wcześniej zakładało. Kredyty w części zostały uruchomione i odsetkowy zegar
zaczyna tykać. Dobrze jeśli ktoś ma dodatkowe środki i szybko pokryje
różnicę, ale jeśli nie to pozostaje sprzedaż przynajmniej "nadwyżkowych"
papierów.
Każdy ma tego świadomość. Postawienie inwestora pod presją podwyższa u niego
nerwowość. Czy będzie czekał na wzrost kursu, czy też będzie chciał się
szybko pozbyć balastu? Nadzieję budzą zapowiedzi, że można liczyć na popyt
ze strony inwestorów instytucjonalnych, bo ci nie są jeszcze syci. Ale
przecież nie oznacza to, że rzucą się oni na rynek jak wygłodniałe wilki.
Wydaje się, że dobrze będzie, jak ceny w ciągu pierwszych dni będą
utrzymywać stały poziom. Nawis podażowy jest spory. Wprawdzie popyt także,
ale tu nie ma presji czasu. Czas będzie działał na korzyść popytu. Nie
chodzi tu nawet o kredyty, ale po prostu wielu inwestorów potraktowało zakup
PKO BP jako jednorazowy, szybki strzał. Oferta musi zakończyć się sukcesem.
Tego wymaga interes polityczny (niestety) oferujących. Nie będą to jednak
kokosy. Można podejrzewać, że nieco zarobią "lokatorzy", ale ci co kupowali
na kredyt muszą się starać, by wyjść na zero.
Temat notowań PKO BP będzie teraz głównym tematem rynkowym. Debiut przypada
na środę przed czwartkowym świętem. Gdyby nie PKO BP pewnie piątkowa sesja
Przejdźmy do tematu drugiego - piątkowy raport o stanie rynku pracy w USA.
Atmosfera przed publikacją była bardzo nerwowa. Miał się tu pojawić wpływ
niedawnych huraganów. Poza tym kalkulowano ile osób dostało ostatnio pracę w
administracji rządowej, która byłaby elementem kampanii prezydenckiej.
Oczekiwania były wysokie. Oficjalnie mówiło się o 175k nowych miejsc pracy w
sektorach pozarolniczych (na stopę bezrobocia nikt już nie patrzy). Jednak
jeszcze przed publikacją mówiło się o 200k, a nawet 300k. Optymizm był
spory. Okazało się, że i uzasadniony. Faktycznie w październiku powstało
ponad 330k nowych miejsc pracy. Taka wartość robi wrażenie. Jednak reakcja
rynku nie była wcale taka jednoznaczna. Dolar po chwilowym umocnieniu, dwie
godziny po publikacji notował nowe rekordy słabości względem większości
walut. Wzrost cen na rynku akcji, wprawdzie widoczny, to jednak nie
odzwierciedla skali "dobroci" danych.
Tak, po części to efekt wysokich oczekiwań. Skoro spodziewano się po cichu
dobrych danych to i starano się pod te dobre dane zagrać już wcześniej.
Jednak to nie tylko element kalkulacji prognozy ma tu znaczenie. Jeśli
spojrzymy na dane w szczegółach to zauważymy pewne rysy w tym nieskazitelnym
obrazie. Na 337k nowych miejsc pracy aż 272 przypada na sektor usług. Sektor
produkcji zanotował wzrost o 65k. Niby nieźle, ale przemysł wytwórczy
zanotował spadek o 5k. Wzrost w sektorze produkcji zawdzięczamy głównie
firmom budowlanym i konstrukcyjnym (+72k), a to już jest ściśle powiązane z
usuwaniem szkód po obecności huraganów, co jasno sygnalizuje się w raporcie.
Na wzrost zatrudnienia w usługach największy wpływ miał wzrost o 97k w
dziale usług dla biznesu. Połowa z tego praca tymczasowa polegająca na
pomocy w księgowości (m.in. zamykanie kwartału). 8k nowych miejsc pracy
związanych jest z usługami architektonicznymi i inżynieryjnymi (huragany). W
służbie zdrowia powstało 41k nowych miejsc pracy, a w szkolnictwie 22k. W
administracji rządowej mamy 41k nowych miejsc pracy. Jak widać, dane nie są
już tak radosne. Zatrudnienie rośnie, ale problem w tym, że nie jest to w
całości wzrost związany ze wzrostem gospodarczym. Sporo w tej zwyżce
czynnika naturalnego (huragany) i sezonowego (prace tymczasowe). Znacznie
lepiej by to wyglądało, gdyby takie dane pojawiły się bez wcześniejszej
aktywności huraganów. Ich obecność naraziła ubezpieczycieli na starty, ale
dała impuls rynkowi pracy. Problem w tym, że jest to tylko (i na szczęście)
impuls jednorazowy, który z czasem wygaśnie. Pocieszające jest to, że zbliża
się sezon świąteczny, który zapewni prace tymczasową dla kolejnych chętnych.
To jednak też wszyscy wiedzą. Podsumowując, dane są niezłe, ale nie takie by
piać z zachwytu. Umiarkowany wzrost z piątku wydaje się wystarczającą
reakcją.
Przejdźmy teraz do techniki. Rynek nie zdołał podnieść ponad poziom
kwietniowych szczytów. Nawet nie doszło do testu tego poziomu. Tydzień
zaczął się obiecująco, ale z każdym dniem było gorzej. W efekcie na wykresie
tygodniowym mamy czarną świecę WIG20tyg.gif FUTUREStyg.gif Spadek był na
tyle dotkliwy, że powstały na wykresach wskaźników pierwsze symptomy
osłabienia. RSItyg_fut.gif jest bliski wygenerowania sygnału sprzedaży.
ROCtyg_fut.gif właściwie już to uczynił. Jest jednak samotny więc na razie
podchodźmy do tego z dystansem. CCItyg_fut.gif mimo słabej świecy wzrósł.
MACDtyg_fut.gif naturalnie jest najwolniejszy i na razie daleko mu do
sygnałów sprzedaży.
Czy te sygnały ostrzegawcze należy brać poważnie, czy też na razie je
ignorować? Ignorować nie należy, ale nie maRSIdzienny_fut.gif
ROCdzienny_fut.gif CCIdzienny_fut.gif MACDdzienny_fut.gif
Mimo braku reakcji na ostatnią podaż widać, że coś się kroi. W ubiegłym
tygodniu spodziewałem się, że rynek wykona ruch ponad szczyty z kwietnia, by
wywołać euforię wśród byków. Ta miałaby zakończyć zwyżkę. Przypuszczałem
też, że podaż będzie bardziej widoczna za sprawą zamykania pozycji przez
inwestorów zagranicznych. Podaż faktycznie była widoczna i to nie tylko na
KGH, które podało słabsze od oczekiwań wyniki finansowe. Czy pochodziła od
inwestorów zagranicznych tego naturalnie nie wiem. Wiem natomiast, że trzy
ostatnie sesje spadków cen akcji nie kosztowało ich wiele. Cały ostatni
tydzień mieliśmy do czynienia z umacnianiem się złotego, co skutecznie
rekompensowało straty na rynku akcji wig20_usd.gif Mogą oni w tej chwili
sprzedawać właściwie bez konsekwencji. Jak długo jeszcze może potrwać ruch
wzrostowy złotego? Myślę, że głębsza korekta zbliża się wielkimi krokami
koszyk.gif usdpln.gif eurpln.gif
Do tej pory sądziłem, że dojdzie do wybicia (fałszywego, ale jednak) nad
poziom kwietniowych szczytów. Po ostatnich akcjach podaży zaczynam się nad
tym zastanawiać. Zakładałem, że uda się na fali euforii wzrosnąć do okolic
1940-1950 pkt. co wynikało m.in. z wysokości ostatnich ruchów spadkowych
zniesienie2.gif Czy takie oczekiwania były zasadne? Może do pułapki w ogóle
nie miało dojść, a sprawę niepotrzebnie skomplikowałem. Może podaż atakuje
bez zbędnych akcji pozorowanych? Może to skrzywienie forexem, gdzie czesanie
stopów jest na porządku dziennym, kazało oczekiwać wspomnianego wyskoku? Za
wyskokiem cen do okolic 1950 pkt. przemawia także układ linii trendu. Od
dłuższego czasu rynek rośnie z tempie wyznaczonym przez ciągłe niebieskie
linie linie.gif Tym razem nie udało się jej sięgnąć. Rynek zatrzymał się na
innej linii - zielonej. To są linie wewnętrzne, ale ja bym ich od razu nie
odrzucał. Jeśli spojrzymy bliżej widać, że wiele zależy od dwóch linii
krótkoterminowych, z których pierwsza biegnie tuż pod piątkowym dołkiem. O
ile ta da sygnał wstępny, to druga, kropkowana, da dość ważny sygnał
sprzedaży, który zbiegłby się z wykreśleniem na wykresie dziennym formacji
podwójnego szczytu.
W tym tygodniu można liczyć na jeszcze jedną próbę podniesienia rynku. Jeśli
będzie ona szła opornie i przy małym obrocie, to wszystko zacznie się
układać w jasny obraz. Ataku popytu nie należy nadal wykluczyć, ale
przypominam, że należy go traktować raczej za ruch pozorowany niż faktyczną
chęć kupna. Bez zagranicy nie poszalejemy, a tej układ kursów już nie
sprzyja.
Kamil Jaros