Początek piątkowego handlu przynosi tym samym nieznaczne umocnienie się naszej waluty - o godz. 9:41 za jedno euro płacono 3,9260 zł, a za dolara 3,0740 zł.
Wczorajsze publikacje danych makroekonomicznych przeszły bez większego echa. Lipcowa sprzedaż detaliczna mimo, iż była nieco niższa od prognoz, to jednak jej dynamika pozostała dwucyfrowa (11,0 proc. r/r). Z kolei stopa bezrobocia spadła do oczekiwanego poziomu 15,7 proc. r/r. Główny Urząd Statystyczny poinformował także o wysokości nakładów brutto w I półroczu b.r., które wzrosły o 14,3 proc. r/r. Przyznano także, iż wzrost gospodarczy w II kwartale b.r. może przekroczyć dynamikę 5,2 proc. r/r odnotowaną w poprzednim kwartale. Inwestorzy zdawali się bardziej przejmować sytuacją na Węgrzech (pojawiły się plotki o możliwości obniżenia ratingu dla tego kraju przez jedną z agencji), a także zachowaniem się dolara na rynkach światowych. Wydaje się, iż dopóki sytuacja u naszych południowych sąsiadów nie uspokoi się, a rynek będzie niepewny, co do przyszłej polityki amerykańskiego banku centralnego (w ostatnich dniach powróciły spekulacje na temat podwyżki stóp procentowych po wypowiedzi Michaela Moskowa z FED), to nerwowość na emerging markets, a więc w tym także na złotym będzie się utrzymywać. Tym samym dosyć ważne może okazać się dzisiejsze wystąpienie szefa FED, Bena Bernanke o godz. 16:00. Jeżeli jednak przyzna on, iż polityka powstrzymywania się z podwyżkami stóp jest właściwa, to można będzie spodziewać się umocnienia złotego w najbliższych dniach. W przeciwnym przypadku dalsze osłabienie będzie możliwe.
W związku z powyższymi do godzin popołudniowych rynek złotego może pozostawać "bez kierunku". Tym samym pasmo wahań dla EUR/PLN to 3,9150-3,9450 i 3,0600-3,0950 dla USD/PLN.
Rynek międzynarodowy:
Ostatnie dni pokazały, iż słowa członków FED są ważniejsze niż publikacje słabych danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych. Wielu inwestorów ma w pamięci wtorkową wypowiedź Michaela Moskowa, który przyznał, iż dalsze podwyżki stóp procentowych mogą okazać się konieczne, gdyż inflacja wciąż pozostaje niepokojąco wysoka. Mimo, iż nie jest on członkiem Komitetu Otwartego Rynku (FOMC), czyli gremium podejmującego decyzje, to jednak udało mu się skutecznie zasiać ziarno niepewności na rynku. Tym samym od kilku dni dolar powoli się umacnia, mimo, iż publikacje danych makroekonomicznych z USA coraz wyraźniej pokazują, że tamtejsza gospodarka zwalnia. Wczorajszy odczyt dotyczący spadku zamówień na dobra trwałego użytku o 2,4 proc. m/m w lipcu, a także 4,3 proc. m/m spadek sprzedaży nowych domów w tym samym okresie zaczynają niepokoić. Istotniejsza jest tutaj sytuacja na rynku nieruchomości, gdyż może ona zaważyć na zaufaniu amerykańskich konsumentów i tym samym doprowadzić do spadku tempa wydatków. Tyle, że te fakty wpisywałyby się w scenariusz nakreślony kilka tygodni temu przez samego szefa FED, który mówił o spadku inflacji bazowej w najbliższych kwartałach. Gdzie, więc tkwi problem? Wydaje się, że uczestnicy rynku mogą obawiać się scenariusza, w którym amerykańska gospodarka nie spowalnia aż tak szybko, a inflacja nadal utrzymuje się powyżej akceptowalnych poziomów. To mogłoby stworzyć przestrzeń do jednej, bądź dwóch "dostosowawczych" podwyżek stóp procentowych. Tyle, że taki wariant wydaje się być mniej prawdopodobny.