Reklama

TMS: Komentarz miesięczny

Czerwiec nie był najlepszy dla rynków wschodzących I. Rynek walutowy Czerwiec był dosyć zmienny i przyniósł dużo emocji inwestorom operującym na rynku walutowym. Przez większą część miesiąca dolar wyraźnie zyskiwał na wartości, ale sytuacja gwałtownie odwróciła się w jego końcówce.

Publikacja: 07.07.2006 10:23

W efekcie indeks dolarowy sporządzany na bazie relacji 6 walut do USD zyskał w czerwcu tylko 0,59 proc. rosnąc z 84,72 pkt. do 85,22 pkt. Warto jednak zaznaczyć, iż w międzyczasie było to 2,75 proc. Zachowanie się rynku w ubiegłym miesiącu pokazało, iż w dłuższym okresie trend na osłabienie się dolara pozostaje dosyć silny i sytuacja nie ulegnie zmianie zbyt szybko.

Wróćmy jednak do czerwca. Początek miesiąca nie zapowiadał jeszcze silnego umocnienia amerykańskiej waluty. Opublikowane 31 maja b.r. zapiski z posiedzenia FED w dniu 10 maja b.r. pokazały, że w łonie banku centralnego nie ma jednoznacznych opinii, co do skali dalszych podwyżek stóp procentowych. Przyznano wprawdzie, że inflacja wciąż stanowi problem, ale dodano, że wiele będzie zależeć od napływających danych makroekonomicznych, które pomogą w ocenie dalszych perspektyw wzrostu gospodarczego. Silny zwrot nastąpił 5 czerwca, kiedy to podczas panelu dyskusyjnego z udziałem szefów banków centralnych, prezes amerykańskiej Rezerwy Federalnej, Ben Bernanke, zaprezentował się od zupełnie innej strony. Uważany przez niektórych za "gołębia" wygłosił dosyć mocne słowa, które wprawiły w "osłupienie" większość inwestorów. Przyznał on, że bank centralny musi pozostawać "czujny", gdyż inflacja staje się coraz większym zagrożeniem. Odniósł się on tutaj do odczytu wskaźnika inflacji bazowej, który w ostatnich miesiącach pozostawał powyżej poziomu tolerancji. Jednak tym, co tak naprawdę zaskoczyło były stwierdzenia, iż szef FED liczy się z ryzykiem spowolnienia wzrostu gospodarczego USA w kolejnych kwartałach. Ta swoista "determinacja" w walce z inflacją podtrzymywana była także w wypowiedziach pozostałych członków FED, co przełożyło się na wyraźny wzrost oczekiwań, co do dalszych podwyżek stóp procentowych, ale też doprowadziło do silnych spadków na światowych giełdach. Z tego też powodu w drugiej połowie czerwca FED zaczął "uspokajać" rynek. W kolejnym wystąpieniu w połowie miesiąca, Ben Bernanke nieoczekiwanie stwierdził, że presja inflacyjna pozostaje pod kontrolą mimo wysokich cen ropy. Z kolei Jack Guynn z Atlanty starał się przesunąć akcenty w kierunku odwiecznego problemu sporych deficytów USA. Nie zmieniło to jednak oczekiwań inwestorów, którzy wiele oczekiwali po posiedzeniu FED z 29 czerwca b.r. Jak się okazało zbyt wiele i w kolejnych dniach byliśmy świadkami gwałtownego osłabienia się dolara. Mimo, że główna stopa wzrosła o 25 p.b. do 5,25 proc., to w komunikacie stwierdzono, że kolejne decyzje będą zależne od publikacji danych makroekonomicznych, które pokażą, jaki jest stan gospodarki. Tym samym, mimo, że FED przyznał, że problem inflacji istnieje, to potencjalne spowolnienie dynamiki PKB w najbliższych kwartałach, może wpłynąć na zmniejszenie presji na wzrost cen. Zdaniem wielu obserwatorów bank centralny pozostawił sobie tym samym furtkę, która może doprowadzić do pauzy w cyklu podwyżek. Tym samym spadły oczekiwania na taki ruch podczas posiedzenia zaplanowanego na 8 sierpnia b.r. i coraz częściej mówi się, że może do tego dojść dopiero we wrześniu. Można jednak postawić pytanie, czy FED nie wie czegoś więcej niż pozostali i nie wyklucza chociażby mocniejszego hamowania amerykańskiej gospodarki.

O tym, że amerykańska gospodarka swój szczyt koniunktury ma już za sobą mogą świadczyć chociażby opublikowane w czerwcu dane makroekonomiczne. Wskaźniki aktywności ISM za okres maja odnotowały wyraźne spadki (w przypadku przemysłu z 57,3 do 54,4, a usług z 63,0 do 60,1), a w tym samym okresie amerykańska gospodarka utworzyła tylko 75 tys. nowych miejsc pracy w sektorach pozarolniczych. Z kolei dynamika produkcji przemysłowej była ujemna i wyniosła 0,1 proc. m/m. Kolejny już z rzędu i większy niż ostatnio spadek odnotowano także w przypadku wskaźników wyprzedzających w gospodarce - o 0,6 proc. m/m. Pozostałe odczyty, zwłaszcza dotyczące nastrojów konsumenckich były dosyć optymistyczne, co raczej skłania ku stwierdzeniu, że możliwe spowolnienie gospodarki nie powinno być zbyt gwałtowne. Przeciętni Amerykanie pozostawali optymistami i nie odczuwali zbytnio wpływu wysokich cen ropy. Wskaźnik zaufania sporządzany przez instytut Conference Board wzrósł w czerwcu do 105,7 pkt. z 103,2 pkt., a indeks nastrojów konsumenckich Uniwersytetu Michigan do 84,9 pkt. z 79,1 pkt. Paradoksalnie dobre w odniesieniu do pozostałych wskaźników gospodarczych, były informacje nt. cotygodniowego bezrobocia - średnia 4 tygodniowa utrzymywała się poniżej poziomu 310 tys. Lepszy od oczekiwań był także końcowy odczyt PKB za I kwartał, który wyniósł 5,6 proc. kw/kw. Do góry nie zrewidowano jednak odczytu deflatora PKB, który spadł z 3,3 proc. kw/kw do 3,1 proc. kw/kw wobec wcześniejszego odczytu. To wzbudziło obawy, że presja inflacyjna nie jest aż tak wysoka, jak można było sądzić. Należy jednak odnotować, że wskaźnik bazowy inflacji CPI core w ujęciu rocznym wzrósł w maju do poziomu 2,4 proc. z 2,3 proc. w kwietniu, a w ujęciu miesięcznym nie zmienił się i wyniósł 0,3 proc.

Czerwiec nie przyniósł pozytywnych informacji w odwiecznym temacie ogromnych deficytów Stanów Zjednoczonych, co może "wypłynąć" w najbliższych miesiącach. Wprawdzie publikacja deficytu handlowego za kwiecień była lepsza od oczekiwań, to jednak "dziura" w handlu zwiększyła się do 63,43 mld USD z 61,86 mld USD po korekcie przed miesiącem, a będący głównym "winowajcą" tego stanu rzeczy Chińczycy, nadal nie kwapili się do szybkiej rewaluacji kursu swojej waluty. Za duży plus należy uznać spadek deficytu na rachunku obrotów bieżących w I kwartale b.r. do 208,7 mld USD z 224,0 mld USD. Pozytywną wymowę tego faktu przyćmił jednak wyraźny spadek napływu kapitałów netto. Według sporządzanego przez Departament Skarbu raportu w kwietniu wyniósł on 46,7 mld USD wobec 69,8 mld USD wcześniej. Jest to mniej, niż potrzeba do sfinansowania deficytu C/A.

To, co działo się w amerykańskiej gospodarce kontrastowało z informacjami, które napływały w czerwcu ze strefy euro. Dalszy wzrost wartości odnotowały wskaźniki PMI obrazujące aktywność gospodarki. I tak w maju PMI dla sektora przemysłu wzrósł do poziomu 57,0 pkt., a dla usług do 58,7 pkt. (w obu przypadkach lepiej od oczekiwań). Lepszy od oczekiwań był także odczyt niemieckiego indeksu Ifo obrazującego nastroje w tamtejszym biznesie - wzrósł on w czerwcu do 106,8 pkt. Zaniepokoił jednak pewien sceptycyzm ze strony analityków wyrażony w słabym odczycie wskaźnika ZEW, który spadł w tym samym miesiącu do 37,8 pkt. z wcześniejszych 50,0 pkt. Pozostałe informacje z Niemiec nie dawały jednak powodu do niepokoju, chociaż większy od zakładanego spadek bezrobocia w czerwcu można wytłumaczyć faktem organizacji przez ten kraj mistrzostw w piłce nożnej. W strefie euro nadal wysoka pozostawała inflacja, która w ujęciu za maj wzrosła do 2,5 proc. r/r na poziomie konsumenta. Do poziomu 8,9 proc. r/r wzrosła w tym samym okresie podaż pieniądza M3. Wszystkie te informacje sprawiają, że Europejski Bank Centralny ma powody, aby nadal podwyższać stopy procentowe. Niemniej jednak podczas konferencji po posiedzeniu 8 czerwca b.r., kiedy to doszło do podwyżki o 25 p.b. do 2,75 proc., Jean Claude Trichet był dosyć wstrzemięźliwy, a w jego słowach zabrakło sformułowania o "czujności" banku centralnego. Mimo tego pozostali członkowie ECB wypowiadali się o konieczności dalszych podwyżek. Widać jednak, że kolejne decyzje będą podejmowane dosyć ostrożnie - rynek spodziewa się zacieśnienia polityki monetarnej w strefie euro dopiero w sierpniu.

Reklama
Reklama

W kwestiach geopolitycznych w czerwcu wiele się nie zmieniło. Na linii Iran - reszta świata nadal utrzymywała się tzw. wojna nerwów, a podejmowane przez kraje uprzemysłowione wysiłki na rzecz zażegnania konfliktu wokół programu atomowego nie dały żadnych efektów. Widać, że Irańczycy dobrze zdają sobie sprawę, iż w kontekście zaangażowania się Stanów Zjednoczonych w Iraku i pogorszenia pozycji USA na arenie międzynarodowej, prawdopodobieństwo ataku jest niewielkie i gra na czas jest dobrym rozwiązaniem. Fakt ten nie wpływał jednak pozytywnie na ceny ropy, które konsekwentnie pięły się do góry.

A co ze złotym? Czerwiec nie był dobry dla naszej waluty, a zapoczątkowane jeszcze w maju osłabienie nabrało tempa i emocje na rynku wyraźnie wzrosły. Mierząc odchyleniem od parytetu złoty stracił na wartości ponad 2 proc. W dniu 31 maja wynosiło ono 17,04 proc., a 30 czerwca 14,61 proc. po mocnej stronie (wyliczenia na podstawie fixingów NBP). W międzyczasie przecena naszej waluty była jeszcze większa, a złoty zdołał odrobić część strat dopiero w końcówce miesiąca. W końcu czerwca b.r. za jedno euro płacono 4,0434 zł, a za dolara 3,1816 zł (według fixingów NBP). Miesiąc wcześniej (31 maja b.r.) było to odpowiednio 3,9472 zł i 3,0671 zł. To pokazuje, że ruch był dosyć wyraźny. Czy należy uznać to za sygnał, iż możliwe jest odwrócenie średnioterminowego trendu na mocnego złotego? Niekoniecznie, gdyż czynniki stojące za czerwcową przeceną naszej waluty, częściowo przestały być aktualne, a w dużej mierze zostały zdyskontowane. Z kolei polska gospodarka rozwijała się w ostatnim okresie coraz szybciej.

Jeszcze w końcu maja Główny Urząd Statystyczny podał, że I kwartale wzrost PKB wyniósł 5,2 proc. r/r, co było wartością lepszą od wcześniejszych oczekiwań. Natychmiast pojawiły się optymistyczne rokowania na kolejne kwartały, które zostały jeszcze później zrewidowane do góry. Stało się tak po publikacji rewelacyjnych danych na temat dynamiki produkcji przemysłowej w maju, która w ujęciu rocznym wzrosła o 19,1 proc. r/r. Warto dodać, że jeszcze miesiąc wcześniej było to 5,7 proc. r/r. W ujęciu miesięcznym odczyt wyniósł 7,3 proc. m/m. Dobry odczyt odnotowano także w przypadku sprzedaży detalicznej, która w maju wyniosła 13,7 proc. r/r i 0,6 proc. m/m. Przedstawiciele resortu finansów nie wykluczyli, iż w przypadku utrzymania się takiego tempa w kolejnych miesiącach, tegoroczny wzrost gospodarczy może nawet przekroczyć poziom 5 proc. r/r. Taka sytuacja nie pozostała bez wpływu na poziom inflacji, chociaż jej wzrost nie był na razie zbyt znaczący. W ujęciu rocznym wskaźnik cen konsumenckich (CPI) ukształtował się w maju na poziomie 0,9 proc. r/r, wobec 0,7 proc. r/r w kwietniu. Nie zmieniła się natomiast wartość inflacji bazowej netto, która wyniosła 1,0 proc. r/r. Kolejny wyraźny wzrost odnotowano natomiast na poziomie cen produkcji sprzedanej przemysłu (PPI), które wzrosły w maju o 2,3 proc. r/r wobec 1,7 proc. r/r miesiąc wcześniej. Wyższa od oczekiwań była także średnia płaca, która w maju wzrosła o 5,2 proc. r/r w relacji do 4,0 proc. r/r odnotowanych w kwietniu. Zbiegło się to ze wzrostem przeciętnego zatrudnienia o 3,1 proc. r/r i spadkiem stopy bezrobocia w maju do 16,5 proc.

W takiej sytuacji inwestorów nie zaskoczyły zbytnio wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej, którzy pomału zaczęli "przygotowywać" rynek do ewentualnych podwyżek stóp procentowych w kolejnych kwartałach. Na posiedzeniu RPP zakończonym 28 czerwca b.r. stopy procentowe zostały utrzymane na poziomie 4,0 proc. Podczas konferencji prasowej przyznano jednak, że oczekiwania inflacyjne wzrosły i najprawdopodobniej znajdzie to odzwierciedlenie w nowej projekcji inflacyjnej, która zostanie opublikowana w lipcu. Dosyć "jastrzębia" była późniejsza wypowiedź Haliny Wasilewskiej-Trenkner, która nie wykluczyła, że w skrajnie pesymistycznej wersji stopy procentowe wzrosną jeszcze w tym roku o 50 p.b. Przyznała jednak, że polityka pieniężna zostanie zaostrzona w przyszłym roku. Ton tej wypowiedzi został złagodzony później przez Dariusza Filara, który stwierdził, że wiele będzie zależeć od publikacji kolejnych danych makroekonomicznych.

Wróćmy jednak do czerwcowego zachowania się naszej waluty. Skąd tak duże osłabienie złotego? Przyczyna tkwi w słabym zachowaniu się rynków wschodzących, które rozpoczęło się jeszcze w I dekadzie maja od wyprzedaży tureckiej liry. W czerwcu doszło do tego pamiętne wystąpienie szefa FED w pierwszych dniach miesiąca, które dało impuls do wzrostu oczekiwań odnośnie dalszych podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. W obliczu niestabilnej sytuacji na emerging markets perspektywa bezpiecznych inwestycji w amerykańskie aktywa była dosyć kusząca i ucieczka kapitałów w kierunku dolara nabrała tempa. Na to nałożyło się pogorszenie sytuacji polityczno-fiskalnej w naszym regionie. Wybory na Czechach nie zdołały wyłonić większości parlamentarnej zdolnej do utworzenia rządu, a z kolei na Słowacji władzę przejęli lewicowi populiści z partii Smer. Fakty te wzbudziły spore obawy odnośnie kontynuacji dotychczasowego tempa reform, których zwieńczeniem jest przyjęcie europejskiej waluty.

O tym, do czego może doprowadzić brak rozważnej polityki fiskalnej dosyć dobrze było widać na przykładzie węgierskim. W czerwcu forint osłabił się do rekordowo niskich poziomów, po tym jak inwestorzy negatywnie odebrali przedstawiony przez rząd plan redukcji rekordowego deficytu budżetowego, a agencja ratingowa Standard&Poors zdecydowała się na obniżenie ratingu Węgier do poziomu BBB+. Z kolei u nas apogeum wyprzedaży złotego przypadło na moment odwołania z rządu wicepremier i minister finansów Zyty Gilowskiej, która została posądzona o kłamstwo lustracyjne. W piątek 23 czerwca za jedno euro płacono nawet 4,1320 zł, a za dolara 3,30 zł. Szybkość nominacji nowego ministra finansów i jego kompetencje zostały jednak dobrze przyjęte przez inwestorów i w kolejnych dniach złoty szybko odrobił wcześniejsze straty. Mimo tego, większość obserwatorów zwracała uwagę, że Paweł Wojciechowski nie ma mocnego zaplecza politycznego, co potwierdzałby też fakt, iż nie otrzymał on teki wicepremiera. Tym samym gwarantem kontynuacji dotychczasowej polityki finansów państwa stał się premier Kazimierz Marcinkiewicz. Tyle, że nad nim też zbierają się "czarne" chmury, a w koalicji PIS-Samoobrona-LPR partia Andrzeja Leppera wyraźnie dąży do coraz większych wpływów. Trudno jednak będzie liczyć na to, aby do zmian w rządzie doszło podczas wakacji. Tymczasem sygnały z FED-u o tym, że może nas czekać przerwa w podwyżkach stóp procentowych w najbliższym czasie, doprowadziły do tego, że inwestorzy zagraniczni zaczęli w końcu czerwca powracać na sporo przecenione rynki wschodzące.Prognoza:

Reklama
Reklama

Zmiana retoryki FED, sugerująca, iż w sierpniu może nie dojść do kolejnej podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, stworzyła pole do odreagowania mocnej przeceny obserwowanej w maju i czerwcu na rynkach wschodzących. Biorąc pod uwagę ostatnie dane świadczące o silnym wzroście polskiej gospodarki przy relatywnie niezbyt dużej inflacji, a także "względny spokój" w polityce w porównaniu z krajami ościennymi, można założyć, że złoty będzie największym beneficjentem odreagowania na emerging markets. Dodatkowo, jeżeli publikowane dane makroekonomiczne potwierdzą obawy związane ze spowolnieniem amerykańskiej gospodarki można będzie się spodziewać dalszego osłabienia się amerykańskiego dolara na rynkach światowych. Taki scenariusz jest możliwy, gdyż istnieje prawdopodobieństwo, że na rynku pojawią się opinie, iż FED definitywnie odejdzie od "akomodacyjnej" polityki pieniężnej na rzecz "doraźnych działań". To będzie się wiązać z dłuższą przerwą w cyklu podwyżek stóp procentowych. W takiej sytuacji kurs EUR/USD być może z sukcesem zaatakuje poziom 1,30, gdyż Europejski Bank Centralny na razie nie myśli o zakończeniu cyklu podwyżek stóp procentowych, a w krajach arabskich i azjatyckich coraz częściej będzie się mówić o konieczności odejścia od dominującej roli amerykańskiego dolara. Tym samym rynki emerging markets znów będą w cenie, chociaż tak jak wspomnieliśmy wcześniej, sytuacja polityczno-fiskalna tych krajów jest o wiele gorsza niż jeszcze kilka miesięcy temu. Na koniec miesiąca czerwca spodziewamy się notowań EUR/PLN na poziomie 3,9850 zł, USD/PLN 3,0550 zł, CHF/PLN 2,5400 zł, przy euro wartym 1,3050 dolara.

II. Stopy procentowe

W czerwcu polityka monetarna prowadzona przez 11 największych banków centralnych na świecie uległa dalszemu zacieśnieniu. Średni poziom stopy procentowej wzrósł do poziomu 3,57 proc. wobec 3,45 proc. w maju i 3,36 proc. na koniec kwietnia. Na początku miesiąca na zaostrzenie polityki monetarnej zdecydował się Europejski Bank Centralny, a także Bank Centralny Danii. Doszło do tego 8 czerwca b.r., a stopy wzrosły odpowiednio do poziomu 2,75 proc. i 3,00 proc. Później (15 VI) dołączył Szwajcarski Bank Centralny, który podniósł stopę procentową do średniego poziomu 1,50 proc. (oficjalnie publikowany jest pasmo 1,0-2,0 proc.). Pięć dni później na podwyżkę zdecydowali się Szwedzi - wzrost o 25 p.b. do poziomu 2,25 proc. W końcu miesiąca (29 VI) stopy podniósł amerykański FED. Główna stopa funduszy federalnych wzrosła o 25 p.b. do 5,25 proc. We wszystkich przypadkach (poza FED) późniejsze komunikaty banków centralnych wskazywały na utrzymujące się ryzyko dalszego wzrostu inflacji, co rynek odebrał jako zapowiedź kontynuacji podwyżek. Dosyć ciekawa sytuacja miała miejsce w Japonii. Opublikowane w czerwcu dane makroekonomiczne, zwłaszcza odnośnie wskaźnika inflacji, sugerują, że już w lipcu Bank of Japan może zdecydować się na zakończenie polityki niskich stóp procentowych

Raport sporządził:

Marek Rogalski

Główny analityk walutowy

Reklama
Reklama

Departament Doradztwa i Analiz

Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Al. Jerozolimskie 123A

02-017 Warszawa

www.tms.pl

Komentarze
Popyt nie słabnie
Komentarze
Czekanie na dane makro
Komentarze
Game over?
Komentarze
Korekta euro to ulga dla EBC
Komentarze
Stopy znów bez zmian
Komentarze
E-rejestr fundacji rodzinnych na już
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama