Stąd też z naszego rynku jakby uszło powietrze - w porównaniu z poprzednimi dwiema sesjami obroty są małe, WIG20 zniżkuje o 1%, do poziomu wyznaczanego przez poniedziałkowe otwarcie. To w najmniejszym stopniu nie zmienia korzystnego obrazu rynku, jaki wytworzył się po ostatniej sesji. Tyle tylko, że z wybicia z trendu bocznego niewiele też wynika na przyszłość, gdyż z jednej strony trwający wzrost można nadal traktować jak korektę styczniowo-lutowej przeceny, a z drugiej na podstawie wysokości konsolidacji możemy oczekiwać wzrostu do 1185-1190 pkt. To oznacza, że potencjał wzrostowy, wynikający z wysokości konsolidacji nie jest już duży. Problem w tym, że na tej podstawie można wyznaczyć jedynie minimalny zasięg ruchu i nigdy nie jest pewne, czy nie zostanie on przekroczony. Nie ulega wątpliwości, że po poniedziałkowej sesji średnioterminowy trend zmienił się na wzrostowy i teraz uwagę zwracać będziemy głównie na wsparcia i ewentualnie wypatrywać będziemy słabnięcia kupujących. Pierwszym wsparciem jest podstawa wczorajszej świecy przy 1150 pkt., potem 1134 pkt, gdzie znajduje się dolna granica luki hossy. Obecnie dopiero zamknięcie poniżej 1134 pkt będzie sygnałem ostrzegającym przed powrotem spadków.

Wobec tego, że wczoraj nie udało się indeksom w USA przekroczyć marcowego szczytu, a indeksy w Europie tego dokonały, można oczekiwać okresu wyczekiwania przez inwestorów z Europy na dalszy rozwój wypadków w Ameryce i potwierdzenie, że poniedziałkowe wybicie było uzasadnione. Jednocześnie szybki powrót poniżej marcowego szczytu będzie wyraźnym zwiastunem pogorszenia koniunktury.

W kontekście oczekiwań na dalszy systematyczny ruch w górę na warszawskim parkiecie warto odnotować, że utrzymuje się słabość sektora bankowego. Było to dobrze widać wczoraj, kiedy to Pekao i BPH PBK zyskały tylko minimalnie. Biorąc pod uwagę, że poprawę wyników banków w kolejnych kwartałach wiąże się z bardziej dynamicznym ożywieniem gospodarczym, stagnacja kursów banków nie jest dobrym sygnałem dla całej gospodarki.