W mojej prywatnej lidze śmiesznych spółek giełdowych Orlenu do tej pory nie było. Bo biznes poważny, problemy skomplikowane i wyzwania wielkie. Czyli nic zabawnego. Ale jakby się tak dobrze zastanowić...
Orlen ważną strategicznie spółką jest, i basta. Ma więc - jak na firmę strategiczną przystało - sejf pancerny. Nie widziałem, ale słyszałem, że okazały. Tak dobrze zamknięty, że ani rada nadzorcza, ani zarząd nie mogły (nie chciały?) przez czas jakiś dostać się do niego. Bo poprzedni przewodniczący rady wyjechał na urlop. Strach pomyśleć, co by było, gdyby kluczyk (szczęśliwie uniknąłem czeskiego błędu) na dobre zatrzymał przy sobie. A mógłby przecież, podobnie jak niektórzy akcjonariusze, uznać, że jego następca wybrany został wadliwie. Mógłby więc jedynie kluczykiem (znowu się udało) pomachać mu przed nosem. I sam tylko czasem do sejfu zajrzeć, sycąc oczy zgromadzonym tam bogactwem.
Wtedy znowu trzeba by pewnie gotowość bojową sił specjalnych podwyższać, zaprawionych już w orlenowskich walkach. No, ale obeszło się szczęśliwie bez tego. Czyżby kultura korporacyjna nam rosła?
Wczoraj sejf szczęśliwie otwarto. Nie wiadomo jeszcze, czy to puszka Pandory, czy tylko nadpsuta konserwa, której nieszczególny aromat rozszedł się już dawno. Ci, co wiedzą, bo zaglądali ponoć do niego ostatnio, jak były prezes (a ściślej zaprzeszły, bo byłych od niedawna jest już dwóch), nie chcą wiele mówić. A inni dopiero inwentaryzują to, co w pancernej szafie jest, i to pewnie też czego w niej nie ma.
Ale wiadomo skądinąd, że jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic są kontrakty menedżerskie. Słusznie, bo jasne jest, że technologie to my takie sobie mamy, ale potencjałem ludzkim bijemy innych na głowę. Czego klasa polityczna stanowi najdobitniejsze exemplum. Więc konkurencja nie śpi i mogłaby co lepszych zarządców podkupić. Może krajowych firm nie byłoby stać, ale przecież są jeszcze BP, Total, Royal czy Texaco, o rosyjskich gigantach nie wspominając.