Ale strategia naszych zachodnich sąsiadów okazuje się bardzo pragmatyczna, a Niemcy w oparciu o zieloną energetykę zamierzają budować efektywną i konkurencyjną gospodarkę.
Historycznie Niemcy wytwarzały niewiele energii ze źródeł odnawialnych – do 1990 r. stanowiła ona jedynie 3 proc. niemieckiej energetyki. Stopniowy zwrot rozpoczął się na początku lat 90. i polegał głównie na promowaniu energii wiatrowej. Na koniec 2011 r. już 20 proc. energii wytwarzanej w Niemczech pochodziło ze źródeł odnawialnych, a głównym motorem ich rozwoju był system subsydiów, w ramach którego wszyscy konsumenci pokrywali koszty relatywnie drogiej zielonej energii.
Pomysł, aby w 2030 r. około 60 proc. energii elektrycznej w Niemczech było wytwarzane ze źródeł odnawialnych, dziś wciąż niekonkurencyjnych i wymagających wsparcia, może wydawać się fantazją. Jednak z naszych analiz wynika, że w 2020 r. wiatr i słońce będą już na tyle konkurencyjne cenowo, że przestaną wymagać dopłat z kieszeni konsumentów i będą w stanie coraz skuteczniej zastępować węgiel czy gaz. W efekcie popyt na konwencjonalne surowce zacznie spadać, co spowolni tempo wzrostu ich cen. W 2022 r. będziemy świadkami punktu zwrotnego – ceny prądu w Niemczech wyhamują, a następnie zaczną spadać.
Istotne znaczenie w tym procesie będzie miała poprawa efektywności energetycznej – ambicją rządu w Berlinie jest zredukowanie popytu na energię o 10 proc. do 2020 r. i o 25 proc. do 2025 r. Niemcy chcą to osiągnąć dzięki stopniowej poprawie efektywności gospodarki oraz stopniowemu zmniejszaniu udziału przemysłu w PKB Niemiec.
Chcąc zrealizować te ambicje Niemcy będą musiały zwiększyć swoje moce energetyczne do 250 gigawatów w 2030 r. Ponieważ zarówno wiatr, jak i słońce to źródła niestabilne, konieczne będzie zrównoważenie ich źródłami konwencjonalnymi, które pozwolą zapewnić stabilność dostaw energii w okresach, gdy nie świeci słońce lub nie ma wiatru. Ich moc to ok. 80–90 gigawatów – niemal tyle, ile wynosi całość energii produkowanej obecnie ze źródeł konwencjonalnych. Minimalny poziom inwestycji niezbędnych do zapewnienia stabilności systemu energetycznego i dystrybucyjnego do 2030 r. to 370 mld euro, z czego blisko 90 proc. pochłonie rozwój sieci oraz budowa instalacji do produkcji zielonej energii.
Co to wszystko oznacza dla Polski? Nasz zachodni sąsiad przechodzi rewolucyjne zmiany i bez wątpienia będzie z determinacją dążył do popularyzacji obranego przez siebie modelu w całej Europie. Dla polskiej energetyki, która w 90 proc. opiera się na węglu, oznacza to konieczność podjęcia zdecydowanych kroków zmierzających do wspierania źródeł odnawialnych. Farmy wiatrowe i panele fotowoltaiczne będą zresztą w naszym kraju opłacalne. Pierwszym ważnym krokiem powinno być jednak sfinalizowanie prac nad ustawą o odnawialnych źródłach energii, która zapewni rynkowi w miarę transparentne i przewidywalne pole do działania.
Na doświadczeniach wielkiej czwórki niemieckiej energetyki powinny się też uczyć polskie firmy produkujące energię. W naszym kraju kierunek będzie podobny – wzrost znaczenia źródeł odnawialnych oraz rozwój energetyki rozproszonej postawi pod znakiem zapytania ich dotychczasowy model biznesowy. Dlatego ważne, żeby polscy gracze uwzględnili?zachodzące zmiany w swoich strategiach i przygotowywali się do nich poprzez m.in. obniżanie kosztów i „odchudzanie" struktur organizacyjnych, co pozwoli bardziej elastycznie reagować na zmiany zachodzące w europejskiej energetyce.