wierzchołek faktycznie zostaje wyznaczony. Znaczna większość graczy jest tym
mocno zaskoczona, co uwidacznia się w tempie spadków, które jest bardzo
dynamiczne. Wszyscy nagle mają ochotę sprzedać posiadane papiery. Sypią się
sygnały sprzedaży w każdym horyzoncie inwestycji. Obronną ręką z tej opresji
wychodzi niewielka grupa graczy. Jedni to szczęściarze, którzy akurat
posiadali krótką pozycję w newralgicznym momencie. Drudzy to ci, którzy nie
tracą, ale nie zyskują, bo wyszli z rynku przed szczytem z postanowieniem
przeczekania najtrudniejszego okresu. Uważam, że właśnie ta strategia jest
najrozsądniejsza. Mało efektowna, ale efektywna. Oczywiście można liczyć, że
będzie się tym szczęściarzem, ale to jak gra w totka, tylko za wyższe
stawki.
Wszystko to piszę z jednym założeniem, które jeśli jest błędne, może
zniweczyć cały tok rozumowania. Cały czas mówię o kreśleniu szczytu.
Wychodzę z założenia, że rynek zachowuje się tak, jakby miał się szykować do
wyznaczenia ważnego szczytu. Myślę jednak, że są bardzo małe szanse na to,
by to przypuszczenie nie zostało zrealizowane. Co skłania do takiego
wniosku? Długość trendu wzrostowego - od dołka rośniemy już ponad cztery
lata. Rosnąca zmienność, a zwłaszcza tempo zwyżki przed wykreśleniem
ostatniego spadku. Było ono już znaczne i wykres powoli wchodził w
hiperbolę, która jak wiadomo kończy tendencję.
Tu klu widać było
oczekiwanie na spadek cen. Ten w końcu się pojawił i nagle skokowo wzrosła
liczba komentatorów wieszczących spadki. Wygląda na to, jakby wszyscy
złapali zyskowne pozycje. Problem w tym, co zawsze podkreślam, rynek nie
porusza się w kierunku, jakiego oczekuje większość.
Owszem, argumentów za spadkami jest naprawę wiele. Czy nie zastanawiała
nikogo sprawa, dlaczego mimo tak świetlanych perspektywy, spadających stóp
procentowych inwestycje kuleją? Nie wiem, czy wszyscy pamiętają, ale już od
dobrych dwóch lat powtarzają się te same oczekiwania, że to właśnie popyt
wewnętrzny będzie motorem wzrostu, bo eksport przestanie sobie radzić. Na
razie przy coraz mocniejszej złotówce to właśnie eksport jakoś się trzyma, a
oczekiwana podpora w postaci inwestycji jakoś nie może powstać. Skąd więc to
powszechne oczekiwanie na prosperitę, czego przejawem jest choćby hossa na
giełdzie?
No tak, można wprawdzie powiedzieć, że hossa to efekt wejścia Polski do Unii
Europejskiej, co przecież zmniejszyło ryzyko inwestycji nad Wisłą. Jest ona
także przejawem oczekiwania na wejście do strefy euro. Przy czym okazuje
się, że to ostatnie już się nieco odwleka. Przypomnę, że jeszcze kilka lat
temu mówiło się o 2006, czy 2007 roku jako o latach przyjęcia euro. Teraz
ugrupowanie, które wygrało wybory nie widzi potrzeby, by przyjmować euro za
wszelką cenę. I co? Rynek na to nie reaguje? Najpierw się cieszy, że do euro
wejdziemy, a później ignoruje ciągłe opóźnianie przyjęcia wspólnej waluty?
Nie będę sobą jeśli po raz kolejny nie przypomnę, że układ stóp procentowych
jest dla nas coraz mniej korzystny. W USA te stale rosną i na razie nie
widać przesłanek ku temu, by miało się to zmienić. W ostatnim tygodniu,
oprócz napływających informacji ze spółek mieliśmy także kolejną falę
wypowiedzi członków rządu rezerwy federalnej. Prezesi poszczególnych banków
wypowiadali się na temat polityki monetarnej, a konkluzje były te same. W
tej chwili nie ma podstaw do wyhamowania sekwencji podwyżek stóp
procentowych. Kolejne skoki o 25 pkt bazowych na kolejnych dwóch
posiedzeniach są już przez rynek zdyskontowane. Co do posiedzenia
styczniowego nie ma jeszcze "stuprocentowej pewności".
Tymczasem u nas spekuluje się o kolejnych obniżkach. Wprawdzie na
najbliższym ( w tym tygodniu) posiedzeniu jeszcze ruchów nie należy
spodziewać, ale już teraz mówi się, że kolejne posiedzenie przyniesie cięcie
o 25 pkt bazowych. Nie jest wykluczone, że będzie to już ostatni ruch w tym
kierunku, choć są głosy, że czeka nas jeszcze jedna obniżka. Z pewnością
zaprzestanie obniżek nie spotka się ze zrozumieniem ze strony nowego rządu.
Tylko, czy faktycznie jest sens się przejmować, tym co mówią przedstawiciele
(na razie tylko potencjalni) rządu, skoro panuje tu myślenie życzeniowe i
oczekiwania niemal oderwane od rzeczywistości? Kto przy zdrowych zmysłach,
mający pojęcie o podstawowej na rynkach relacji ryzyko/dochód, oczekiwałby
spadku naszych stóp procentowych do poziomu "europejskiego"? Niestety są
tacy, a nieszczęście jest tym większe, że głośno te oczekiwania wypowiadają.
Z pewnością nie będzie dla nich dobrą wiadomością fakt, że trwa w tej chwili
dyskusja, czy podwyżki stóp procentowych nie rozpoczną się również w
Europie.
Istnieje też wiele innych czynników, które mogą mieć wpływ na nasze
notowania. Czy faktycznie rynek już zdyskontował fakt przegranej PO? Na ile
zakupy polskich akcji wiązały się z oczekiwaniem na przyspieszenie zmian w
gospodarce na miarę "drugiego planu Balcerowicza"? Już teraz widać, że
propozycje PiS to propozycje mocno socjalne, które nie mają wiele wspóie będzie to, na co liczono jeszcze w lecie.
Nie są to może argumenty za wielką bessą. Można przypuszczać, że gdybyśmy
byli w okolicach 2000 pkt to pewnie skończyłoby się kolejnym
kilkumiesięcznym spokojnym spadkiem. Niestety rynek zawędrował już za
daleko. Tym samym, trzeba się liczyć z ty, że spadek będzie bolesny. Wzrost
powoli traci oparcie w poważnych argumentach i nadejdzie chwila, że
pozostaną już tylko emocje.
Nie zapominajmy o jeszcze jednym. W ostatnich miesiącach po stronie popytu
dało się zauważyć sporą aktywność graczy zza granicy. Jeszcze się nie
zdarzyło, by ich działania były błędne. To zwykle oni są inicjatorami ruchów
i na tych ruchach zarabiają. Nie przypuszczam, by tym razem miało być
inaczej. Zatem "zagranica" musi mieć okazję do wyjścia z rynku. Zapewne
nieco uszczupliła swoje portfele w poprzednich tygodniach, ale kapitał
ulokowany u nas jest znacznie większy. Najlepiej go wypchnąć, gdy nastroje
są dobre. Dlatego m.in. sądzę, że czeka nas jeszcze zwyżka.
Mimo wyżej wymienionych argumentów sądzę, że można spodziewać się
przynajmniej zbliżenia do szczytów hossy, choć osobiście jestem zdania, że
będziemy świadkami nowych rekordów. Wiele wskazuje na to, że dołek z
ostatniej środy nie zostanie w najbliższym czasie pokonany, choć tu nie
można wykluczyć niespodzianki (mi wydaje się ona bardzo mało prawdopodobna).
Trzeba jednak pamiętać, że kluczowym wsparciem pozostaje konsolidacja z
sierpnia. Moim zdaniem, jest to w tej chwili poziom, który odgradza hossę od
bessy. Dopóki nie spadniemy niżej, cały czas bardziej prawdopodobne są nowe
rekordy hossy. Gdy te już się pojawią, będziemy się zastanawiać nad
ewakuacją.
Czy można to brać za optymizm? Nic z tych rzeczy. Moje nastawienie do rynku
jest wielce sceptyczne. Oczekiwanie rekordów wynika po prostu z kalkulacji.
Mimo że widzę wiele argumentów za spadkiem cen, to pamiętam, by kierować się
najważniejszą cechą potrzebną do gry - cierpliwością. Przyjdzie czas, gdy
argumenty za spadkiem cen przeważą, ale rynek musi swoje przejść. Tym
"swoim" jest teraz moment dużego optymizmu oraz okres dynamicznych zmian
nastrojów.
Kamil Jaros