podobni. Ulegamy zwykle podobnym odczuciom w podobnym czasie. To wychodzi w
cenach. Z rynkiem nie wygrywa ten, który jest inny, bo takich jest niewielu.
Skoro jesteśmy podobni, to wygra ten, który poskromi w sobie to
podobieństwo. Zatem, gdy mamy obawy by wejść w taką czy inną pozycję, lub
zamknąć już posiadaną, należy sądzić, że z podobnymi uczuciami teraz walczy
spora grupa graczy. Wygrywa ten, który szybciej sobie z tym poradzi, który
złoży zlecenie szybciej. Jak jest to trudne, nie trzeba chyba nikomu mówić.
Pewność posiadanej pozycji jest z reguły zgubna. By liczyć na zyski należy
się o nią bać. Nie chodzi o jakąś permanentną nerwicę, ale obawa pozwala
sadzić, że boją się też inni, a ci słabsi popełnią błąd.
Analizując rynek zawsze znajdziemy przesłanki ku temu, by zarówno liczyć na
wzrosty, jak i na spadki. To jest właśnie natura rynku oraz bogactwa
narzędzi, które mają go w lepszy lub gorszy sposób opisywać. Wiele
sprzecznych sygnałów i przesłanek musi jednak w konsekwencji "wypluć" coś,
co jednoznacznie wskaże dalszy tok postępowania. By jednak do tego doszło,
potrzebne jest coś, co pomoże z tego kotła wybrać te sygnały, które w danej
chwili można uważać za bardziej wiarygodne. Sposobów jest tu równie wiele,
jak samych sygnałów. Wielu graczy stara się ograniczyć liczi innych (np. miary siły trendu, by
czasowo "wyłączyć" oscylatory). Wszystko po to, by uprościć sprawę do
sakramentalnego "kupić - sprzedać". Każde podejście ma swoich zwolenników, a
efekt i tak jest zwykle taki sam - zdania inwestorów, co do kierunku ruchu
są odmienne. Jednak nie posiadanie racji ma tu znaczenie, ale zdecydowanie,
by iść dalej za swoim przekonaniem i złożyć zlecenie. Kto się waha ten
traci.
Ogólnie podejścia są dwa. Gramy z trendem, czyli liczymy na dłuższe ruchy,
które przyniosą spore zyski. Na tyle, by pokryć straty z okresów, gdy na
rynku trendów nie ma. Drugim podejściem jest gra na takie właśnie
beztrendowe okresy. Wtedy próby łapania dołków i szczytów zwykle przynoszą
efekty. Na dłuższą metę przy silnej konsekwencji na zyski mogą liczyć oba
podejścia. Osobiste preferencje sprawiają, która z form gry nam bardziej
odpowiada. Miejmy jednak świadomość, że nie ma sposobu, by pogodzić oba
podejścia. Poszukiwania oczywiście trwają, ale nadal nie znaleziono niczego,
co mogłoby z pewnością stwierdzić, że w danej chwili warto grać z trendem,
czy polować na ekstremum. Podejmując się gry z trendem, skazujemy się
automatycznie na to, że nie będziemy kupować w dołkach i sprzedawać na
górkach. Natomiast, ten któremu bliższe sercu jest wyłapywanie ekstremów
musi się pogodzić z faktem, że nie będzie beneficjantem dużych trendów. Jego
podejście będzie powodować, że zbyt szybko będzie on wychodził z rynku, lub
nawet wchodził w pozycję przeciwną do panującego trendu. Ta świadomość
pozwala trzymać się ustalonych wcześniej reguł.
No to może tyle tych pseudopsychologicznych tekstów. Mają one po prostu
usprawiedliwić fakt, że czasem zdarzają się różnice zdań między osobami
prowadzącymi ten serwis :-) W końcu to nie jedna lecz dwie osoby, więc raz
po raz może dojść do rozjechania się zdań. Moje zapatrywanie na rynek jest z
reguły skierowane w stronę koncepcji trzemaj_się_trednu, natomiast Markowi
zdarza się pogrywać na ekstremach. Myślę, że ta różnica w podejściu jest
zdrowa, gdyż czasem dajemy sobie "po łapach". Pozwala też szybko spojrzeć na
rynek z innej perspektywy. Uważni nasi czytelnicy na pewno tą różnie
wychwytują. Oczywiście staramy się mówić jednym głosem, ale nasze podejście
możne wychwycić np. przy porównaniu sygnałów, które skłaniają w danej chwili
do takiego, lub innego zachowania.
Zważywszy na moje podejście, oczywiście skłaniam się ku tezie, że trzymanie
się trendu jest w tej chwili najlepszym rozwiązaniem, mimo, że jestem
świadom, że istnieją przesłanki dla zatrzymania spadków właśnie w tej
chwili. Jak zawsze :-) Przyjmuję, że może pojawić się korekta, ale właśnie
przeświadczenie, że to tylko korekta sprawia, że nie próbuję jej "łapać".
Trend jest dla mnie wartościowszy. Właśnie w takich chwilach wychodzi
różnica w naszym podejściu - Marek lubi łapać i często mu się to udaje.
Jeśli chodzi o kierunek trendu w dłuższym terminie, to jesteśmy zgodni.
Przesłanki dla spadków to m.in. wałkowane przez nas od dłuższego czasu
przewartościowanie spółek, słaba sytuacja makroekonomiczna głównych
gospodarek światowych z największą gospodarką amerykańską na czele. Ostatnio
nic pocieszającego w tym względzie powiedzieć się nie da. Także ostatni
tydzień nie był tu odmienny. Napływające na rynek informacje raczej
potwierdzają, że niedźwiedzie nastawienie jest najodpowiedniejsze na chwilę
obecną oraz na najbliższy czas.
U naszych sąsiadów zza zachodniej granicy doszło pogorszenia się sytuacji na
rynku pracy. Bezrobocie przekroczyło już poziom 11,1% (najwyższy poziom od
końca 1999 roku), a trzeba pamiętać, że we wschodnich landach jest znacznieObniżono rządową prognozę wzrostu PKB do 1% w 2003 r. Takie
też są przewidywania najważniejszych centrów badawczych. Przypomnę, że na
jesieni mówiło się o przyspieszeniu w I kw. 2003 r. Teraz widać, że były to
tylko nadzieje. Przesocjalizowana gospodarka boryka się z podobnymi do
naszych problemami. Związki zawodowe są przeciwne liberalizacji prawa pracy.
Niemcy mają jednak znacznie lepszą sytuację, gdyż "spadają z wyższego
poziomu". Po prostu gospodarka Niemiecka, mimo problemów, nadal pozostaje
czołową w Europie. Niemcy mają jeszcze jeden powód, by uważać się za
szczęściarzy. Mają silną opozycję. Ostatnia wygrana chadeków w wyborach w
Hesji i Dolnej Saksonii dala im większe pole manewru w naciskach na stronę
rządową (także w sprawie wspomnianych zamian w prawie pracy). U nas na razie
to tylko marzenia.
Jak już jesteśmy przy rynku pracy i bezrobociu. W tym tygodniu podano także
wielkość bezrobocia w USA. Prognozowano, że jego wielkość nie zmieni się w
stosunku do poprzednich miesięcy. Podana wartość mocno zaskoczyła rynek,
gdyż podobno odnotowano spadek bezrobocia o 0,3% (spadek z 6,0 do 5,7%).
Piszę podobno, bo już chyba nikt bezkrytycznie nie wierzy w dane podawane
przez ośrodki rządowe w USA. Ostatnie hece z danymi zdecydowanie zmniejszyły
ich wiarygodność. Od początku 2003 r. ponownie zmieniono sposób liczenia
stopy bezrobocia. Chyba dobrze widać, w którą stronę poszły zmiany. Rynek po
krótkiej radości dał jasno do zrozumienia, co o tym myśli. Sytuacji nie
poprawiła liczba nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. Po pierwsze
Po ostatnim spadku należało się spodziewać poprawy, a po drugie dokonano
rewizji poprzednich i tak już fatalnych danych na znacznie gorsze. Ogólnie
nie ma się z czego cieszyć.
Jednak to nie "krzywe" bezrobocie była przyczyną spadków w tym tygodniu na
rynkach amerykańskich. Wiadomości z rynku pracy podano dopiero w piątek.
Kiepskie informacje napływały już od poniedziałku. Zaczęło się od smutnych
nastrojów po katastrofie promu kosmicznego Columbia. Rynki nie spadły jednak
zbyt mocno z tego powodu. Ba, poniedziałek był jedynym dniem w tym tygodniu,
w którym zanotowano wzrost. Przeważyła tu reakcja inwestorów na lepsze od
oczekiwań dane o dynamice wydatków na inwestycje budowlane. Zmienna, która
zwykle nie przykuwa uwagi nagle zrobiła się niezwykle ważna i już padały
przypuszczenia, że mamy do czynienia z pierwszą jaskółką ożywienia. Ileż to
już razy słyszeliśmy? Jako sygnał ożywienia określano fakt spadku
wskaźnika ISM dla przedsiębiorstw. Paradoks? Chodzi o to, że spadek nie był
większy od prognoz, a najważniejsze, że po raz trzeci z rzędu wskaźnik ten
utrzymuje wartość powyżej poziomu 50 pkt. Trudno z taki argumentami
dyskutować. Ja pamiętam, jak mówiło się, że po trzech obniżkach stóp na
rynku akcji pojawia się hossa. Już chyba nikt o tym nie pamięta :-) Z
pozostałych danych należy odnotować, że wskaźnik ISM niewiele spadł także
trzymając się nad poziomem 50 pkt. Spadła wydajność pracy (zamiast
wzrosnąć). To ostatnie próbowano nawet przekuć na świetną wiadomość, bo
podobno przełoży się to na zwiększenie zatrudnienia.
Wróćmy do Europy, a właściwie do domu. U nas powoli zaczyna odżywać spór
MF-NBP. Na razie ruchy są małe, ale jak widać, długo nasz minfin nie
wytrzymał, by nie wbijać szpili bankowi centralnemu. Kołodko stoi przed
niezwykle trudnym zadaniem konstrukcji budżetu na przyszły rok. Musi się w
nim znaleźć ok. 1,5% PKB na sfinansowanie obecności Polski w UE (składki
członkowskiej oraz współfinansowania projektów mających na celu poprawę
infrastruktury). W tym celu padł pomysł by wykorzystać część rezerw
walutowych NBP. Chodzizy w kryzys walutowy i uważa, że polskie rezerwy
walutowe są zbyt duże i zbyt kosztowne. No cóż, wiara czyni cuda. To jest
jeszcze do przełknięcia przez przedstawicieli NBP (choć na razie nie
potwierdzają by trwały jakieś oficjalne rozmowy na ten temat). Rozwija się
powoli coś znacznie gorętszego - dyskusja na temat wysokości stóp
procentowych. Wymianę zdań rozpoczął G. Kołodko w "Sygnałach dnia" i szybko
otrzymał odpowiedź od wiceprezesa NBP A. Bratkowskiego.
Jak już jesteśmy przy NBP. Pojawiła się ostatnio opinia banku centralnego,
co do jego oczekiwań w stosunku do kondycji sektora bankowego w 2003 roku.
Sprawa o tyle ważna, że sektor ten ma zdecydowanie największy wpływ na
poziom indeksu WIG20, a więc i samych kontraktów. NBP spodziewa się, że
wyniki będą lepsze od tych w 2002 roku. Całe szczęście, że się spodziewa,
ale czy to wystarczy? Na razie mamy nieprzyjemne wiadomości od kolejnych
banków. Swoje wyniki ostatnio podał Kredyt Bank. Strata dużo większa od
oczekiwanej nie mogła się nikomu spodobać. Była ona spowodowana kolejnymi
rezerwami, z których lwia część związana jest z zaangażowaniem banku w
Stoczni Gdynia. Prognozę zysku obniżył PEO. Tym razem mowa jest o 800 mln.
Przypomnijmy tylko, że zaczęło się od 1,4 mld złotych. Po takich wpadkach
prognostycznych bank zrezygnował z publikowania prognoz. Może to i lepiej.
Przynajmniej nie wprowadzi dezinformacji. W najbliższym tygodniu czekają nas
kolejne wyniki banków (PEO i BIG - oprócz nich wyniki poda również KGH i
CPL). Warto więc uważać.
Najważniejszą sprawą nadal pozostaje jednak zbliżajacy się konflikt w
Iraku. Oczywiście nikt oficjalnie jeszcze nie stwierdził, że jest on
nieuchronny, ale po dotychczasowych wypowiedziach nie można dojść do innych
wniosków. Mamy za sobą wystąpienie Colina Powella przed członkami Rady
Bezpieczeństwa ONZ. Pokaz efektowny, choć mało przekonujący. Oparcie swoich
tez na materiałach wywiadowczych niestety nie mogło przekonać sceptyków. Nie
jest może ich tak wielu, ale na razie jest spory "opór materii", by
społeczność międzynarodowa poprała konflikt zbrojny. Oporna jest Francja,
która na razie nie dała się przekonać W. Brytanii. "Jeśli chodzi o naszą
pozycję, jeszcze wiele może i powinno być zrobione w celu rozbrojenia
środkami pokojowymi. Zajmiemy stanowisko dopiero wtedy, gdy uznamy, że nic
więcej nie można uczynić" - mówił francuski prezydent. Na to, że konflikt
jest właściwie pewny wskazuje wiele czynników. Ostatnio G. Bush przekazał do
Kongresu propozycję budżetu na 2004 rok. Już odezwali się demokraci z
krytyką, że nie ma w nim uwzględnionych wydatków na wojnę z Irakiem, co
sprawia, że budżet jest nierealny. Pojawiły się pogróżki, że w razie
konfliktu uaktywniona zostanie armia samobójców gotowych do ataków na cele
amerykańskie położone nie tylko na terenie Bliskiego Wschodu. Problem
ewentualnego konfliktu jest nadal najważniejszym straszakiem dla rynków i
dyżurnym powodem spadków (jakby nie było innych). Ostatnio świetnie to widać
po cenach ropy, które nieprzerwanie rosną ropa.gif oraz mocno rozchwianym
rynku złota zloto.gif
Tematów do omówienia jest znacznie więcej, ale już zrobił się spory tekst, a
przecież należałoby powiedzieć coś o wykresach. Ten tydzień był kolejnym
tygodniem spadków cen WIG20tyg.gif FUTUREStyg.gif Czarne świece mówią chyba
wszystko. Spadki zostały potwierdzone przez wskaźniki średnioterminowe,
które moim zdaniem obecnie, gdy trend jest dość wyraźny, należy uznać za
najważniejsze. Zatem spadają oscylatory oparte na danych tygodniowych
ROCtyg_fut.gif RSItyg_fut.gif CCItyg_fut.gif . Spada także MACD
MACDtyg_fut.gif To jest o tyle ważne, że widać tu oem jest to
mało istotne. Oczywiście nie należy zupełnie tego faktu ignorować, ale same
dywergencje nie są jeszcze podstawą do zmiany pozycji. Zwłaszcza jeśli jest
ona zgodna z panującym trendem. Oczywiście łapanie dołka jest kuszące, ale
czy naszym zadaniem jest szukanie poziomu końca spadków? Moim nie :-) Być
może spadki na chwilę się tu zatrzymają, bo poziom do korekty jest całkiem
niezły. W końcu spadało już dość długo, a korekty z prawdziwego wrażenia
jeszcze nie było. Po drugie jak pokazują zniesienia.gif jest to dobry poziom
do odbicia, gdyż ostatni spadek wykonał ruch, jaki można było określić na
podstawie ostatnich dwóch wzrostów. Jako ciekawostkę powiem, że podobna
sytuacja ma miejsce również w USA SP500.gif Tak więc jako potencjalne
wsparcie może wystarczyć. Jednak fakt, że mowa jest o potencjalnym wsparciu
sprawia, że na razie głowy tym sobie nie zaprzątam. To nie wsparcia powinny
martwić w czasie spadków. Gdy posiadamy krótkie pozycje to szukamy dobrych
sygnałów do wejścia w długie. Te pojawią się, gdy zmieni się trend, a do
tego jeszcze nie tak blisko. O końcu spadków dowiemy się z opóźnieniem.
Wydaje mi się, że nie ma sensu wyprzedzać faktów.
Kamil Jaros