Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 23.10.2005 15:02

Przebieg notowań a ostatniego tygodnia był odmienny od dwóch poprzednich

FUTUREStyg.gif Przewaga podaży nie była już tak jednoznaczna. Pojawiło się

kilka czynników, które pozwalają na rozważenie możliwości, że teraz do gry

wkracza popyt. Zauważmy, że tydzień zamknął się na poziomie wyższym od

poniedziałkowego otwarcia (kontrakty). Najwyższym obrotem charakteryzowała

Reklama
Reklama

się środa, gdy rynek zawracał. Może to sugerować, że popyt powoli zaczyna

przeważać.

Takiemu przypuszczeniu sprzyja także kilka innych czynników, już o

charakterze średnio- czy nawet długoterminowym. Polski rynek akcji znajduje

się w trendzie wzrostowym właściwie od ponad czterech lat. Długość tego

wzrostu jest na tyle duża, że można się do niego przyzwyczaić. Dla sporej

Reklama
Reklama

grupy inwestorów jasne jest, że żadna tendencja nie może trwać wiecznie i w

końcu rynek musi zacząć spadać. Im dłużej trwa wzrost, tym większe ryzyko

ponownego otwarcia długiej pozycji. Takie są przynajmniej odczucia, bo

przecież nikt nie lubi gasić światła.

Te obawy o zakończenie wzrostu zostały skutecznie spotęgowane przez

poprzednie dwa tygodnie spadku cen i nie zostały rozwiane w tygodniu, który

Reklama
Reklama

właśnie się zakończył. Skala zniżki od szczytu, która sięgnęła w środę 12%,

z pewnością u wielu wywołała przypuszczenie, że wierzchołek hossy został już

wyznaczony i teraz rynek będzie podążał na południe. Z pewnością wiele

narzędzi, z których korzystają gracze wygenerowało sygnały sprzedaży. Co

ważniejsze dotyczy to także narzędzi średnioterminowych. Tym samym, czy

Reklama
Reklama

sprawa nie jest już przesądzona?

Jak każdy uważny czytelnik wie, jestem zdania, że sprawa nie jest tak

prosta, jakby to na pierwszy rzut oka wyglądało. Zwracałem uwagę na to, że

kreślenie szczytu jest okresem specyficznym. Nie należy się spodziewać, że

rynek łatwo wskaże nam moment zmiany trendu. Nie tym razem. Gdy spojrzymy na

Reklama
Reklama

wykresy cen, gdy wyznaczane były ważne szczyty to zauważmy, że nie jest to

łagodne odwrócenie tendencji, ale czas gwałtownych zmian w krótkim terminie

wywołany równie gwałtownymi zmianami nastrojów.

Nie przypuszczam, by istniało narzędzie skutecznie wskazujące kierunek

pozycji przy każdym szczycie. Zresztą potwierdza to zachowanie rynku, gdy

Reklama
Reklama

wierzchołek faktycznie zostaje wyznaczony. Znaczna większość graczy jest tym

mocno zaskoczona, co uwidacznia się w tempie spadków, które jest bardzo

dynamiczne. Wszyscy nagle mają ochotę sprzedać posiadane papiery. Sypią się

sygnały sprzedaży w każdym horyzoncie inwestycji. Obronną ręką z tej opresji

wychodzi niewielka grupa graczy. Jedni to szczęściarze, którzy akurat

posiadali krótką pozycję w newralgicznym momencie. Drudzy to ci, którzy nie

tracą, ale nie zyskują, bo wyszli z rynku przed szczytem z postanowieniem

przeczekania najtrudniejszego okresu. Uważam, że właśnie ta strategia jest

najrozsądniejsza. Mało efektowna, ale efektywna. Oczywiście można liczyć, że

będzie się tym szczęściarzem, ale to jak gra w totka, tylko za wyższe

stawki.

Wszystko to piszę z jednym założeniem, które jeśli jest błędne, może

zniweczyć cały tok rozumowania. Cały czas mówię o kreśleniu szczytu.

Wychodzę z założenia, że rynek zachowuje się tak, jakby miał się szykować do

wyznaczenia ważnego szczytu. Myślę jednak, że są bardzo małe szanse na to,

by to przypuszczenie nie zostało zrealizowane. Co skłania do takiego

wniosku? Długość trendu wzrostowego - od dołka rośniemy już ponad cztery

lata. Rosnąca zmienność, a zwłaszcza tempo zwyżki przed wykreśleniem

ostatniego spadku. Było ono już znaczne i wykres powoli wchodził w

hiperbolę, która jak wiadomo kończy tendencję.

Tu klu widać było

oczekiwanie na spadek cen. Ten w końcu się pojawił i nagle skokowo wzrosła

liczba komentatorów wieszczących spadki. Wygląda na to, jakby wszyscy

złapali zyskowne pozycje. Problem w tym, co zawsze podkreślam, rynek nie

porusza się w kierunku, jakiego oczekuje większość.

Owszem, argumentów za spadkami jest naprawę wiele. Czy nie zastanawiała

nikogo sprawa, dlaczego mimo tak świetlanych perspektywy, spadających stóp

procentowych inwestycje kuleją? Nie wiem, czy wszyscy pamiętają, ale już od

dobrych dwóch lat powtarzają się te same oczekiwania, że to właśnie popyt

wewnętrzny będzie motorem wzrostu, bo eksport przestanie sobie radzić. Na

razie przy coraz mocniejszej złotówce to właśnie eksport jakoś się trzyma, a

oczekiwana podpora w postaci inwestycji jakoś nie może powstać. Skąd więc to

powszechne oczekiwanie na prosperitę, czego przejawem jest choćby hossa na

giełdzie?

No tak, można wprawdzie powiedzieć, że hossa to efekt wejścia Polski do Unii

Europejskiej, co przecież zmniejszyło ryzyko inwestycji nad Wisłą. Jest ona

także przejawem oczekiwania na wejście do strefy euro. Przy czym okazuje

się, że to ostatnie już się nieco odwleka. Przypomnę, że jeszcze kilka lat

temu mówiło się o 2006, czy 2007 roku jako o latach przyjęcia euro. Teraz

ugrupowanie, które wygrało wybory nie widzi potrzeby, by przyjmować euro za

wszelką cenę. I co? Rynek na to nie reaguje? Najpierw się cieszy, że do euro

wejdziemy, a później ignoruje ciągłe opóźnianie przyjęcia wspólnej waluty?

Nie będę sobą jeśli po raz kolejny nie przypomnę, że układ stóp procentowych

jest dla nas coraz mniej korzystny. W USA te stale rosną i na razie nie

widać przesłanek ku temu, by miało się to zmienić. W ostatnim tygodniu,

oprócz napływających informacji ze spółek mieliśmy także kolejną falę

wypowiedzi członków rządu rezerwy federalnej. Prezesi poszczególnych banków

wypowiadali się na temat polityki monetarnej, a konkluzje były te same. W

tej chwili nie ma podstaw do wyhamowania sekwencji podwyżek stóp

procentowych. Kolejne skoki o 25 pkt bazowych na kolejnych dwóch

posiedzeniach są już przez rynek zdyskontowane. Co do posiedzenia

styczniowego nie ma jeszcze "stuprocentowej pewności".

Tymczasem u nas spekuluje się o kolejnych obniżkach. Wprawdzie na

najbliższym ( w tym tygodniu) posiedzeniu jeszcze ruchów nie należy

spodziewać, ale już teraz mówi się, że kolejne posiedzenie przyniesie cięcie

o 25 pkt bazowych. Nie jest wykluczone, że będzie to już ostatni ruch w tym

kierunku, choć są głosy, że czeka nas jeszcze jedna obniżka. Z pewnością

zaprzestanie obniżek nie spotka się ze zrozumieniem ze strony nowego rządu.

Tylko, czy faktycznie jest sens się przejmować, tym co mówią przedstawiciele

(na razie tylko potencjalni) rządu, skoro panuje tu myślenie życzeniowe i

oczekiwania niemal oderwane od rzeczywistości? Kto przy zdrowych zmysłach,

mający pojęcie o podstawowej na rynkach relacji ryzyko/dochód, oczekiwałby

spadku naszych stóp procentowych do poziomu "europejskiego"? Niestety są

tacy, a nieszczęście jest tym większe, że głośno te oczekiwania wypowiadają.

Z pewnością nie będzie dla nich dobrą wiadomością fakt, że trwa w tej chwili

dyskusja, czy podwyżki stóp procentowych nie rozpoczną się również w

Europie.

Istnieje też wiele innych czynników, które mogą mieć wpływ na nasze

notowania. Czy faktycznie rynek już zdyskontował fakt przegranej PO? Na ile

zakupy polskich akcji wiązały się z oczekiwaniem na przyspieszenie zmian w

gospodarce na miarę "drugiego planu Balcerowicza"? Już teraz widać, że

propozycje PiS to propozycje mocno socjalne, które nie mają wiele wspóie będzie to, na co liczono jeszcze w lecie.

Nie są to może argumenty za wielką bessą. Można przypuszczać, że gdybyśmy

byli w okolicach 2000 pkt to pewnie skończyłoby się kolejnym

kilkumiesięcznym spokojnym spadkiem. Niestety rynek zawędrował już za

daleko. Tym samym, trzeba się liczyć z ty, że spadek będzie bolesny. Wzrost

powoli traci oparcie w poważnych argumentach i nadejdzie chwila, że

pozostaną już tylko emocje.

Nie zapominajmy o jeszcze jednym. W ostatnich miesiącach po stronie popytu

dało się zauważyć sporą aktywność graczy zza granicy. Jeszcze się nie

zdarzyło, by ich działania były błędne. To zwykle oni są inicjatorami ruchów

i na tych ruchach zarabiają. Nie przypuszczam, by tym razem miało być

inaczej. Zatem "zagranica" musi mieć okazję do wyjścia z rynku. Zapewne

nieco uszczupliła swoje portfele w poprzednich tygodniach, ale kapitał

ulokowany u nas jest znacznie większy. Najlepiej go wypchnąć, gdy nastroje

są dobre. Dlatego m.in. sądzę, że czeka nas jeszcze zwyżka.

Mimo wyżej wymienionych argumentów sądzę, że można spodziewać się

przynajmniej zbliżenia do szczytów hossy, choć osobiście jestem zdania, że

będziemy świadkami nowych rekordów. Wiele wskazuje na to, że dołek z

ostatniej środy nie zostanie w najbliższym czasie pokonany, choć tu nie

można wykluczyć niespodzianki (mi wydaje się ona bardzo mało prawdopodobna).

Trzeba jednak pamiętać, że kluczowym wsparciem pozostaje konsolidacja z

sierpnia. Moim zdaniem, jest to w tej chwili poziom, który odgradza hossę od

bessy. Dopóki nie spadniemy niżej, cały czas bardziej prawdopodobne są nowe

rekordy hossy. Gdy te już się pojawią, będziemy się zastanawiać nad

ewakuacją.

Czy można to brać za optymizm? Nic z tych rzeczy. Moje nastawienie do rynku

jest wielce sceptyczne. Oczekiwanie rekordów wynika po prostu z kalkulacji.

Mimo że widzę wiele argumentów za spadkiem cen, to pamiętam, by kierować się

najważniejszą cechą potrzebną do gry - cierpliwością. Przyjdzie czas, gdy

argumenty za spadkiem cen przeważą, ale rynek musi swoje przejść. Tym

"swoim" jest teraz moment dużego optymizmu oraz okres dynamicznych zmian

nastrojów.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama