie znacznej niepewności (pandemia) przywiązanie do płynności jest zrozumiałe, o tyle w „zwykłych latach” czynnikiem decydującym o strukturze terminowej oszczędności może wcale nie być możliwość sięgnięcia po środki w dowolnie wybranym momencie, ale niewystarczająco wysokie oprocentowanie depozytów. Statystyczny Kowalski może uznać, że korzyści z jego założenia i zarobku rzędu 2–3 proc. (średnie oprocentowanie depozytów w czerwcu wg danych NBP to 2,9 proc., ale uwzględnia ono historyczne, wciąż pracujące lokaty; rachunek bieżący płacił średnio 0,5 proc.) po prostu nie są warte zablokowania środków. Inflacja przestała przecież straszyć, miesiąc temu podnosiły się głosy o możliwych dalszych obniżkach stóp. Hipotezę o przywiązaniu indywidualnych klientów banków do nominalnego oprocentowania zdaje się potwierdzać zamieszczony wykres – spadek inflacji szedł w parze ze wzrostem udziału „osadu” na rachunkach bieżących, a jej wzrost zachęcał klientów banków do zakładania depozytów.

Czytaj więcej

RPP powstrzyma się z obniżaniem stóp, banki może też

Nieco inaczej wygląda to w przypadku przedsiębiorstw niefinansowych, które obecnie mogą utrzymywać płynne zasoby bardziej z konieczności niż z wyboru, bo największe banki albo nie przyjmują depozytów od firm albo oferują homeopatyczne oprocentowanie. Niemniej po dyrektorach finansowych nawet małych firm można spodziewać się nieco bardziej aktywnego zarządzania płynnością – wszak przy odpowiednich kwotach każdy punkt procentowy różnicy w odsetkach przeliczany jest na tysiące, a czasem i setki tysięcy złotych rocznie.

Sen o 10 proc.

Oczywiście temat nie jest nowy. Właściciele TFI lub innych biznesów opartych na skali aktywów co i rusz rzucają w przestrzeń publiczną myśl o tym, jak wielkich korzyści doświadczyłaby gospodarka (i przy okazji ich biznes), gdyby choć 10 proc. środków leżących bezczynnie w bankach zaczęło pracować w innych miejscach.

Czytaj więcej

Mniej emocji rynku, więcej dyscypliny kredytowej

Póki co, marzenia w czyn przekuło Ministerstwo Finansów. Jeszcze pod koniec 2017 r. (krótko po wyjściu z deflacji) zadłużenie Skarbu Państwa z emisji detalicznych obligacji oszczędnościowych sięgało 15,4 mld zł, co odpowiadało 2 proc. oszczędności gospodarstw domowych zdeponowanych w bankach. Obecnie (maj 2026 r.) jest to 189,2 mld zł, co odpowiada 12,4 proc. oszczędności w bankach. W tym czasie aktywa pod zarządzaniem w TFI wzrosły o 70 proc., ale oszczędności gospodarstw domowych wzrosły w bankach o prawie 105 proc. Klienci indywidualni bezpieczeństwo i płynność cenią ponad zyski.

Jak jednak wiemy, sięgnięcie po wyższe zyski nie zawsze oznaczać musi utratę bezpieczeństwa. Roczne obligacje oszczędnościowe, najpopularniejsze obecnie w strukturze sprzedaży MF, oferują rocznie 3,75 proc. (4 proc. przez pierwszy miesiąc), o 1 pkt. proc. więcej niż wynosi średnie oprocentowanie lokat do dwóch lat. 4 proc. to także nominalne oprocentowanie detalicznych listów zastawnych banków hipotecznych.

Czytaj więcej

Oszczędzamy dla bezpieczeństwa, ale problemem są niskie odsetki

Firmy nie mogą wprawdzie kupować obligacji oszczędnościowych, ale mogą lokować płynność w funduszach dłużnych gromadzących krótkoterminowe obligacje (niskie ryzyko stopy procentowej) albo gwarantować sobie zysk operacjami buy-sell-back, przenosząc ryzyko stopy procentowej na drugą stronę operacji (zwykle bank lub dom maklerski). Dziś nie są to już instrumenty dostępne tylko dla największych. Również podmioty zarządzające płynnością rzędu kilkuset tysięcy złotych odczują korzyści z lokowania środków z wyższą stopą zwrotu.

Między strachem a chciwością

Próby przekonania posiadaczy oszczędności w przypadku klientów indywidualnych i nadwyżek płynności w przypadku firm do zatrudnienia środków do nieco bardziej intensywnej pracy samymi realnymi stopami zwrotu dają zauważalne efekty – aktywa TFI rosną w ostatnich latach szybciej niż oszczędności w bankach (25 proc. w ostatnich 12 miesiącach). Stopy zwrotu stopniowo przekonują niezdecydowanych.

Dodatkowy potencjał może tkwić także w uświadomieniu potencjalnych zainteresowanych, że być może wcale nie potrzebują natychmiastowego dostępu do wszystkich środków, że część z nich może pracować znacznie wydajniej również w instrumentach porównywalnej klasy ryzyka. Jedyną ceną za wyższy dochód może być czasem wydłużenie terminu z wycofania środków z „natychmiast” do kilku dni.

O czym trzeba pamiętać?

Inwestorzy poszukujący wyższych stóp zwrotu niż na lokatach bankowych mogą zostać skuszeni atrakcyjnymi stopami zwrotu wypracowanymi przez fundusze czy nawet konkretne instrumenty, które nie zawsze będą odpowiadały ich rzeczywistym potrzebom. Stopy zwrotu długoterminowych obligacji w 2022 r. sięgały minus 20 proc. po znakomitych, dwucyfrowych zyskach, które przyniosły dwa lata wcześniej. Straty te zostały odrobione z nawiązką, ale nie każdemu takie wahania będą odpowiadały. 
Głównym czynnikiem ryzyka na rynku długu jest ryzyko kredytowe, którym można jednak zarządzać, stawiając na dywersyfikację lub wybór instrumentów o niższym ryzyku kredytowym (obligacje banków, dużych spółek z WIG20 etc.). Tu jednak trzeba pamiętać, że dostęp do obligacji bankowych mają inwestorzy instytucjonalni, oferujący inwestorom gotowe portfele w postaci funduszy inwestycyjnych. Oczywiście, ryzyko kredytowe można też ograniczyć, stawiając na obligacje skarbowe lub listy zastawne. W przypadku obligacji skarbowych do gry wchodzi jednak ryzyko stopy procentowej – notowania, zwłaszcza długoterminowych papierów, mogą się znacząco wahać, w zależności od oczekiwań rynkowych co do wysokości stóp procentowych. Akurat ten rodzaj ryzyka jest minimalizowany w przypadku obligacji korporacyjnych, ponieważ zdecydowana większość z nich ma oprocentowanie zmienne, oparte na stawkach referencyjnych (obecnie WIBOR, w przyszłości POLSTR). 
Również część obligacji skarbowych ma oprocentowanie zmienne – hurtowe oparte na WIBOR-ze, detaliczne na stopie referencyjnej lub inflacji. Tu z kolei dotykamy trzeciego elementu ryzyka, czyli ryzyka płynności. Zwykle jest ono przeliczane na koszt przedterminowego zakończenia inwestycji, który można jednak ograniczyć, odpowiednio planując strukturę portfela.