Prezes Kostrzewa w licznie udzielanych wywiadach twierdził, że jako bankier nie wyobraża sobie, by Elektrim mógł nie spłacić zaciągniętych zobowiązań. W ten sposób reagował na poczynania Waldemara Siwaka, który proponował układ i 40--proc. redukcję zobowiązań. Nie mi oceniać, czy tamte propozycje były właściwe, czy nie. Nie mam wglądu w "papiery" Elektrimu, a ponadto zawsze można powiedzieć, że po fakcie każdy jest mądry.
Spróbujmy jednak prześledzić, co stało się od momentu wejścia do Elektrimu czołowego polskiego banku inwestycyjnego. Informacja o przekroczeniu przez BRE progu 5% w kapitale warszawskiego holdingu pojawiła się pod koniec grudnia 2001 r. Bank stopniowo wzmacniając swą pozycję doprowadził do cofnięcia delegacji Waldemara Siwaka do pełnienia obowiązków prezesa. Funkcję tę obejmuje Jacek Krawiec. Za jego rządów składano obligatariuszom coraz uleglejsze propozycje układowe. Po przeprowadzonym w kwietniu walnym grupa BRE uzyskuje połowę miejsc w radzie nadzorczej spółki. Jacek Krawiec zostaje odwołany, a na jego miejsce trafia Maciej Radziwiłł. Niedługo potem następuje odrzucenie propozycji układowych. Znowu negocjacje i stopniowe schodzenie z tonu w negocjacjach z posiadaczami obligacji zamiennych. Kolejne porozumienia wstępne, które zastępują inne porozumienia wstępne. Wreszcie koniec! Elektrim ma spłacić całe zadłużenie (nominalnie 440 mln euro) w ratach, przy czym część długu powinna być wykupiona za 144% nominału. Niewątpliwy sukces negocjacji prowadzonych pod czujnym okiem "cudownego dziecka polskiej bankowości inwestycyjnej".
Równolegle konsorcjum BRE i Eastbridge wytrwale negocjuje odkupienie Elektrimu Telekomunikacja. Mijają kolejne terminy i co? I nic. Nie udało się. BRE ma nóż na gardle. Musi zainwestować 100 mln euro w obligacje Elektrimu. Z mitu o silnej grupie energetycznej spółka wycofuje się. Czyni to jednak delikatnie, przekazując rynkowi, ustami prezesa Radziwiłła, sygnały o możliwej sprzedaży ZE PAK. BRE nie zwołuje już konferencji. Na zewnątrz wszyscy nadal są uśmiechnięci. Prezes Elektrimu w rozmowie z PARKIETEM jeszcze w ubiegłym tygodniu wierzył w możliwość spłaty w tym roku 200 mln euro. Jest jednak jedno ale. Co zrobi bank? Na rynku pojawiają się pogłoski, że nie wywiąże się z przyjętych zobowiązań. BRE milczy, a rynek nie wierzy. I nagle trach. Redukcja długu jest konieczna - twierdzą władze Elektrimu. Coś, czego jeszcze niedawno nie mógł sobie wyobrazić prezes BRE, wraca na pierwsze strony gazet. W ten sposób spółka skupia na sobie uwagę rynku, a bank może udawać, że wyszedł z twarzą i nie złamał porozumień z obligatariuszami. Wszak utrata wiarygodności jest dla banku zabójcza.
Otóż nie. Rynek nie jest ślepy. Jeśli moje przypuszczenia i informacje są błędne, to dlaczego prezes BRE milczał jak zaklęty? Co stało się w ciągu ostatnich kilku dni, że władze Elektrimu straciły wiarę w możliwość spłaty grudniowej raty?
Z krążących po rynku informacji wynika, że inwestycji w obligacje warszawskiego holdingu sprzeciwiła się rada nadzorcza BRE. Spisała ona już na straty ok. 150 mln zł, które bank zainwestował w akcje spółki. Trudno było jednak zaakceptować możliwość straty kolejnych 400 mln zł.Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną krążącą po rynku pogłoskę. Według niej, Ryszard Opara i Zbigniew Jakubas (łącznie posiadają oni niemal 14 mln akcji) kupowali walory Elektrimu na kredyt zaciągnięty w BRE. Jego zabezpieczeniem miałyby być właśnie akcje Elektrimu. Po ostatnich spadkach ich wartość jest już tak niska, że BRE powinno przejąć zastaw i zaksięgować kolejne straty. Nie wiem, czy to prawda. Być może bank ustosunkuje się do publicznie zadanego pytania. W końcu też jest spółką publiczną i ma swoich akcjonariuszy. Chowanie głowy w piasek w sytuacjach kryzysowych nie jest dobrą metodą na zdobycie ich zaufania.