Zdecydują, w jaki sposób będą przeciwdziałać zapowiedzianym na 2005 r. redukcjom zatrudnienia.

W tygodniu przed Wielkanocą przedstawiciele zarządu TP spotkali się ze związkowcami dwukrotnie: we wtorek i w czwartek. Z tego drugiego spotkania przedstawiciele organizacji związkowych wyszli z mocnym postanowieniem, że jeżeli do piątku nie otrzymają od zarządu zapewnienia, że zwolnień nie będzie - podejmą strajk. Tak było w ubiegłym tygodniu.

Jak nam tłumaczył wczoraj Waldemar Stawski, przewodniczący "Solidarności" w TP, piątek był dniem wolnym od pracy i związkowcy dopuszczają możliwość, że odpowiedź zarządu nadejdzie w tym tygodniu. Poinformował też, że dziś spotkają się przedstawiciele wszystkich organizacji związkowych działających w Telekomunikacji i podejmą decyzję, czy i jak dalej potoczą się rozmowy z władzami firmy. Jakie warianty dalszego działania mogą być przedmiotem dyskusji związkowców? W. Stawski nie chciał się wypowiadać. Tłumaczył, że związki mogą mieć różne opinie w tej sprawie.

Zgodnie z grudniowym komunikatem, Telekomunikacja Polska zamierza zredukować zatrudnienie o 3,5 tys. etatów (według związkowców, liczba zwolnionych sięgnie 4 tys. osób). Spółka zawiązała na to konto 130 mln zł rezerwy. Niewykluczone że kwota ta może wzrosnąć, jeśli wzrośnie kwota wynagrodzeń wypłacanych tym, którzy zgodzą się odejść z firmy.

Krzysztof Kaczmarczyk, analityk DB Securities, ocenia, że nawet jeśli wielkość rezerwy wzrośnie o dodatkowe 40 mln zł, to jest to kwota niewielka (3 gr na akcję TP). Uważa, że ryzyko strajku jest niewielkie. - Jest to raczej element gry taktycznej związków niż realne ryzyko. Trudno oszacować straty, które TP poniosłaby, gdyby do strajku jednak doszło. Moglibyśmy mieć do czynienia z częściowym paraliżem komunikacyjnym, a w konsekwencji z utratą reputacji przez operatora - uważa analityk.