Reklama

Kuba Rozpruwacz potrzebny od zaraz

Publikacja: 19.08.2004 08:34

W mojej prywatnej lidze śmiesznych spółek giełdowych Orlenu do tej pory nie było. Bo biznes poważny, problemy skomplikowane i wyzwania wielkie. Czyli nic zabawnego. Ale jakby się tak dobrze zastanowić...

Orlen ważną strategicznie spółką jest, i basta. Ma więc - jak na firmę strategiczną przystało - sejf pancerny. Nie widziałem, ale słyszałem, że okazały. Tak dobrze zamknięty, że ani rada nadzorcza, ani zarząd nie mogły (nie chciały?) przez czas jakiś dostać się do niego. Bo poprzedni przewodniczący rady wyjechał na urlop. Strach pomyśleć, co by było, gdyby kluczyk (szczęśliwie uniknąłem czeskiego błędu) na dobre zatrzymał przy sobie. A mógłby przecież, podobnie jak niektórzy akcjonariusze, uznać, że jego następca wybrany został wadliwie. Mógłby więc jedynie kluczykiem (znowu się udało) pomachać mu przed nosem. I sam tylko czasem do sejfu zajrzeć, sycąc oczy zgromadzonym tam bogactwem.

Wtedy znowu trzeba by pewnie gotowość bojową sił specjalnych podwyższać, zaprawionych już w orlenowskich walkach. No, ale obeszło się szczęśliwie bez tego. Czyżby kultura korporacyjna nam rosła?

Wczoraj sejf szczęśliwie otwarto. Nie wiadomo jeszcze, czy to puszka Pandory, czy tylko nadpsuta konserwa, której nieszczególny aromat rozszedł się już dawno. Ci, co wiedzą, bo zaglądali ponoć do niego ostatnio, jak były prezes (a ściślej zaprzeszły, bo byłych od niedawna jest już dwóch), nie chcą wiele mówić. A inni dopiero inwentaryzują to, co w pancernej szafie jest, i to pewnie też czego w niej nie ma.

Ale wiadomo skądinąd, że jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic są kontrakty menedżerskie. Słusznie, bo jasne jest, że technologie to my takie sobie mamy, ale potencjałem ludzkim bijemy innych na głowę. Czego klasa polityczna stanowi najdobitniejsze exemplum. Więc konkurencja nie śpi i mogłaby co lepszych zarządców podkupić. Może krajowych firm nie byłoby stać, ale przecież są jeszcze BP, Total, Royal czy Texaco, o rosyjskich gigantach nie wspominając.

Reklama
Reklama

P.o. prezesa w wypowiedzi telewizyjnej mówi, że nic nie wie o kontraktach byłych już przełożonych, choć może trochę wie, bo to, co z kolei inni mówią, mocno jest, jego zdaniem, przesadzone. I zwraca uwagę, że dobrą cechą spółek publicznych, i nie tylko, jest poufność kontraktów menedżerskich. Ale niby dlaczego to jest dobra cecha? Dlaczego akcjonariusz z Pcimia nie ma wiedzieć ile zarabia menedżer zatrudniany przecież nie przez dwóch czy nawet wszystkich członków rady, ale przez niego (to trudno sobie wyobrazić - fakt, ale naprawdę przez niego i tysiące jemu podobnych, a jeśli nie przez niego to przez jego ubezpieczyciela lub OFErmę, również żyjącego z jego składek, albo w końcu przez Skarb Państwa też przez niego utrzymywany). A wydawałoby się, że tam, gdzie są pieniądze, zwłaszcza duże, przejrzystość jest wartością największą. I żadne sejfy potrzebne specjalnie nie są. No, ale nam na rynku od lat różne rzeczy się wydają... Sami zainteresowani milczą, choć mogliby jasno powiedzieć co i jak. Tak jakby się wstydzili. Ale przecież się nie wstydzą. Bo czego tu się wstydzić. To raczej powód do dumy: kilka milionów odprawy za kilkanaście miesięcy pracy, czy kilkaset tysięcy za kilka tygodni, toż jest to osiągnięcie niemałe. Kiedyś chyba tylko w Elektrimie niektórzy, np. prawnicy, mogli się pochwalić podobnymi, o czym donosiliśmy w swoim czasie.

Więc co? Skromność wrodzona? Chyba jednak tak. Na szczęście były prezes (ten pierwszy były, czyli od większej odprawy) nie narzeka, choć wie, że inni mają więcej. No, ale skromny był i zaakceptował takie, a nie inne warunki, i już. Więc trudno. I nawet nie jest mu przykro - zuch chłopisko! Prawda, że wszyscy poczuliśmy ulgę? Bo jakby narzekał, to może coś trzeba byłoby mu jeszcze dołożyć...

Bohater jednej z ostatnich powieści Johna Grishama, któremu przez czas jakiś wiodło się doskonale i na giełdzie i poza nią, przyznaje, że 6 mln dolarów to można ukraść (co, oczywiście, nie daj Boże), można wygrać (co daj nam Boże wszystkim), albo może spaść człowiekowi z nieba (niechby!), ale w krótkim czasie to zarobić nie można, no bo jak? A na przykład 6 mln złotych? Ja myślę, że w Orlenie pieniądze spadają z nieba. To znaczy spółka je zarabia i to zasadniczo na przerobie ropy, ale przez jakieś skomplikowanie procesów chemicznych ich część wyparowuje i po skropleniu spada z nieba do ściśle określonych portfeli. Oby się tylko nie okazało, że żadne otwarcie sejfu nie było potrzebne, bo skok na kasę dawno już miał miejsce.

Inwestorzy mają spektakl w głębokim poważaniu, bo interes kręci się nieźle. Ojców sukcesu znalazłoby się pewnie wielu, choć prawdziwi, za sprawą których ceny ropy szybują, pewnie nie wiedzą nawet o istnieniu Orlenu. W przeciwieństwie do tych, którzy tankują na jego stacjach, konsumując, przepraszam za wyrażenie, napęczniałą marżę rafineryjną. No, ale pora skończyć już zabawę. Niechby Skarb Państwa znalazł wreszcie Kubę Rozpruwacza albo Szpicbródkę, któremu żadne sejfy, szyfry i układy niestraszne. Który za przyzwoitą, nomen omen, kasę umiał będzie przeciąć i wyczyścić, co trzeba. Nie tylko bez żadnej szkody, ale i z pożytkiem, dla bardzo poważnego skądinąd biznesu.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama