"przewartościowany" jednocześnie zmieniając zalecenie dla akcji notowanych w
Czechach i na Węgrzech z "przeważaj" do neutralnie, a dla Polski utrzymał
rekomendację "zdecydowanie niedoważaj". To było tuż po ustanowieniu nowych
szczytów hossy, a na dwóch kolejnych sesjach mieliśmy dramatyczną przecenę z
dwoma lukami bessy. Tak rozpoczęła się październikowa korekta. Oczywiście
należy wyraźnie zaznaczyć, że tamta rekomendacja była tylko impulsem do
spadku, a powodów było znacznie więcej.
Jednak reakcja na obie wspomniane rekomendacje świetnie pokazuje jakie
nastroje panują teraz na rynku. Nikt czwartkowym raportem się nie przejął.
Nie znaczy to, że tezy w nim zawarte są błędne. Nie trafiły po prostu teraz
na podatny grunt.
Na razie dominują takie oceny - "Nadal jesteśmy pozytywnie nastawieni do
rynków rozwijających się, choć Europa Środkowowschodnia wypada u nas gorzej
niż Turcja, więc wzrosty w Warszawie nie powinny być dramatyczne". Kto to
powiedział ? Strateg giełdowy w ... HSBC Securities.
Jeśli porównywać nas do Turcji, to faktycznie mamy co nadrabiać. Turecki
ISE100 w samym tylko listopadzie wzrósł 20 % i tym samym licząc od początku
2004 r. podwoił swoją wartość. Oczywiście jest to bardzo silny argument
przemawiający za tym, by zainteresować zachodnie fundusze całym regionem.
Ale czy faktycznie zagranica dokupuje po regionu, to
te też nie potwierdzają, że na tureckiej hossie wszyscy muszą skorzystać -
czeski PX50 wzrósł od początku listopada o 3%, węgierski BUX o 5,5%,
natomiast WIG20 zyskał już ponad 10% i jako jedyny z tej trójki ustanowił
nowe szczyty hossy. (BUX do szczytów ma dalej 10% a PX50 4%)
Kiedyś taką siłę GPW możnaby jeszcze wytłumaczyć np. przelewem na początku
grudnia 614,75 miliona złotych do OFE, ale teraz to nie jest tak rażąca
bycza siła.
W takim razie może tej siły GPW należy szukać w danych makro ? PKB
pozytywnie zaskoczył, inwestycje rosną, dane o sprzedaży detalicznej też
powyżej oczekiwań. No tak, tyle tylko, że podane na początku tygodnia
węgierskie dane naszych inwestorów rzuciłyby na kolana (PKB +4,5% w III kw.
wobec oczekiwanych +3,8%, a do tego znaczące rewizję w górę za ostatnie
kwartały). Węgierski parkiet niemal na to nie zareagował. Skoro tak, to
trudno sądzić, by to właśnie polskie dane były zachętą dla zachodniego
kapitału.
A może chodzi o wycenę spółek ? Rekomendacje banków inwestycyjnych nie
stawiają nas w pozytywnym świetle, więc nie ma co za bardzo dyskutować, tym
bardziej, że analiza fundamentalna to mimo wszystko zawsze dość subiektywna
ocena. Dla porównania rzucę tylko kilka cyferek, jednocześnie zastrzegając,
że jest to sporym uproszczeniem. CA-IB w listopadzie liczył wskaźnik C/Z dla
Polski, Węgier, Czech, oraz Rosji. Najlepiej w tym towarzystwie wypada
Rosja, gdzie średnie C/Z wynosiło 7,0. Specyficzny rynek i tego nie
porównujmy. Ciekawsze jest zestawienie pozostałych rynków. Dla węgierskich
akcji wskaźnik C/Z wynosi 11,9 dla Polskich 14,8, a dla czeskich 17,7.
Polskie akcje stają się coraz droższe, ale taka sytuacja nie dziwi, jeśli
dynamika wzrostu zysków na Węgrzech zwiększyła się w tym roku czterokrotnie
do 8,4% podczas, gdy dla polskich akcji wzrosła z 4,5% do jedynie 5,7%.
Patrząc na prognozy przyszłorocznych zysków wskaźnik C/Z dla Węgier spada do
9,7, u nas do 14,8 a w Czechach 15,6. Nie widać za bardzo logiki w tym, by
nasz rynek był mocniejszy od węgierskiego. Oczywiście jeśli mowa o
fundamentach, a nie o polityce (wybory na Węgrzech), która jak ostatnio
mogliśmy się przekonać, wpływ na rynki ma po pierwsze nieprzewidywalny, a po
drugie krótkotrwały.
Podsumowując - jest sporo argumentów przemawiających za tym, że ostatni
wzrost na GPW prowadzą nasze rodzime fundusze, które pod koniec roku
odbierają akcje od zachodnich "naturalnych partnerów" - jak zwykł mawiać
jeden z szefów OFE, co potem przekuło się w giełdowym środowisku na dość
ironiczne określenie (po tym jak OFE w dołku bessy pozbyły się akcji). Jeśli
tak jest, to grudzień będzie kolejnym miesiącem zachowania analogicznego do
zeszłego roku. W takim układzie dopiero pierwszy miesiąc nowego roku
należałoby rozpocząć z pustym portfelem i czekać na spadki, jakie z reguły
nadchodzą po oddaniu akcji przez zagranicę w ręce rodzimych funduszy. Na
razie do końca roku rynek jest w miarę bezpieczny i powinien powalczyć o
kolejne szczyty hossy.
Nie sposób nie wspomnieć o hossie na rynkach rozwiniętych. Ale także nie
uznawałbym tego za dostateczne usprawiedliwienie tej siły GPW w momencie,
gdy pozostałe rynki regionu są wyraźnie słabsze. Tyle samo będzie
zwolenników teorii, że dynamiczny wzrost na tych rynkach (USA, Euroland,
Japonia) nam pomaga, co opinii twierdzących, że hossa tych indeksów
ogranicza zainteresowanie zachodnich funduszy rynkami wschodzącymi i stąd są
relatywnie słabsze. Obie wersje słuszne, a decydujący jest tutaj horyzont
inwestycyjny.
Oczywiście proszę powyższego akapitu nie zrozumieć tak, że wzrosty w USA są
złe, a gdy tamtejszczytów hossy, wskaźniki sentymentu z analogicznych
poziomów (poprzednie szczyty) pokazywały, że obecna ocena rynku przez
inwestorów i analityków jest zdecydowanie mniej optymistyczna. Z kolei wręcz
rekordowo fatalne nastroje można było odnotować na rynku obligacji. Efekt
tego taki, ze indeksy z hukiem przebiły się na nowe szczyty hossy, a
listopad upłynął pod znakiem korekty (wzrost cen - spadek rentowności) na
rynku obligacji.
Sytuacja teraz bardzo wyraźnie się zmieniła. W ankiecie Investors
Intelligence liczba byków skoczyła do 55,8% a liczba niedźwiedzi spadła do
21,1%. Na początku listopada było to odpowiednio 46,4% oraz 26,8%. To by
mnie jeszcze nie zmartwiło, bo nie są to ekstremalne poziomy. Ekstremalne
poziomy notuje jednak mój ulubiony wskaźnik nastroju, czyli Hulbert Stock
Newsletter Sentiment Index (HSNSI), który Mark Hulbert od 25 lat wylicza na
podstawie rekomendacji ze 160 biuletynów finansowych. Nie wchodząc w
szczegóły metodologii należy zauważyć, że wartość wskaźnika w zeszłym
tygodniu wyniosła 66,6% i były to najwyższe poziomy (optymizmu) od listopada
2001 r. Przypomnę, że amerykańskie indeksy kończyły wtedy odreagowanie po
przecenie wywołanej WTC i za kilka miesięcy ruszyły do najbardziej
destrukcyjnej drugiej części bessy, która z tych poziomów zabrała kolejne
30% wartości S&P500. Oczywiście nie chodzi o powtórkę tego scenariusza, ale
o pokazanie skali optymizmu i tego, że nie przemawia za kontynuacją tej fali
wzrostowej w USA. Do tego potrzebna byłaby "ściana strachu", a ta na koniec
listopada się skończyła.
Skończyła się także korekta (spadek rentowności) amerykańskich obligacji. We
wtorek okazało się, że plotka o załamaniu koniunktury na rynku nieruchomości
(liczba niesprzedanych domów wzrosła o 3,5% do 2,87 mln) była przesadzona i
dane z rynku pierwotnego, wraz zamówieniami na dobra trwałego użytku i
wskaźnikiem zaufania konsumentów wywołały największy w listopadzie wzrost
rentowności 10-letnich obligacji. Kolejne dobre publikacje ten ruch
przedłużyły. Po nowych minimach 4,39% w poniedziałek, tydzień zakończyliśmy
na 4,52%. Wzrost rentowności odstrasza od rynków wschodzących zagraniczne
fundusze i choć nie jest to aż tak znacząca zmiana, to jest to kolejny
argument pokazujący, że za ostatnimi zakupami na GPW stoi raczej rodzimy
kapitał wykorzystujący na koniec roku dobre nastroje na światowych giełdach.
[email protected]