Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 27.11.2005 12:04

Ubiegły tydzień nie obfitował w szczególnie ważne wydarzenia na rynkach

światowych. Główną tego przyczyną było czwartkowe święto w USA, które

wpłynęło na rynki usypiająco. Potencjalnie mogło się coś wydarzyć w

poniedziałek lub wtorek, ale środa była już dniem przygotowań do święta.

Także piątek nie mógł być ciekawy, bo notowania w USA były skrócone. Tym

Reklama
Reklama

samym sesja okazała się bez znaczenia, jak właściwie cały tydzień. Jedynym

wartym uwagi zdarzeniem była wtorkowa publikacja informacji z przebiegu

ostatniego posiedzenia amerykańskiego komitetu otwartego rynku banku rezerwy

federalnej.

Na rodzimym rynku potencjalnie mogło być ciekawiej, ale w rzeczywistości

także nie było. Na politykę patrzymy coraz mniej uważnie. Sprzeczne

Reklama
Reklama

informacje wychodzące ze strony rządzących powoli prowadzą do

uniezależnienia się od nich. Nikt nie jest w stanie stwierdzić, jaka jest

faktyczna strategia rządu. Przedwyborcze obietnice są teraz brutalnie

rewidowane potwierdzając przypuszczenie, że były jedynie hasłami, które

miałby przysporzyć poparcia. Teraz każda decyzja dotycząca kosztowniejszego

projektu jest odwlekana, albo zapowiada się, że realizacja będzie możliwa

Reklama
Reklama

dopiero w następnych latach. Z jednej strony to przejaw politycznego

cynizmu, ale z drugiej fakt pocieszający, bo można mieć nadzieję, że sfera

finansowa działań rządu będzie trzymała się założonych ram. Właśnie chyba to

przekonanie wpłynęło na poziom notowań złotego, który w tym tygodniu się

znacząco umocnił. Można tylko mieć nadzieję, że nasza Pani Minister od kasy

Reklama
Reklama

ponownie nie chlapnie czegoś, co znowu przeceni polską walutę. W tym wypadku

"milczenie jest złotym".

Umocnienie się złotego to także efekt wspomnianej już publikacji informacji

o przebiegu posiedzenia FOMC z początku listopada. Okazało się, że kilku

członków komitetu jest zdania, że trwająca od półtora roku sekwencja

Reklama
Reklama

podwyżek stóp procentowych w USA powinna być powoli wyhamowywana, by "nie

zajść za daleko". Zdaniem autorów tej tezy dalsza kontynuacja podwyżek może

mieć negatywny wpływ na dynamikę wzrostu gospodarczego. Reakcja rynku była

jednoznaczna. Dolar się stracił na wartości, a skoczyły ceny obligacji

(spadła rentowność) oraz ceny akcji. Taki układ jest korzystny dla rynków

Reklama
Reklama

wschodzących. Spadająca rentowność amerykańskich papierów skarbowych

zwiększa relatywną atrakcyjność inwestycji alternatywnych, także i w naszym

regionie. Mogłoby się więc wydawać, że takie wiadomości pomogą i naszemu

rynkowi akcji, ale stało się inaczej. Złoty wprawdzie zyskał, ale nie

przełożyło się to na zwiększoną chęć zakupów polskich akcji. Właściwie przez

cały tydzień nie widać było większych graczy. Zważywszy na sytuację w USA,

gdzie z każdą sesją indeksy były coraz wyżej, a rentowność obligacji

spadała, nasz rynek wypadł bardzo blado.

Zastanawiając się skąd się bierze ta rezerwa w naśladowaniu wydarzeń zza

oceanu pewną wskazówką może być sytuacja na rynku złota. Ostatnie dwa

tygodnie to dynamiczny skok ceny i zbliżenie się do poziomu 500 dolarów za

uncję. Jak wiadomo, w dłuższym terminie rynek akacji i rynek złota są ze

sobą skorelowane ujemnie. Zatem jednoczesny wzrost cen na rynku akcji i na

rynku złota może stawiać pod znakiem zapytania wiarygodność jednego z nich

Wykres1.gif Rzadko się zdarza, by oba rynki miały iść w tym samym kierunku i

dotyczy to jedynie sytuacji, gdy mamy do czynienia z poważniejszymi ruchami

na rynku dolara. Gdyby w czasie ostatniego tygodnia doszło do poważnego

osłabienia dolara, można by właśnie tym wydarzeniem tłumaczyć pozytywną

korelację cen akcji i złota. Dolar jednak jest stosunkowo stabilny, a więc

jednak któryś z dwóch rynków się zagalopował. Po zachowaniu się naszych

indeksów mo podstawą rewizji pewnych wcześniejszych założeń, choć

główna teza, że szczyt hossy mamy jeszcze przed sobą na razie pozostaje

aktualna. W tej chwili pozwolę sobie na małe przypomnienie. Sięgnijmy to

tekstu z końca września: "Nie należy liczyć na to, że szczyt okaże się

pojedynczą szpicą. Jak uczy nas historia, zmiana kierunku trendu z

wzrostowego na spadkowy trwa kilka tygodni. Taki scenariusz miał miejsce

zarówno przy wyznaczaniu szczytu w 1994, jak i 2000 roku. Oczywiście teraz

może być inaczej, ale chyba tylko w kwestii długości tego procesu.

Inicjatorzy tego wzrostu, gracze zza granicy, posiadają teraz polskie

papiery i muszą się ich jakoś pozbyć. Kolejne rekordy są do tego wymarzoną

okazją. Trzeba tylko wywołać optymizm, a jak to zrobić prościej niż najpierw

trochę postraszyć, a potem uspokajająco poklepać po plecach? Głębsza korekta

rynek przestraszy, a uspokajająco i optymistycznie zadziałają następujące po

niej rekordy." Nie cytuje siebie, by pokazać, że miałem racje, bo ta racja

jest tylko częściowa.

Spodziewając się, że pojawi się głębsza korekta wzrostu sądziłem także, że

nie będzie ona zbyt długo trwać oraz, że zwyżka cen, jaka po niej się

pojawi, będzie dynamiczna i przystająca emocjom towarzyszącym kreśleniu

szczytu. Październik faktycznie przyniósł spadek cen, który można uznać za

głębszą korektę. Później ceny nieco wzrosły. W połowie drogi nastąpił jednak

przystanek. Po kilku dniach konsolidacji wyszedłem z założenia, że rynek

kreśli małą korektę (flagę) i wkrótce się wybije w górę. Szybko rosła LOP,

co pozwalało oczekiwać na dynamiczny ruch. Problem w tym, że ta korekta

trwała aż dwa tygodnie. Jak na flagę to dość długo. Wybicie rzeczywiście

było dynamiczne, ale trwało właściwie tylko jeden dzień, co w takiej

sytuacji można uznać za porażkę popytu. Nie było szaleństwa zakupów, a

posiadacze krótkich pozycji wcale nie byli tak skorzy do ucieczki. W czasie

kolejnych dni powróciliśmy do poziomu konsolidacji. LOP szybko stopniała, a

obserwowana wcześniej polaryzacja rynku rozeszła się po kościach. Rynek

trzyma się jeszcze nad poziomem tej konsolidacji, ale nie jest wykluczone,

że spadnie niżej.

Ta bierność popytu w sytuacji, gdy powinien być on bardzo widoczny zapala

żółte światło ostrzegawcze. Jeśli trzymać się wrześniowych założeń, to teraz

powinniśmy mieć okres śmiałych zakupów, nowych rekordów i ogromnego

optymizmu. Zamiast tego mamy impotencję popytu. Gdy zbliżyliśmy się do

okolic szczytu zabrakło kupujących. Jakie zatem nasuwają się wnioski?

Patrząc na rynek z dalszej perspektywy nadal twierdze, że obecne wahania

można bez problemu uznać za korekcyjne w stosunku do poprzedniego okresu

wzrostów. Świadczy o tym brak oznak wykreślanego szczytu we wrześniu oraz

nadal niewielką skalę spadku cen w październiku. Przypomnę, że sięgnął on

ledwie poziomu zniesienia 38,2% ostatniej fali wzrostowej. Nie porównuje

nawet tej korekty do całej hossy zapoczątkowanej jeszcze w 2001 roku.

Wprawdzie nic nie jest jeszcze przesądzone, ale wygląda na to, że kreślenie

spadku znacznie się przedłuży. Patrząc na rynek jakoś nie widzę w tej chwili

szans na dynamiczny powrót do wzrostów i zaliczania nowych rekordów.

Oczywiście ostateczną odpowiedź da nam sam rynek. Moim zdaniem zejście cen

pod poziom ostatniej dwutygodniowej konsolidacji, do poziomu której ostatnio

powróciliśmy, przekreśli szanse na rychłe rekordy. Będzie to sygnał słabości

rynku, który raczej otworzy nam drogę do zbliżenia się do okolic

październikowych dołków. Jeśli rzeczywiście zaczniemy spadać nie będzie

zaskoczeniem, jeśli te dołki zostaną nieznacznie pokonane. Nieznacznie, bo

cały czas mamy na uwadze konsolidację z sierpnia br. To była ostatniy nadal trend wzrostowy. Jeśli ceny

spadłyby trwale pod ten poziom to musiałbym uznać, że koncepcja korekty

przed wyznaczeniem szczytu była błędna, a lokalny szczyt z pierwszych dni

jesieni jest faktycznym szczytem hossy. Przyznam, że takie rozwiązanie mocno

by mnie zdziwiło, ale z faktami nigdy nie należy się kłócić. Niezależnie co

się myśli i jakie scenariusze chodzą po głowie, na pierwszym miejscu zawsze

pozostaje założenia, że "rynek się nie myli". Tym samym to nie zmiany

rynkowe naciąga się do swojej oceny, ale tą ocenę trzeba dopasować do

zmieniających się warunków.

Strategia na najbliższe tygodnie wydaje się następująca. Mamy obecnie dwa

kluczowe wsparcia, które widać na wykresie Wykres2.gif Najbliższym jest

konsolidacja z pierwszej połowy listopada. Dopóki ceny trzymają się nad jej

poziomem, można jeszcze mówić o szansie na atak na szczyty w najbliższym

czasie. W mojej ocenie taki scenariusz jest coraz mniej prawdopodobny. Gdy

wsparcie to zostanie przełamane, potwierdzą się obawy, że na nowe rekordy

trzeba będzie poczekać nieco dłużej. Wtedy za bardziej prawdopodobny trzeba

będzie uznać ruch w kierunku lokalnych dołków. W związku z tym, że w

dłuższym terminie obowiązującym będzie nadal trend wzrostowy, warto będzie

obserwować poziomy oporu, by znaleźć sygnał do ponownego otwarcia długich

pozycji. Taki ewentualny spadek cen zbliżyłby nas do drugiego kluczowego

poziomu dla oceny sytuacji technicznej, jakim jest dołek konsolidacji z

sierpnia. Warto zauważyć, że jest to także poziom zniesienia 50% letniej

hossy. Tu aktywność popytu będzie zapewne duża. Gdyby kupującym nie udało

się powstrzymać podaży, należałoby zrewidować pogląd dotyczący trendu w

długim terminie.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Tu już wybiegam

nieco do przodu. Jeśli okaże się, że korekta rzeczywiście się przeciągnie,

by po kilku tygodniach rynek ponownie powrócił do wzrostów, to ich skala ma

szansę być większa. Rynek miałby teoretycznie większy potencjał ruchu, niż

gdyby rekordy były bite bez wykreślenia korekty. Nachodzi mnie jeszcze jedna

myśl, w którą raczej trudno mi uwierzyć. Czyżby ponownie szczyt miał pojawić

się na przełomie zimy i wiosny? Byłoby to bardzo zadziwiające.

Kamil Jaros

Komentarze
Popyt nie słabnie
Komentarze
Czekanie na dane makro
Komentarze
Game over?
Komentarze
Korekta euro to ulga dla EBC
Komentarze
Stopy znów bez zmian
Komentarze
E-rejestr fundacji rodzinnych na już
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama