Triumfalny, bo w pierwszej takiej emisji od blisko 100 lat PKO Bank Hipoteczny zebrał w październiku od inwestorów indywidualnych ponad 1,1 miliarda złotych.
Sama nazwa instrumentu „list zastawny” jest mało intuicyjna. Bardziej naturalny wydaje się zachodni odpowiednik, czyli „obligacja zabezpieczona” od angielskiego covered bond. Konkretnie zabezpieczona paczką kredytów hipotecznych. W Polsce takie instrumenty emitują banki hipoteczne i do tej pory kierowały je do inwestorów instytucjonalnych. Bezpieczeństwo takiej inwestycji wynika z kilku źródeł. Główne dwa to zabezpieczenie kapitału i odsetek na portfelu kredytów hipotecznych oraz odpowiedzialność majątkiem własnym banku hipotecznego za spłatę wyemitowanych listów. Wsparciem w procesie są regularne testy pokrycia i płynności, niezależna kontrola powierników powoływanych przez KNF, czy obowiązkowy bufor płynności.
Skąd jednak pomysł, aby spopularyzować ten instrument nad Wisłą właśnie teraz? Odpowiedzią jest niski udział finansowania kredytów hipotecznych w Polsce poprzez listy zastawne. W 2024 r. wyniósł tylko 3,3 proc. w relacji do 31,4 proc. średnio dla 14 największych krajów w Europie. Liderami na Starym Kontynencie w tej kategorii są Dania, Hiszpania i Włochy z udziałem odpowiednio 100 proc., 39,1 proc. i 37,7 proc. Alternatywą dla takiego finansowania hipotek, która dzisiaj dominuje w Polsce, są pieniądze na rachunkach i lokatach klientów banków. Jest to pieniądz bardziej płynny, o krótkoterminowym charakterze i stąd rekomendacja KNF z połowy 2024 r. aby sektor zastanowił się nad zwiększeniem udziału finansowania długoterminowego.
Cel instytucji finansowych jest więc jasno określony, ale co ma z tego inwestor indywidualny? Po co mu „listy”, skoro ma obligacje skarbowe? Do dywersyfikacji. Biorąc pod uwagę, w jak dynamicznym i nieprzewidywalnym świecie żyjemy, wszelkie formy rozpraszania ryzyka należy traktować poważnie. Gwarancja na polskich obligacjach skarbowych w terminie wykupu jest dziś niekwestionowana. Polska wygląda dobrze z zadłużeniem na poziomie 55 proc. PKB, jeśli porównamy to do niektórych krajów w Europie, np. Francji (113 proc.), czy Włoch (135 proc.), albo ogólnie średniej w strefie euro na poziomie 87 proc. Tę perspektywę podzielają agencje ratingowe, oceniając dług nad Wisłą na A- z perspektywą stabilną w przypadku S&P i Fitch oraz A2 z perspektywą negatywną od Moody’s. Zaufanie zagranicy widać też po silnym złotym, który od 3 lat zyskuje w stosunku do euro i dolara. Niemniej, ryzyko obligacji to także niepewność związana z wahaniem cen, zanim obligacja zostanie spłacona. Przykładowo, w latach 2021-22 notowanie na GPW „wz-tki” przeszło przez przecenę o 7-10 proc. związaną z wystrzałem inflacji i silnymi podwyżkami stóp procentowych przez RPP. W kolejnych latach te straty zostały odrobione, razem z ustabilizowaniem się cen energii, spadkiem inflacji i obniżkami stóp. Jednak przechodzenie przez okresowe wahania może też dotyczyć rynku obligacji, zależnie od zmaterializowania się określonych scenariuszy.
Przechodząc do konkluzji i dywersyfikacyjnego potencjału listów zastawnych. Ponieważ ich wypłacalność jest powiązana ze spłatami kredytów hipotecznych oraz kondycją finansową banku emitenta, ich ceny na giełdzie mogą w mniejszym stopniu zależeć od nastawienia inwestorów zagranicznych do długu rządowego. W ubiegłym roku te nastroje były testowane chociażby we wrześniu, po upadku rządu premiera Bayrou we Francji, który nie zdołał uzyskać większości parlamentarnej dla planowanych ograniczeń wydatków. W świecie wyzwań budżetowych związanych chociażby z obronnością, czy inwestycjami energetycznymi, możliwość dywersyfikacji ryzyka w obszarze rynków obligacji może być warta rozważenia.