Warszawska giełda szykuje nowy program dla emitentów, Green Bond Framework, który jest o tyle ciekawy, że dotyczy nie zwykłych obligacji, a tzw. zielonych papierów dłużnych.

Postanowiliśmy rozszerzyć w tym roku zakres naszego programu na jednostki samorządu terytorialnego. W pierwszej edycji programu, w ubiegłym roku, wsparcie było skierowane tylko do firm. Program współprowadzi International Finance Corporation, który działa w ramach Banku Światowego, oraz kancelaria Baker McKenzie.

Czy w tym trudnym roku samorządy bardziej zainteresowały się tym źródłem finansowania inwestycji?

Tak, rozmowy na forum samorządowym wskazywały, że dziś samorządy faktycznie są zainteresowane naszą ofertą. Ostatnio Łódź przeprowadziła emisję zielonych obligacji, spotkało się to z dużym zainteresowaniem, dlatego wychodzimy naprzeciw potrzebom rynku. Wygranymi będą nie tylko korporacje, ale również samorządy, co nas cieszy.

A na czym polega program?

IFC pomoże wygranym w sporządzeniu green bond framework oraz sfinansuje tzw. second party opinion, czyli niezależną opinię zewnętrzną, która na rynku kosztuje nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów, więc jest to raczej gra warta świeczki.

IFC brał już udział w 178 emisjach zielonych obligacji, w 20 walutach, na 10,5 mld dolarów, więc macie państwo doświadczonego partnera. Ale czym się różnią te obligacje od zwykłych?

Zielone obligacje, tak jak i inne takie papiery, są emitowane zazwyczaj na podstawie ustawy o obligacjach. Przymiotnik „zielone” określa cele, na które mają być wydatkowane środki z emisji, a które muszą być skierowane na cele środowiskowe. Zielone obligacje są tylko częścią dość potężnej grupy obligacji emitowanych w ramach zrównoważonych „tematów” – są tu obligacje zielone, zrównoważone, społeczne, obligacje pod nazwą „transition” oraz SLB, czyli sustainability linked bonds, w których marża uwarunkowana jest celem środowiskowym.

Coraz więcej firm analitycznych opisuje zielone obligacje w raportach, zauważają ich zaskakujące zalety, jak to, że zyskują one więcej rozgłosu w mediach.

Zielone obligacje faktycznie zyskują większy rozgłos, dzięki temu mogą łatwiej dotrzeć do potencjalnych inwestorów. Na zielone obligacje jest też większy popyt, one rozchodzą się jak świeże bułeczki. Jest wyraźny trend, by wybierać inwestycje eko. Widzimy wręcz konieczność zazielenienia portfeli u inwestorów, która jest wynikiem regulacji SFDR, obecnie wdrażanej w Unii Europejskiej. Jej efektem będzie usuwanie z portfeli inwestycyjnych tych inwestycji, które nie są zielone.

Jak Polska radzi sobie na tle rynku europejskiego?

Polska była pierwszym państwem na świecie, w którym emitentem zielonych obligacji był Skarb Państwa, zaczęliśmy więc w 2016 r. wspaniale jako kraj. Emisje korporacyjne pojawiły się jednak dopiero w 2019 r. Przez pewien czas więc niewiele się działo, rynek nie poszedł za pierwszym impulsem. Nasze działania dziś jako warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych skierowane są na to, by uaktywnić ten rynek zielonych obligacji i spowodować, by emitenci obligacji myśleli o tym, by wybrać właśnie zielone papiery.

UE ostatnio kładzie ogromny nacisk na zieloną politykę, mamy Green Deal, który wpłynął na wiele projektów gospodarczych. Czy widać wpływ ogólnego „zazielenienia” unijnej polityki na większy popyt na tego rodzaju papiery dłużne?

Jeśli chodzi o emisję zielonych obligacji, rok 2021 był absolutnie rekordowy, wyemitowano dług za 600 mld dol., to jest ogromna kwota. Biorąc jednak pod uwagę pozostałe zrównoważone emisje, np. społeczne czy SLB, w tym samym roku wartość emisji przekroczyła 1 bln dol. W tym roku mamy jednak zapaść w porównaniu z ubiegłorocznym wynikiem – wiemy, że jest to efekt rosyjskiej inwazji na Ukrainę i kryzysu energetycznego. Z tego względu wyemitowano dotychczas w sumie papiery za 417 mld dol., więc rok zamknie się zapewne w połowie ubiegłorocznego wyniku.

Czy UE uregulowała już ten rynek, czy opieramy się na innego rodzaju wytycznych?

Najbardziej popularne dziś standardy to amerykańskie ICMA i CBI. Europa pracuje nad tzw. złotym standardem, ale jeszcze nie został on wdrożony i stąd niektóre unijne firmy emitują właśnie obligacje na standardach amerykańskich. Na unijny standard musimy jeszcze poczekać.

Chwalimy zielone obligacje, są korzystne dla inwestorów i emitentów, ale czy dostrzegacie państwo ryzyko greenwashingu, gdzie firmy emitują zielone obligacje tylko po to, by poprawić swój wizerunek?

Tak, taki pseudoekologiczny marketing może zaistnieć i właśnie chodzi o to, by te standardy uniemożliwiały prowadzenie takiego oszustwa, gdy okazuje się, że inwestycja wcale nie była zielona. Tu trzeba rzeczywiście wysokiej jakości dokumentów, sprawdzania i wysokiej jakości zewnętrznej opinii. To daje inwestorom pewność, że dana inwestycja faktycznie jest zielona.

parkiet.com