wschodzących. Spadająca rentowność amerykańskich papierów skarbowych
zwiększa relatywną atrakcyjność inwestycji alternatywnych, także i w naszym
regionie. Mogłoby się więc wydawać, że takie wiadomości pomogą i naszemu
rynkowi akcji, ale stało się inaczej. Złoty wprawdzie zyskał, ale nie
przełożyło się to na zwiększoną chęć zakupów polskich akcji. Właściwie przez
cały tydzień nie widać było większych graczy. Zważywszy na sytuację w USA,
gdzie z każdą sesją indeksy były coraz wyżej, a rentowność obligacji
spadała, nasz rynek wypadł bardzo blado.
Zastanawiając się skąd się bierze ta rezerwa w naśladowaniu wydarzeń zza
oceanu pewną wskazówką może być sytuacja na rynku złota. Ostatnie dwa
tygodnie to dynamiczny skok ceny i zbliżenie się do poziomu 500 dolarów za
uncję. Jak wiadomo, w dłuższym terminie rynek akacji i rynek złota są ze
sobą skorelowane ujemnie. Zatem jednoczesny wzrost cen na rynku akcji i na
rynku złota może stawiać pod znakiem zapytania wiarygodność jednego z nich
Wykres1.gif Rzadko się zdarza, by oba rynki miały iść w tym samym kierunku i
dotyczy to jedynie sytuacji, gdy mamy do czynienia z poważniejszymi ruchami
na rynku dolara. Gdyby w czasie ostatniego tygodnia doszło do poważnego
osłabienia dolara, można by właśnie tym wydarzeniem tłumaczyć pozytywną
korelację cen akcji i złota. Dolar jednak jest stosunkowo stabilny, a więc
jednak któryś z dwóch rynków się zagalopował. Po zachowaniu się naszych
indeksów mo podstawą rewizji pewnych wcześniejszych założeń, choć
główna teza, że szczyt hossy mamy jeszcze przed sobą na razie pozostaje
aktualna. W tej chwili pozwolę sobie na małe przypomnienie. Sięgnijmy to
tekstu z końca września: "Nie należy liczyć na to, że szczyt okaże się
pojedynczą szpicą. Jak uczy nas historia, zmiana kierunku trendu z
wzrostowego na spadkowy trwa kilka tygodni. Taki scenariusz miał miejsce
zarówno przy wyznaczaniu szczytu w 1994, jak i 2000 roku. Oczywiście teraz
może być inaczej, ale chyba tylko w kwestii długości tego procesu.
Inicjatorzy tego wzrostu, gracze zza granicy, posiadają teraz polskie
papiery i muszą się ich jakoś pozbyć. Kolejne rekordy są do tego wymarzoną
okazją. Trzeba tylko wywołać optymizm, a jak to zrobić prościej niż najpierw
trochę postraszyć, a potem uspokajająco poklepać po plecach? Głębsza korekta
rynek przestraszy, a uspokajająco i optymistycznie zadziałają następujące po
niej rekordy." Nie cytuje siebie, by pokazać, że miałem racje, bo ta racja
jest tylko częściowa.
Spodziewając się, że pojawi się głębsza korekta wzrostu sądziłem także, że
nie będzie ona zbyt długo trwać oraz, że zwyżka cen, jaka po niej się
pojawi, będzie dynamiczna i przystająca emocjom towarzyszącym kreśleniu
szczytu. Październik faktycznie przyniósł spadek cen, który można uznać za
głębszą korektę. Później ceny nieco wzrosły. W połowie drogi nastąpił jednak
przystanek. Po kilku dniach konsolidacji wyszedłem z założenia, że rynek
kreśli małą korektę (flagę) i wkrótce się wybije w górę. Szybko rosła LOP,
co pozwalało oczekiwać na dynamiczny ruch. Problem w tym, że ta korekta
trwała aż dwa tygodnie. Jak na flagę to dość długo. Wybicie rzeczywiście
było dynamiczne, ale trwało właściwie tylko jeden dzień, co w takiej
sytuacji można uznać za porażkę popytu. Nie było szaleństwa zakupów, a
posiadacze krótkich pozycji wcale nie byli tak skorzy do ucieczki. W czasie
kolejnych dni powróciliśmy do poziomu konsolidacji. LOP szybko stopniała, a
obserwowana wcześniej polaryzacja rynku rozeszła się po kościach. Rynek
trzyma się jeszcze nad poziomem tej konsolidacji, ale nie jest wykluczone,
że spadnie niżej.
Ta bierność popytu w sytuacji, gdy powinien być on bardzo widoczny zapala
żółte światło ostrzegawcze. Jeśli trzymać się wrześniowych założeń, to teraz
powinniśmy mieć okres śmiałych zakupów, nowych rekordów i ogromnego
optymizmu. Zamiast tego mamy impotencję popytu. Gdy zbliżyliśmy się do
okolic szczytu zabrakło kupujących. Jakie zatem nasuwają się wnioski?
Patrząc na rynek z dalszej perspektywy nadal twierdze, że obecne wahania
można bez problemu uznać za korekcyjne w stosunku do poprzedniego okresu
wzrostów. Świadczy o tym brak oznak wykreślanego szczytu we wrześniu oraz
nadal niewielką skalę spadku cen w październiku. Przypomnę, że sięgnął on
ledwie poziomu zniesienia 38,2% ostatniej fali wzrostowej. Nie porównuje
nawet tej korekty do całej hossy zapoczątkowanej jeszcze w 2001 roku.
Wprawdzie nic nie jest jeszcze przesądzone, ale wygląda na to, że kreślenie
spadku znacznie się przedłuży. Patrząc na rynek jakoś nie widzę w tej chwili
szans na dynamiczny powrót do wzrostów i zaliczania nowych rekordów.
Oczywiście ostateczną odpowiedź da nam sam rynek. Moim zdaniem zejście cen
pod poziom ostatniej dwutygodniowej konsolidacji, do poziomu której ostatnio
powróciliśmy, przekreśli szanse na rychłe rekordy. Będzie to sygnał słabości
rynku, który raczej otworzy nam drogę do zbliżenia się do okolic
październikowych dołków. Jeśli rzeczywiście zaczniemy spadać nie będzie
zaskoczeniem, jeśli te dołki zostaną nieznacznie pokonane. Nieznacznie, bo
cały czas mamy na uwadze konsolidację z sierpnia br. To była ostatniy nadal trend wzrostowy. Jeśli ceny
spadłyby trwale pod ten poziom to musiałbym uznać, że koncepcja korekty
przed wyznaczeniem szczytu była błędna, a lokalny szczyt z pierwszych dni
jesieni jest faktycznym szczytem hossy. Przyznam, że takie rozwiązanie mocno
by mnie zdziwiło, ale z faktami nigdy nie należy się kłócić. Niezależnie co
się myśli i jakie scenariusze chodzą po głowie, na pierwszym miejscu zawsze
pozostaje założenia, że "rynek się nie myli". Tym samym to nie zmiany
rynkowe naciąga się do swojej oceny, ale tą ocenę trzeba dopasować do
zmieniających się warunków.
Strategia na najbliższe tygodnie wydaje się następująca. Mamy obecnie dwa
kluczowe wsparcia, które widać na wykresie Wykres2.gif Najbliższym jest
konsolidacja z pierwszej połowy listopada. Dopóki ceny trzymają się nad jej
poziomem, można jeszcze mówić o szansie na atak na szczyty w najbliższym
czasie. W mojej ocenie taki scenariusz jest coraz mniej prawdopodobny. Gdy
wsparcie to zostanie przełamane, potwierdzą się obawy, że na nowe rekordy
trzeba będzie poczekać nieco dłużej. Wtedy za bardziej prawdopodobny trzeba
będzie uznać ruch w kierunku lokalnych dołków. W związku z tym, że w
dłuższym terminie obowiązującym będzie nadal trend wzrostowy, warto będzie
obserwować poziomy oporu, by znaleźć sygnał do ponownego otwarcia długich
pozycji. Taki ewentualny spadek cen zbliżyłby nas do drugiego kluczowego
poziomu dla oceny sytuacji technicznej, jakim jest dołek konsolidacji z
sierpnia. Warto zauważyć, że jest to także poziom zniesienia 50% letniej
hossy. Tu aktywność popytu będzie zapewne duża. Gdyby kupującym nie udało
się powstrzymać podaży, należałoby zrewidować pogląd dotyczący trendu w
długim terminie.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Tu już wybiegam
nieco do przodu. Jeśli okaże się, że korekta rzeczywiście się przeciągnie,
by po kilku tygodniach rynek ponownie powrócił do wzrostów, to ich skala ma
szansę być większa. Rynek miałby teoretycznie większy potencjał ruchu, niż
gdyby rekordy były bite bez wykreślenia korekty. Nachodzi mnie jeszcze jedna
myśl, w którą raczej trudno mi uwierzyć. Czyżby ponownie szczyt miał pojawić
się na przełomie zimy i wiosny? Byłoby to bardzo zadziwiające.
Kamil Jaros