Jednakże chodzi tutaj raczej o małe zwyżki (1-2%) ale za to utrzymujące się przez dłuższy okres czasu. Tymczasem na polskiej giełdzie obserwujmy nowe zjawisko: fundamenty większości polskich firm wchodzących w skład Wigu20, zmieniły się w ciągu jednej nocy tak znacząco (pewnie jutrzejsza prasa doniesie o odkryciu pod siedzibami tych spółek złóż złota lub ropy naftowej), że dzisiaj główne indeksy poszybowały ostro w górę.

Bardzo lubię takie sesje kiedy rynek rośnie tak szybko - scenariusz jest stosunkowo prosty: kup na otwarciu i trzymaj do końca sesji (dodajmy, że to już trzecie kwotowanie o tak dużej dynamice wzrostu na przestrzeni ostatniego miesiąca) a zarobisz jednego dnia tyle ile przez pół roku w banku (Państwo pozwolą, że przemilczę jednodniową stopę zwrotu na kontraktach terminowych - po co się denerwować). Jak można wytłumaczyć ten polski fenomen? Otóż bardzo prosto: jeden z największych funduszy emerytalnych rozpoczyna zakupy akcji na samym początku sesji. Inni zarządzający widząc, że coś z tym rynkiem jest nie tak, a nie chcąc pozostać w tyle, szybko podłączają się do zakupów. W takiej sesji cena poszczególnych akcji nie ma znaczenia, najważniejsze to, to że rośnie (na rynku zaczynają pojawiać się "okrągłe" zlecenia kupna). Tylko co to ma z giełdą wspólnego? Chyba tylko nazwę. I gdzie tu jest miejsce dla Kowalskiego na nowym parkiecie polskiej giełdy? Odpowiem szczerze: nie ma, bo skoro duży może więcej to mały praktycznie nic nie może. Jedynie wytrawni gracze potrafią sobie "wytłumaczyć" takie sesje jak dzisiejsza i przeobrazić je w czysty zysk. Nie ma się co dziwić, że zagraniczny kapitał omija szerokim łukiem polski rynek. Wzrost 6% indeksu Wig20 nastąpiłby w przeciągu 2 - 3 sesji na normalnym rynku kapitałowym. No chyba, że porównamy się do takich emerging markets jak Argentyna, gdzie 17% aprecjacja Mervala nie zdziwiła już nikogo.

Niestety największym zagrożeniem takiej drogi rozwoju polskiej giełdy jest to, że któregoś dnia ktoś dojdzie do wniosku, że polskie akcje są za drogie w stosunku do np. europejskich (casus AMS - który okazał się za drogi do przejęcia) i trzeba będzie coś zrobić z zapasami tego "dobra" zgromadzonego w funduszach emerytalnych. Tylko co? Wyrzucić na śmietnik, a może znacznie przecenić? I kto wtedy za to zapłaci? Przyszli emeryci?

Oczekując kolejnych sesji podobnych do dzisiejszej, dziękuję zarządzającym za noworoczny prezent. Proszę o następne.

Krzysztof Borowski