wywindowanie kursu spółki na nowe historyczne szczyty.
Proszę nie sądzić, że komukolwiek polecam opieranie swoich decyzji
inwestycyjnych na wydawanych przez banki rekomendacjach. Należy je jednak
uważnie śledzić, bo reakcja bardzo często pokazuje jakie nastroje panują na
rynku. Dla wszystkich jest jasne, że w piątek rządziły rodzime fundusze
robiące "window dressing" na koniec trzeciego kwartału. W momencie jednak,
gdy wykorzystuje się do tego najmniej odpowiednie spółki (KGHM, PKN), to
inwestorom powinno zapalić się ostrzegawcze światełko. Wyraz temu dały
kontrakty, które w piątek rozciągały bazę do ponad 50 pkt. po ujemnej
stronie (zamknięcie -46 pkt.). Inwestorzy obawiają się, że zagranica zaczęła
realizować zyski korzystając ze strojenia okienek. A obawy te nie są wcale
bezpodstawne.
Zakończenie hossy na rynkach wschodzących najprędzej spowodować mogą dwa
czynniki. Pierwszy to rosnąca presja inflacyjna w USA i związany z tym
wzrost rentowności obligacji, co coraz wyraźniej zmniejsza premię za
podejmowane przez fundusze hedgingowe ryzyko. Drugi to problemy
polityczno/fiskalne, zarówno na Węgrzech jak i na naszej rodzimej scenie
politycznej. Zacznijmy jednak od "droższego pieniądza" w USA, choć w
poprzednich Weekendowych temat już opisywałem. Warto jednak zerknąć na kilka
nowych ostrzeżeń wysyłanych w kierunku funduszy zaangażowanczyli indeks cen oparty na wydatkach
konsumenckich, wzrósł w sierpniu w ujęciu rocznym +2,0% (oczekiwano +1,9%),
a lipcową wartość zrewidowano 0,1% w górę do 1,9%. W ocenie Fed ten wskaźnik
najlepiej odzwierciedla kształtowanie się inflacji.
Postraszył też kolejny z subindeksów płaconych cen. Po Philadelphia Fed i NY
Empire State Index w piątek poznaliśmy Chicago PMI, gdzie ten subindeks
skoczył z 62,9 do 76,3 pkt. Proszę też spojrzeć na notowania złota, których
ceny biją rekordy testując szczyty z końca lat osiemdziesiątych. Wzrost cen
złota historycznie patrząc zawsze poprzedzał wyraźny skok inflacji.
WYKRES_ZLOTO.gif Na razie inwestorzy nie traktują tego wskaźnika
wiarygodnie, bo najbardziej płynny rynek świata jakoś nie poddaje się presji
cen złota. Mowa o rynku walutowym, gdzie dolar wciąż bardzo wyraźnie umacnia
się stosunku do euro. Do tej pory między ceną złota, a kursem eurodolara
była bardzo wyraźna dodatnia korelacja . Rynek utracił ją w czerwcu i w
mojej ocenie "zaległości" nadrabiać w większym stopniu będzie nie złoto, ale
słabnący dolar. Żeby było odwrotnie, obecna presja inflacyjna musiałaby
okazać się zupełnie niegroźna. WYKRES2.gif
Przeczy temu zachowanie cen surowców. Wprawdzie cały świat emocjonuje się
cenami ropy, ale ja zwróciłbym uwagę na hossę na gazie. Na środowej sesji
niektóre kontrakty na gaz rosły po niemal 10%. Prezes Stowarzyszenia
Dostawców Gazu Ziemnego (Natural Gas Supply Association) przestrzegł, że
Katrina i Rita bardzo wyraźnie pogorszą sytuację, a jeszcze przed huraganami
przestrzegano przed kłopotami z zaspokojeniem popytu w czasie zbliżającego
się sezonu grzewczego. Warto przypomnieć, że 3/4 gazu ziemnego pochodzi w
USA właśnie z rejonów Zatoki Meksykańskiej. Czy środowy wzrost był już
euforią wieńcząca wzrosty, czy to dopiero początek dramatu ? Sroga zima
sprawiłaby, że kłopot drogiej ropy zszedłby na plan dalszy. Tylko w ostatnim
kwartale cena gazu wzrosła w USA o ponad 80%. WYKRES_GAZ.gif W takim
otoczeniu nie dziwi piątkowy wzrost rentowności 10-cioletnich obligacji na
nowe wrześniowe szczyty (4,33%). Jeśli Fed, tak jak wynika z komunikatów po
posiedzeniu, będzie dalej podwyższać stopy w tym roku, to nie oczekiwałbym
powtórki "conundrum" i rentowność obligacji na koniec roku będzie testować
szczyty z pierwszej połowy 2004 r. (4,8-4,9%). Rynki wschodzące tego już nie
zignorują.
Inne zagrożenie dla rynków naszego regionu to polityka. Do tej pory temat
trochę ignorowany (słusznie), ale teraz po pierwsze zacznie przekładać się
nie tylko na emocje, ale realnie na finanse publiczne, a po drugie dotyczy
jednocześnie zarówno Węgier, jak i Polski. U naszych bratanków wiadomością
tygodnia było powiększenie przyszłorocznego deficytu z 3,6% PKB do 6,1% PKB
(wybory na wiosnę). To w sposób oczywisty odsuwa datę przyjęcia euro i rok
2010 r. odchodzi w sferę marzeń (najwcześniej 2013-2016 r.). Reakcja
zagranicznych inwestorów była oczywiście negatywna i zarówno akcje, jak i
węgierski forint zostały przecenione. Komentarze agencji ratingowych nie
zostawiły na węgierskich politykach suchej nitki. Na polskim rynku tylko w
środę była krótka nerwowa reakcja, a potem wygrało window dressing.
Patrząc jednak dokładniej na węgierski fiskalny problem łatwo zauważyć
bardzo podobną sytuację na naszym politycznym podwórku. Na razie wszyscy
emocjonują się tworzeniem nowego rządu, ale nawet w przypadku najbardziej
optymistycznego scenariusza, nie trudno będzie iść węgierską ścieżką
odsunięcia strefy euro. Z jednym zastrzeżeniem - dopiero w przyszłym roku. W
budżecie na 2006 r. politycy tworzonej koalicji niewiele mogą już zmienić.
Zmniejszenie deficytu do 30 wybory samorządowe. Wcześniej nie było to wydarzeniem, ale po
akcesji Polski do UE największe polityczne konfitury są właśnie w
samorządach. Chciałbym się mylić, ale kolejny wyborczy budżet 2007 r. nie ma
szans przybliżyć Polski do strefy euro, a węgierskie doświadczenie niech
będzie tutaj przestrogą. Węgierski premier tak uzasadniał środowe decyzje -
"Technicznie euro możliwe jest do wprowadzenia w 2010 r. Należy jednak
rozważyć co jest lepsze dla kraju, dla gospodarki - silne i szybkie
redukowanie deficytu, ze wszystkimi społecznymi i ekonomicznymi
konsekwencjami, pozwalające przyjąć euro w 2010 r., czy też łagodniejsze
reformy". Jakbym słyszał polityka PIS`u. Fundusze inwestycyjne oczywiście
wolałyby szybsze przyjęcie euro, ale polscy wyborcy wybrali PIS i choć
chciałbym się mylić, to ta kadencja parlamentu znacząco nie przybliży Polski
do strefy euro.
Poruszone kwestie nie dotyczą oczywiście najbliższego tygodnia. Gdyby tak
miało być, to reakcja rynków byłaby mocniejsza w powyborczy poniedziałek, a
przecenę pogłębiłyby środowe wieści z Węgier. Zamiast tego mieliśmy tylko
krótką korektę, a wszelkie niedźwiedzie argumenty przyćmiła zarówno siła
trendu wzrostowego, jak i strojenie okienek na koniec kwartału.
Mamy więc sytuację taką, że informacje spływające na rynek zachęcają do
polowania na korektę w październiku. Z drugiej jednak strony, demonstracyjna
siła rynku oraz powszechny pesymizm (patrz Wigometr i baza na kontraktach)
zniechęcają do dołączenia do tak licznego grona oczekujących spadku. W
podjęciu decyzji pomocny może być kalendarz. Zarówno ten zwykły, jak i ten
wyborczy. Wyborczy pokazuje, że najbliższe trzy październikowe tygodnie będą
stały pod znakiem politycznej walki o prezydenturę, co nie ułatwi tworzenia
rządu. Potem jeszcze tydzień na ochłonięcie przegranej strony, czyli dopiero
w listopadzie skończą się polityczne targi. Wtedy rodzime fundusze mogą
rozpocząć grę pod "Rajdy Św. Mikołaja", czy "efekt stycznia", odbierając
papiery od zagranicznych inwestorów (patrz ubiegły rok). Do krótkich pozycji
namawiać nie mogę przy takiej sile trendu i mocnym pesymizmie, ale w
październiku GPW zdecydowanie zasługuje na mocniejsza korektę.
[email protected]