odpocząć od podwyżek stóp. Fed Fund Futures wyceniają prawdopodobieństwo
listopadowej podwyżki znowu na prawie 50%.
Powyższa sytuacja o tyle powinna wzbudzić niepokój inwestorów na rynkach
akcji, że niemal wszystkie podane w zeszłym tygodniu dane makro (te
zauważone przez media) wskazywały na brak presji inflacyjnej, a jednocześnie
pokazały zagrożenie dla wzrostu gospodarczego. PPI oraz CPI były poniżej
prognoz (także wartości bazowe). Sprzedaż detaliczna spadła aż 2,1% (z
wyłączeniem samochodów była lepsza). Rozczarowała produkcja przemysłowa,
rosnąca w sierpniu tylko 0,1%. Zupełnie dramatyczny był odczyt liczby
wniosków o zasiłek dla nowozarejestrowanych bezrobotnych WYKRES.gif oraz
wstępny odczyt wskaźnika Uniwersytetu Michigan - huragan i droga ropa
spowodowały zniżkę do 76,9 pkt. wobec oczekiwanego spadku do 85,0 pkt. Zbyt
mocno nie rozczarował NY Empire State Index (17,0 wobec prognoz 15,5), ale
już Philadelphia Fed z odczytem 2,2 pkt. wobec 17,5 pkt. w lipcu powinien
przestraszyć inwestorów.
Jak widać dane fatalne, a mimo to rynki akcji nie reagowały przeceną.
Rentowność obligacji paradoksalnie wrosła, zamiast spaść w oczekiwaniu na
mniejsze podwyżki stóp (niska inflacja i zapowiedź słabszego wzrostu
gospodarczego). Wytłumaczenia takiego zachowania rynku mogą być dwa. Po
pierwsze trochę niespójna reakcja rynków na ostatnie amerykańskie dane makro
wynika z faktu, że inwestorzy czekają na publikację dopiero wrześniowychw subindeksy płaconych cen (prices paid) w indeksach NY Empire State
Index oraz Philadelphia Fed. We wrześniu wrosły odpowiednio z 29,0 do 53,4
pkt., oraz z 25,9 do 52,7 pkt. W ostatnim ISM ten subindeks wzrósł z 48,5 do
62,5. Oczywiście największa w tym zasługa rosnących kosztów energii
(analogicznie do marca/kwietnia), ale negatywnej wymowy tych danych to nie
zmienia.
Już od początku września spływające na amerykański rynek dane makro wskazują
na spowolnienie gospodarki przy jednocześnie rosnącej presji inflacyjnej.
Takiego otoczenia rynki akcji powinny się bardzo przestraszyć. Paradoksalnie
uratował je huragan, który powoduje, że wszelkie złe wiadomości inwestorzy
odbierają nie jako sygnały ostrzegawcze, ale jedynie jako "wypadki przy
pracy" spowodowane jednorazowymi nadzwyczajnymi wydarzeniami. O tym kto ma
racje rozstrzygną dopiero dane makro obejmujące okres po Katrinie, lub
przekonamy się o tym już w najbliższy wtorek o 20:15 czytając komunikat po
posiedzeniu FOMC. Dla GPW najgorszym rozwiązaniem byłoby potwierdzenie w
komunikacie narastającej presji inflacyjnej (w poprzednim komunikacie -
"core inflation has been relatively low...longer-term inflation expectations
remain well contained") i odejście od równego rozkładu ryzyk między wzrost
gospodarczy, a ryzyko inflacji ("the upside and downside risks to the
attainment of both sustainable growth and price stability should be kept
roughly equal").
W ogóle nie poruszałbym problemu amerykańskich obligacji gdyby nie fakt, że
na wzrost ich rentowności negatywnie reagują rynki naszego regionu. Zarówno
jeśli chodzi o rynek długu, waluty, jak i rynki akcji, choć w tym ostatnim
wypadku jeszcze nie tak wyraźnie. W Polsce jakby inwestorzy zupełnie tego
nie dostrzegali. Rentowność polskich papierów skarbowych spada do rekordowo
niskich poziomów, a złoty (koszyk) zamknął tydzień na poziomach najniższych
od marca. Dla porównania, węgierski forint testował sierpniowe dołki
(zarówno wobec dolara, jak i euro), a analogiczne poziomy dla złotego są po
około 15 groszy niżej. Podobnie wygląda porównanie indeksów giełdy w
Budapeszcie i Warszawie w ostatnim tygodniu. We wtorek oba główne indeksy
zrobiły nowe szczyty hossy i ruszyły do niewielkiej korekty. W przypadku BUX
ostatnie dwie sesje tygodnia to jedynie powrót na te poziomy, natomiast
giełda w Warszawie (tak jak Czechy) wpadła w małą spiralę wzrostu i
skończyła tydzień wyraźnie wyżej.
Wszystko wygląda tak, jakby inwestorzy w Budapeszcie (częściowo też w
Pradze), gdzie w zdecydowanej większości handlują zagraniczne fundusze,
zaczęli dostrzegać zagrożenie dla czynników będących źródłem ostatniej fali
wzrostowej, a inwestorzy w Warszawie dalej rozgrywali swoją hossę. Należy
również retorycznie zapytać, ile było w tym wszystkim "window dressing" pod
wygasanie 10,5 tys szt. wrześniowych kontraktów ? Najbardziej jaskrawym tego
przykładem jest PKN, który nie tylko utracił korelację z cenami ropy
(korekta na rynku ropy trwa od początku września i w piątek mieliśmy
zamknięcie na nowych dołkach, a mimo to kurs PKN na historycznych
szczytach), ale także z zagranicznymi spółkami ze swojego sektora.
Najwyraźniej inwestorom trudno było oprzeć się rekomendacji "kupuj"
wystawionej przez Erste Bank, który jednocześnie wyznaczył cenę docelową na
76,4 zł (poprzednia 37,8 zł !), a w oparciu o model DCF godziwa wycena akcji
wynosi 84,9 zł. PKN jest też rzekomo najatrakcyjniejszą w regionie spółką w
sektorze paliwowym. Oczywiście kurs spółki może dojść nawet do 100 zł., ale
najpierw nowe szczyty musiałaby osiągnąć cena ropy, a wraz z nią zagraniczne
spółki paliwowe. W ostatnim tygodniu było odwrotnie. Przy takiejłe argumenty. WIG-Banki zamknął się w piątek na nowych
szczytach, ponad 32% wyżej niż w połowie maja. Niektórzy powiedzą, że to też
zasługa indeksu koniunktury bankowej (PENGAB), który wzrósł do poziomu
najwyższego od 5-ciu lat. Jednak tak jak w przypadku NY Empire State Index
oraz Philadelphia Fed prawdziwy obraz pokazują "subindeksy". Wskaźnik
ogólnego klimatu koniunktury (WOKKB), obliczany jako średnia arytmetyczna
oceny bieżącej i prognozy sytuacji ekonomicznej, spadł o 4,5 pkt. do 51,3
pkt. i jest to 3,9 pkt. niżej niż we wrześniu 2004 roku. Większy negatywy
wpływ na ten spadek miała ocena bieżącej sytuacji ekonomicznej. Nie powinno
to trochę postraszyć inwestorów przed kwartalnymi wynikami ? Przy okazji
PENGAB`u warto też wspomnieć, że wzrost popytu na akcje stwierdzono w 46%
ankietowanych placówek, a saldo oceny popytu na akcje wzrosło z 18 do 42
pkt. Dokładnie taki odczyt był w lutym, po czym nastąpiła trzymiesięczna
korekta na rynku akcji. Ale proszę potraktować to jako ciekawostkę. Bo nie
wiadomo, czy należy ten wzrost popytu na akcje przypisywać już odbieraniu
akcji od silnych zagranicznych rąk, czy jest to jedynie odzwierciedlenie
oferty PGNiG (saldo oceny w XI 2004 r. wynosiło aż 74 pkt. - oferta PKO BP).
Jak widać wszystkie sygnały ostrzegawcze zostały w ostatnim tygodniu
zignorowane przez inwestorów na GPW. Każda dobra informacja jest przesadnie
optymistycznie interpretowana, a wszystkie złe rynek pomija. Inwestorzy
prześcigają się w zakupach dużych płynnych spółek (bo tutaj szaleje
zagraniczny kapitał), a to ze zrozumiałych względów podnosi główne indeksy
kreując świetny nastrój dla szerszego rynku i wymuszając naśladowanie przez
pozostałe spółki. Nie zawsze zasłużenie i to zostanie z czasem ukarane.
Jednak jeśli mówimy o kontraktach, to dalej muszę powtórzyć, że z tak silnym
rynkiem jeszcze walczyć po prostu nie można, nawet na dodatniej bazie i tak
dużym wykupieniu. Jeśli natomiast mowa o akcjach i dłuższym horyzoncie
inwestycyjnym, to tutaj trzeba wybierać spółki bardzo ostrożnie. Perełek w
WIG20 już nie ma. Jest za to kilka nadmuchanych przez zagraniczny kapitał
balonów.
Kontynuacja hossy na rozemocjonowanym warszawskim parkiecie zależy teraz
wyłącznie od tego, czy znajdzie się na nim więcej głupców niż akcji, czy też
więcej akcji niż głupców. Jak na razie za mało było akcji i na rynkach
wschodzących wciąż trwa gra w przerzucanie z rąk do rąk "gorącego kartofla".
[email protected]