Reklama

Weekednowa Analiza Futures

Mamy za sobą tydzień, który brutalnie sprowadził byki na ziemię. Po raz kolejny ukazana została faktyczna siła panującego trendu spadkowego. Na wykresach cen powstało kilka niemiły dla byków sygnałów. Już po wstępnej analizie wykresów można z dużym prawdopodobieństwem spodziewać się kontynuacji trendu. Konsekwencje takiego założenia są dość poważne... ale zacznijmy od początku. Dobiegający właśnie tydzień na wykresach indeksu WIG20 i wystawionego nań kontraktu pozostawił wielką czarną świe

Publikacja: 08.09.2002 21:05

Mamy za sobą tydzień, który brutalnie sprowadził byki na ziemię. Po raz

kolejny ukazana została faktyczna siła panującego trendu spadkowego. Na

wykresach cen powstało kilka niemiły dla byków sygnałów. Już po wstępnej

analizie wykresów można z dużym prawdopodobieństwem spodziewać się

kontynuacji trendu. Konsekwencje takiego założenia są dość poważne... ale

Reklama
Reklama

zacznijmy od początku.

Dobiegający właśnie tydzień na wykresach indeksu WIG20 i wystawionego nań

kontraktu pozostawił wielką czarną świecę WIG20tyg.gif FUTUREStyg.gif Jak

widać na wykresach, taka świeca nie jest normą i spotyka się ją jedynie w

czasie silnych trendów spadkowych. Co ważne, jeśli wystąpi ona tuż po

wzrostowej korekcie to można śmiało zakładać, że kolejna świeca także będzie

Reklama
Reklama

miała ten nieprzyjemny dla byków kolor. Wyjątkiem w ostatniej bessie był

tydzień z początku czerwca 2000 r. Po dużej czarnej świecy wystąpiła jeszcze

większa biała. Trudno raczej zakładać, że tym razem może być podobnie. Wtedy

jeszcze rynek nie był świadom nadciągającej bessy. Zresztą dobrze widać, co

się działo później. Po paru tygodniach mizernego wzrostu rynek ponownie

zanurkował. Wtedy nie było już komu go bronić. Tak więc, wychodzi na to, że

Reklama
Reklama

obecna czarna świeca zapowiada kolejne ciężkie bycze dni.

Jest też inny argument za spadkami. Jak łatwo było zauważyć, podaż jest

obecnie bardzo niecierpliwa. Gracze, których parzą akcje i długie pozycje,

starają się wyprzedzić rynek i gdy ten zaczyna rosnąć zasypują go podażą. W

wyniku tego, gdy dochodzi do korekty jej zasięg jest często mniejszy niż by

Reklama
Reklama

to wynikało z siły poprzedniego spadku. Za przykład można podać ostatnią

sierpniową korektę, gdzie nie udało się kontraktom dojść do poziomu

zniesienia 38,2% zniesienie.gif Sprzedający nie czekali już, aż rynek

podejdzie jeszcze parę punktów tylko sypnęli papierami wcześniej. A

przypomnę tylko, że w ostatniej bessie każda poważniejsza korekta miała

Reklama
Reklama

rozmiar co najmniej równy wspomnianemu zniesieniu. Na dodatek podobna

sytuacja miała miejsce także na wykresie intraday zniesienie2.gif Także i w

tym wypadku korekta nie sięgnęła nawet minimum przyzwoitości czyli 23,6%.

Choć trzeba przyznać, że jeszcze jest mała szansa. W końcu nie mamy nowego

dołka na tym wykresie. Jednak naprawdę mała, bo mając w pamięci przemyślenia

Reklama
Reklama

z akapitu wyżej trudno liczyć na jakiś szaleńczy atak popytu.

Trzeci argument przemawiający za kolejnym spadkowym tygodniem, który

najprawdopodobniej także zaowocuje czarną świecą jest analogia obecnej

sytuacji, do tej sprzed dokładnie roku. Po korekcie, która nie była jednak

zbyt duża (podobnie jak obecnie) Nastąpiły dwa tygodnie koszmaru byków i

tryumfu niedźwiedzi. Podczas tych dwóch tygodni stało się to, czego obawiało

się sporo graczy. Rynek zjechał na poziomy trzycyfrowe. Czy obecna sytuacja

nie wygląda podobnie? Po kilkutygodniowej korekcie mamy ponowne silne

spadki. Korekcie, która nie spełniła oczekiwań. Zatem sytuacja wygląda

podobnie nawet jeśli chodzi o czas realizacji. Można zatem mniemać, że także

i w tym tygodniu będziemy pod rządami niedźwiedzi. Zostanie wyrysowana druga

czarna świeca. Aż kusi by iść dalej i oczekiwać później wzrostów. Tak daleko

jednak bym się nie zapuszczał. Trudno bowiem znaleźć rozsądne przesłanki ku

rychłym wzrostom. Pozostańmy zatem tylko przy najbliższym tygodniu.

Przesłanki ku wzrostom... Czy one są i czy na tyle wiarygodne, by ryzykować

pieniądze? Są. Przesłanki ku zajęciu innej pozycji niż ta, którą wskazuje

trend istnieją zawsze. To jest przecież rynek. By był obrót musi się znaleźć

osoba, która ma inne przekonanie. W tejąc się, że już nie zejdziemy niżej, że lipcowy dołek faktycznie jest

wystarczająco mocny. To są jednak tylko spekulacje, za którymi nie stoi

nawet faktyczna Analiza Techniczna. Przypomnę, że o formacji podwójnego dna

można mówić dopiero wtedy, gdy kursy wyjdą nad szczyt ustanowiony między

dołkami będącymi podstawą formacji. W tej chwili, o podwójnym dnie będzie

można mówić dopiero, gdyby kursy wyszły ponad poziom szczytu ostatniej

korekty (1179) wig20fut.gif Znowu przypomnę fakt zaistnienia dużej czarnej

świecy na wykresie tygodniowym i jego konsekwencje. Można zatem sądzić, że w

tym tygodniu przyjdzie nam obserwować wartości kontraktów niższe od 1025

pkt.

Podobnie ma się sprawa formacji podwójnego dna na wykresie tygodniowym. Tu

musiałoby dojść do obrony dołka z września ubiegłego roku, czyli kontrakty

nie mogłyby zejść poniżej 975 pkt., a później musiałyby wzrosnąć do poziomu

styczniowego szczytu (1465). Trzeba przyznać, że w tej chwili to zupełna

abstrakcja. Nasuwa się oczywiście wspomniana już analogia z września

ubiegłego roku. Wtedy też pesymizm był bardzo duży, a jednak udało się

zahamować spadek i wykonać wzrost w imponującym tempie. Chciałbym jednak

zwrócić uwagę na jeden mały szczegół, który może umknąć. Pamiętne dwa

tygodnie spadków, które zakończył silny trend zniżkujący w ubiegłym tygodniu

były wywołane przez silny impuls jakim był atak na WTC. Rynek w momencie

ataku znajdował się w lekkiej tendencji wzrostowej i został zaskoczony. To

wywołało lawinę. Teraz sytuacja jest nieco inna. Rynek jest podobnie

negatywnie nastawiony, ale nie ma paniki. Ciągle jest spora grupa graczy,

którzy liczą wzrosty, a to sprawia, że trend ma się całkiem dobrze. Rynek

spada sam z siebie - nie potrzebuje takich impulsów.

Poza tym, co miałoby wywołać zwyżkę podobną do tej z października? Sam fakt,

że październiku ubiegłego roku taka zwyżka była. To chyba mało. Nie należy

zapominać, że ta ubiegłoroczna zwyżka była wywołana przez wzrost na rynku

amerykańskim. Wzrost, który okazał się tak kruchy. Wtedy był on spowodowany

szeregiem różnych czynników, a i nastroje wśród Amerykanów były diametralnie

różne. Chęć odwetu i "patriotyczne zakupy" podciągnęły kursy. Teraz tamtejsi

inwestorzy są coraz bardziej zrezygnowani i zniechęceni do zakupów na rynku

akcji. Oczywiście swoje dorzuca perspektywa wojny z Irakiem. To już nie jest

ta sama wojna, co w Afganistanie. Tu już nie ma jednoznacznych ocen, co do

jej słuszności. Mieszane uczucia są powodowane także przez różnice w

odbiorze poczynań Ameryki przez społeczność międzynarodową.

Nie można zapominać także o naszej sytuacji makro. Czy ostatnie propozycje

rządu spowodują, że w dłuższym terminie nasza gospodarka będzie się miała

lepiej? A kogo obchodzi dłuższy termin? Liczą się najbliższe miesiące -

przecież wybory za pasem. W związku z tym "należy" podjąć takie działania,

które zapewnią trochę szumu w mediach oraz przyniosą szybki efekt. Mamy

zatem kuriozalne oddłużanie bankrutów oraz najnowsze działo

Ministra-maratończyka - abolicja podatkowa. Każde z tych posunięć to

przyznanie, że obecny system nie jest efektywny. Przy czym jest to

przyznanie połowiczne i trochę zawoalowane, by przypadkiem wyborcy się nie

połapali. Przecież takie ruchy, jakie obecnie proponuje MF, przeczą

dogmatom, które się tłucze ludziom na okrągło.

O oddłużeniu już wspominałem przed dwoma tygodniami. Mamy tu podział na

równych i równiejszych. Wszyscy regularnie płacący podatki i składki na ZUS

pokrywają koszty własnych świadczeń oraz świadczeń pracowników, których

firmy podatków i składek nie pcą

podatki po raz kolejny są obciążani - tym razem by starczyło na spłatę długu

i odsetki. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie podejrzewa, że teraz po

oddłużeniu kopalnie, huty czy PKP będą regularnie i bez przeszkód płacić

podatki lub ZUS. Do tego potrzeba być rentownym, a tego słowa nikt przecież

tam nie zna. Nie trzeba będzie długo czekać, aż zobowiązania tych podmiotów

ponownie się pojawią i zaczną rosnąć. Jak widać, podstawą funkcjonowania

wybrańców jest zwolnienie ich z wszelkich danin na rzecz państwa , czy w

praktyce m.in. niższych kosztów pracy. Wtedy może sobie jakoś poradzą. Inni

nie mają wyboru. Tylko, że przecież nie można takiego rozwiązania tak

otwarcie wprowadzić. Mamy więc to samo tylko inaczej. Tylko czekać, jak za

parę lat ponownie zostanie szumnie ogłoszony program "restrukturyzacji".

Obecnie mamy nowy element - abolicja podatkowa, czyli podatek liniowy dla

wybranych. W każdym podręczniku ekonomi jest napisane, że nadmierny

fiskalizm Państwa prowadzi w konsekwencji do zmniejszania się kwoty jego

dochodów. Ludność zaczyna szukać sposobów na ucieczkę przed żarłocznością

fiskusa. Część działalności zostaje nie ujawniana. Powstaje tzw. szara

strefa. Teraz, by ściągnąć podatek od tych nieujawnionych dochodów proponuje

się niższa stawkę. Po to ona jest niższa by opłacało się te dochody

ujawniać. Nie wiem ,ile osób faktycznie będzie skłonne pójść na taki układ.

Niemniej, wydaje się, że tym posunięciem między wierszami przyznaje się, że

obciążenia podatkowe są zbyt duże. I po raz kolejny, ci co pozostawali w

zgodzie z litera prawa tracą. Trzeba było nie ewidencjonować dochodów, a

teraz zapłacić mniej, jeśli w ogóle. Dlaczego jest to akurat 7,5%? Dlaczego

jest to stała stopa dla wszystkich? Dlaczego nie ma w tym wypadku, tak

lubianej przez lewicę, progresji stawki w zależności od kwoty podlegającej

opodatkowaniu? Czy nie prościej byłoby wprowadzić takie rozwiązanie jako

powszechne, a nie tylko dla nieuczciwych? Pytania są oczywiście retoryczne.

Podatek liniowy to przecież zbrodnia dla każdego stronnika lewicy. Abolicja

jednak jest przecież takim podatkiem. Jednak jednorazowo można to przełknąć.

Wyborca się przecież nie połapie. A, że stawka stała? No przecież musi być

stała, żeby ktoś w ogóle zapłacił. Niestety nie ma się co łudzić, że podobne

wnioski zostaną przeciągnięte także na cały system podatkowy. Tu (abolicja)

prostota i niska stawka ma przyciągnąć nieuczciwych, ale "normalne" zasady

takich rozwiązań nie mogą przyjąć, bo przecież to "społecznie

niesprawiedliwe" (cokolwiek to znaczy). Mam tylko nadzieję, że jednak fakt,

że abolicja będzie miała miejsce sprawi, że dyskusja na temat podatku

liniowego ponownie się pojawi.

Teraz jednak żadnych rewelacji nie można się spodziewać. W dłuższym terminie

wszystkie te posunięcia nie spowodują niczego dobrego, a mogą nawet coś

popsuć. Wprowadzając możliwość bezbolesnego rozgrzeszenia dla nieuczciwych

wprowadza się w życie tzw. moral hazard. Teraz ci, co mają płacić podatki

zastanowią się jeszcze raz, bo może nie ma sensu się tak szarpać? W krótkim

terminie działania rządy mogą pomóc, ale w gospodarce chyba nie należy

grzebać tylko po to, by się poprawiło na parę miesięcy, a potem było jeszcze

gorzej. Sądzę, że takie właśnie wnioski wyciąga większość inwestorów i w

konsekwencji mamy to co mamy. A, że na wskaźnikach są dywergencje? A są -

tylko, że to jeszcze nie powód do kupna. Same dywergencje nie są podstawą do

działania. By podjęć decyzję inwestycyjną należy poczekać na sygnał. Na

sygnały kupna przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama