Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 05.10.2003 21:25

O ile poprzedni tydzień symbolizował narastający konflikt między rządem a

rynkiem oraz RPP, o tyle w tym tygodniu mieliśmy kilka gestów pojednawczych

i próbę (skuteczną) uspokojenia sytuacji, gdyż jej zaognianie nikomu na

dobre by nie wyszło. Tydzień zaczął się jeszcze w stylu poprzedniego. Rząd

podał do wiadomości o "wstępnym przyjęciu" programu racjonalizacji wydatków

Reklama
Reklama

budżetowych. Szczegółów jednak nie podano. Czyli faktycznie rynki po raz

kolejny niczego nowego się nie dowiedziały. Piątkowa ( z ubiegłego tygodnia)

wypowiedź Pani dyrektor w MF o wzroście deficytu we wrześniu do poziomu

85-90% nie została wyjaśniona i rynki zostały pozostawione same z tak nie

miłą przecież informacją, która na dodatek pojawiła się w dość niezręcznej

chwili związanej z napięciami wokół budżetu. Wypowiedź L. Millera, że

Reklama
Reklama

"Minister finansów sygnalizuje, że pojawiły się pewne napięcia związane z

dochodami, które miały napłynąć do budżetu, ale nie sygnalizuje sytuacji

niepokojącej" trudno nazwać uspokajającą.

Wracając do samego programu "racjonalizacji wydatków". Komunikat rządu

głosi, że po przeprowadzeniu konsultacji społecznych rząd rozpatrzy go

ponownie 8 października. Mamy więc sytuację ciągłego odkładania podania

Reklama
Reklama

szczegółowych rozwiązań, a to rodzi obawy, że nie znajdują one szerszego

poparcia w rządzie. Wiemy tylko, że propozycje poszczególnych ministrów nie

idą w stronę cięć wydatków socjalnych, ale raczej koncentrują się wokół

"ograniczenia wydatków administracyjnych oraz innych wydatków publicznych".

Niestety prawda jest taka, że właśnie to sfera socjalna powinna być poddana

Reklama
Reklama

cięciom i nawet głębokie cięcia w wydatkach administracyjnych nie pozwolą na

uzyskanie odpowiednich efektów w budżecie. Widać wyraźnie, że członkowie

rządu jak ognia boją się podjęcia decyzji "trudnych politycznie" już teraz.

Można się zastanawiać, co się zmieni w ich postawie, skoro za rok ma się

podobno zacząć coroczny plan cięć. Czy wiara we wzrost gospodarczy jest tak

Reklama
Reklama

potężna, że wydaje im się, że dzięki niemu będzie można ciąć wydatki bez

kosztów społecznych? Tak jest tak potężna. W komunikacie rządu dotyczącym

przyjęcia Strategii Zarządzania Długiem Publicznym do 2006 roku czytamy, że

"głównie przez stabilny wzrost dochodów, wynikający z przyspieszenia tempa

wzrostu PKB i kształtowania wydatków na poziomie uzależnionym od sytuacji

Reklama
Reklama

finansowej państwa, tak aby dynamika ich wzrostu niższa niż tempo wzrostu

PKB". Chyba wszystko wydaje się jasne. Wnioski członków rządu co do cięć

dotyczą raczej ogólnikowych stwierdzeń typu: eliminowanie tzw. szarej

strefy, poszerzanie bazy podatkowej oraz restrukturyzację m.in. górnictwa

węgla kamiennego, transportu kolejowego czy służby zdrowia. To są jednak

slogany z których nic konkretnego nie wynika, a teraz potrzeba jest właśnie

konkretów. Czasy gadania się skończyły, a nadszedł czas działań. Teraz

należy oczekiwać propozycji, co dokładnie planuje się zrobić, a nie do czego

się dąży.

Pewne szczegóły propozycji ministra Hausnera w ramach "racjonalizacji"

wydatków pojawiły się ponownie w prasie. Taki sposób przedstawiania

propozycji rządowych wydaje się mało poważny. W ubiegłym tygodniu mieliśmy

podobną sytuację. Pewnie jest to próba sondowania rynku, ale tego typu

działania nie służą transparentności rynku i widoczny jest ciągły kłopot z

przepływem informacji na styku rząd-rynek. A co do samych propozycji to mamy

wyrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn w ciągu najbliższych 10 lat

oraz likwidację PFRON. Ma to podobno przynieść oszczędności już w

najbliższym roku w wielkości 3,5 mld złotych.

Brak komunikacji z rządu z rynkiem to oczywiście nie jest jedynie winaeuro zloty.gif

Sytuacja uspokoiła się w wtorek, gdy swoją decyzję odnośnie polityki

pieniężnej miała ogłosić obradująca RPP. Ze względu na zawirowania na

rynkach finansowych nie spodziewano się, że stopy procentowe zostaną

obniżono. I faktycznie, nie zmieniły się. Rada dokonała jednak cięcia

wielkości rezerwy obowiązkowej z 4,5% na 3,5%. Przypomnę, że rezerwa ta, to

kwota odpowiadająca części ulokowanych w bankach pieniędzy, którą banki te

muszą odprowadzić na rachunek banku centralnego. Jest to jedno z narzędzi,

którym bank centralny może regulować podażą pieniądza. Zmniejszając stopę

rezerw umożliwia się bankom na wykorzystanie większej kwoty pieniędzy na

aktywną banku. Inną sprawą jest, jak banki ten zastrzyk gotówki

wykorzystają. Według niektórych szacunków obniżenie stopy rezerw zwiększy

podaż pieniądza o ok. 1.5-2 mld złotych. Pytanie, gdzie te pieniądze zostaną

skierowane. Można się obawiać, że ten ruch nie zmieni obecnej polityki

baków i nadal bardziej będą one skłonne pożyczać pieniądze na potrzeby

budżetu niż angażować się w projekty gospodarcze. Nie wydaje się więc, by

obserwowany od dawna efekt wypierania inwestycji przez popyt na pieniądz ze

strony rządu miał się zmienić. Nie ma co oczekiwać, że zmniejszenie

obciążenia banków zmieni warunki ich aktualnej oferty.

Decyzja RPP została przyjęta przez rynek pozytywnie. Mamy więc coś na

kształt przysłowia "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek". Nie zdecydowano się

na cięcie stóp, ale by nie pozostawiać rynku i rządu bez jakiś pozytywnych

sygnałów, co mogłoby być źle odebrane, zmniejszono stopę rezerw, co i tak

musiało mieć miejsce ze względu na regulacje unijne. Obecne oczekiwania co

do kolejnych ruchów rady nie są jednoznaczne. Rada ma obecnie bardzo małe

pole manewru do kolejnych cięć. I nie jest to wynikiem jedynie sytuacji na

rynku, choć ta także luzowaniu polityki monetarnej nie sprzyja. Jeśli nawet

sytuacja się w tym względzie unormuje to pozostaje jeszcze problem, na jakim

poziomie pozostawić stopy kolejnej radzie. Jak bowiem wiemy, skład rady

zmieni się na początku przyszłego roku. Można mniemać, jeśli nawet nie

obawiać się, że nowi członkowie rady, ze względu na obecny układ polityczny,

będą bardziej skłonni kierować się ku gołębiej stornie. Nowi członkowie będą

musieli się także "wykazać" już na początku kadencji. Ten impuls monetarny

trzeba po prostu brać pod uwagę. Można mniemać, że obecna rada będzie teraz

szykować grunt nowemu składowi, by ten "zrobił swoje" bez zbytnich szkód dla

gospodarki. Idąc tym topem można się zastanawiać, czy w tym roku jeszcze

dojdzie do obniżki podstawowych stóp procentowych. Możemy być świadkami

"jedynie" kolejnych cięć poziomu stopy rezerw. Obecna sytuacja budżetowa

daje dobre podstawy do powstrzymywania się od cięć. Idąc tym tropem, a

wchodząc już w sferę wysokich spekulacji, nie jest wykluczone, że obecne

dziwne zachowanie rządu w kwestii informowania rynku jest działaniem

zamierzonym. Rynek się niepokoi, ale nie na tyle, by wywołać poważny kryzys.

Dla zaognienia sytuacji mamy Grabowksiego, a strażakiem broniącym

stabilności jest Balcerowicz (wypowiedzi na konferencji pasowej po

posiedzeniu RPP), który uspokaja, że nie jest tragicznie i o kryzysie nie ma

mowy. Spiskowa teoria dziejów? Być może, choć w tym wypadku ja bym to nazwał

pragmatyzmem.

Nikt nie ma zamiaru umniejszać znaczenia problemów budżetu, ale rynek

pokazał ostatnio, że na razie da rządowi chwilę wytchnienia. Decyzja RPP

oraz szczęśliwe zakończenie środowej aukcji obligacji dwuletnich to impulsy,

które wprowadziły pewien ład. Złotówka się umocniła zloty.gif i wszystko

powoli zaczęło wracać do normy. To oczywiście nie koniezej determinacji do odpowiedzi na apele rynku oraz

RPP wołające o zmniejszenie wydatków.

W tym tygodniu oprócz problemów polskich finansów publicznych zwracaliśmy

także szczególną uwagę na gospodarkę USA. Mieliśmy bowiem do czynienia z

kilkoma interesującymi publikacjami danych makro. Dwie najważniejsze grupy

to wskaźniki aktywności gospodarczej oraz nastrojów, a także dane dotyczące

amerykańskiego rynku pracy. Te pierwsze rozczarowały i to bardzo.

Opublikowane na początku tygodnia wskaźniki: zaufania konsumentów oraz

aktywności gospodarczej w rejonie Chicago (Chicago PMI) okazały się

zaskakująco złe. To fatalnie wpłynęło na tamtejsze rynki, a i naszemu nie

pomogło. Oczekiwania, co do publikowanego w środę wskaźnika ISM były więc

bardzo ostrożne. Wskaźnik wprawdzie okazał się niższy od oczekiwań, ale

różnica nie była już tak znaczna, jak w przypadku dwóch poprzednich. To

pomogło tamtejszym indeksom, które wykonały wzrost w skali dawno nie

odnotowywanej. Rynek odetchnął po wcześniejszym rozczarowaniu.

Drugą sferą, która skupiła uwagę graczy był rynek pracy - maruder jeśli

chodzi o potwierdzenie wstępnych sygnałów ożywienia. Do tej pory inne

wskaźniki zachowywały się choćby neutralnie, a tu mieliśmy ciągłe

pogorszenie. Procesy restrukturyzacji pociągnęły za sobą kolejne zwolnienia.

Wyniki spółek się poprawiały, ale nie widać było chęci do ponownego

zwiększenia zatrudnienia. Obawiano się, że tak będzie i tym razem, że

wrzesień okaże się kolejnym miesiącem spadku liczby miejsc pracy w sektorze

pozarolniczym (na stopę bezrobocia nikt już teraz nie patrzy).

Pewnym sygnałem, jak mogą wyglądać dane publikowane w piątek, miał być

cotygodniowy raport o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych.

Jak pokazały dane sierpniowe nie jest to może idealny wskaźnik, ale mimo

wszystko daje pewne pojęcie o zachodzących zmianach. Czwartkowy raport był

jednak wyjątkowy nie tylko z powodu piątkowych danych z rynku pracy. Do

czwartkowych danych podchodzono z uwagą także z tego powodu, że ilość nowych

bezrobotnych podana w poprzednim tygodniu była zaskakująco niska. Szybko za

powód podano szalejący w badanym tygodniu huragan Isabel i przypuszczenie,

że nie wszyscy chętni mieli możliwość złożenia wniosku. Oczekiwano więc, że

albo dane za ten szczególny tydzień zostaną zrewidowane w górę, albo, że

czwartkowe dane będą nieco wyższe, gdyż zostaną uwzględnienie pechowcy.

Czwartkowe dane okazały się jednak zaskakujące. Po pierwsze liczba nowych

wniosków nie wzrosła ponad 400k, a po drugiej rewizja danych dotyczących

feralnego tygodnia była kosmetyczna. To było lekkie zaskoczenie. Dało ono

jednak podstawę do oczekiwań, że dane publikowane w piątek nie będą jednak

tak fatalne, jak w poprzednich miesiącach.

Oczekiwania były ostrożne, ale czwartkowe dane wlały nieco optymizmu. Gdzie

niegdzie mówiło się już o możliwości, że we wrześniu zatrudnienie jednak nie

spadło. Nikt raczej nie sugerował możliwości wzrostu, ale po cichu sądzono,

że oficjalne prognozy zostaną jednak pokonane, co widać choćby po zachowaniu

kontraktów oraz dolara tuż przed publikacją danych. Te jednak przeszły

najśmielsze chyba oczekiwania. Okazało się, że zamiast spadku, liczba miejsc

pacy wzrosła w stosunku do tego, co odnotowano w sierpniu. By było jeszcze

optymistyczniej, spadek w sierpniu zmniejszono w wyniku rewizji o połowę.

Reakcja była natychmiastowa - indeksy i dolar skoczyły w górę, ceny złota

zanotowały poważny spadek zloto_wykres.gif podobnie ceny obligacji

obligacje.gif skutecznie dając do zrozumienia, że szanse na obniżkę stóp w

USA w najbliższym czasie są bardzo małe. Fakt, dane są lepsze od oost widoczny we

wskaźnikach nastrojów. Pamiętajmy jednak o jednym, psychologia psychologią,

ale o mówienie o trwałej poprawie jest w tej chwili zdecydowanie

przedwczesne. Wzrost cieszy, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Na koniec proponuję krótkie spojrzenie na wykresy. Patrząc na te tygodniowe

na razie nie ma wątpliwości, że nadal jesteśmy w trendzie wzrostowym

WIG20tyg.gif FUTUREStyg.gif Spadek trwający przez cały wrzesień nie

wyrządził zbyt wielkich szkód. Ceny osiągnęły poziom zniesienia wynoszący

38,2% i się od niego odbiły zniesienia.gif To na razie potwierdza, że rynek

jest silny. Po opublikowanych w tym tygodniu danych o strukturze funduszy

emerytalnych można spokojnie stwierdzić, że to właśnie dzięki nim korekta

jest tak płytka. Po wcześniejszym tempie wzrostu można się było przyjąć, że

spadek cen może zaprowadzić nas poniżej poziomu zniesienia 38,2%. Na razie

podaż okazała się za słaba. Warto także zauważyć, że indeks odbił się do

swojej linii trendu wzrostowego wig20.gif

Ostatnie dni to ruch cen w ramach kanału spadkowego, do górnego ograniczenia

którego w piątek się zbliżyliśmy Kontrakty.gif Bykom zabrakło determinacji,

by skutecznie zaatakować, choć okoliczności były sprzyjające (wzrost na

całym świecie po raporcie o rynku pracy w USA). Teraz będzie nieco trudniej,

gdyż sesja w Stanach nie skończyła się na maskach, lecz spadkiem dzięki

realizacji zysków z trzech ostatnich sesji wzrostowych. Na razie można

odnieść wrażenie, że dobre dane okazały się pretekstem do sprzedaży. To nie

jest dobry sygnał. Na te techniczny sygnały ewentualnego końca wzrostów

trzeba jeszcze poczekać. Mimo, że wzrost został zatrzymany na oporze, jest

jeszcze szansa na wyjście w górę. Wtedy można byłoby oczekiwać wzrostu w

okolice 1590 pkt i kolejnej próby pokonania tego poziomu. Wyjście z kanału

da sygnał kupna, który będzie potwierdzeniem wcześniejszego (powrót nad

linię łączącą dwa dołki z 23 i 25 września). Obecnie można przyjąć, że

sygnałem sprzedaży byłoby ponowny nieudany atak popytu na górne ograniczenie

kanału i pewnie wyrysowanie podwójnego szczytu lub brak nawet tego ataku i

zjazd cen pod poziom minimum z piątku. To przekreśliłoby cały optymistyczny

wydźwięk piątkowej sesji.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama