Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 08.01.2006 19:51

Z rynkiem giełdy warszawskiej jestem związany właściwie od początku. Jako

młodzieniec, zbierałem wycinki z "Rzepy" po każdej wtorkowej sesji (giełda

wystartowała przeprowadzając tylko jedną sesję w tygodniu). Później

przybywało inwestorów, rosły obroty i liczba sesji w tygodniu. Pamiętam

pierwszy poważniejszy krach w 1994 roku, po którym rynek długo nie był w

Reklama
Reklama

stanie się podnieść. Właściwie w cenach stałych do tej pory nie osiągnęliśmy

ówczesnych poziomów.

Wtedy było to dla mnie duże zaskoczenie. Mimo, wydawałoby się, sporego

doświadczenia tak duży spadek i jego dynamika nie mieściły mi się w głowie.

Sytuacja była o tyle trudna, że sesje na poszczególnych papierach w wielu

przypadkach kończyły się bez transakcji (oferta sprzedaży przy spadku ceny o

Reklama
Reklama

10%) i nawet gdybym chciał wyjść z rynku, to bym nie mógł. Inna sprawa, że

nie chciałem. Załadowany "po uszy" w papiery BSK (wystane z naręczem

pełnomocnictw) oraz kilku innych spółek (grunt to dywersyfikacja) patrzyłem

jak kolejna sesja uszczupla mój stan posiadania. Patrzyłem biernie, ale z

nadzieją, że wkrótce odrobię straty. Przecież rynek musi odbić. To było

zdanie powtarzane codziennie. Nie odbijał. Tuż przed rozpoczęciem korekty

Reklama
Reklama

sprzedałem "śląski".

Czemu o tym piszę? W końcu 1993 roku i na początku 1994 myślałem, że

znalazłem swoje powołanie. Rachunek rósł w oczach. Hossa trwała w najlepsze

i wydawało się, że nie ma łatwiejszego sposobu zarabiania pieniędzy. Niemal

każdy zakup kończył się zyskiem. Naprawdę trudno wtedy było stracić. Śmiało

Reklama
Reklama

radziłem znajomym, stawiałem prognozy. Jako że cały czas ceny rosły, byłem

dumny, że te prognozy się sprawdzały. Planowałem, co sobie kupie z tej fury

kasy. Pierwszy dzień notowań akcji "śląskiego" był dniem tryumfu i

zadowolenia z trudu stania po nie wiele godzin w kolejkach. Jednym słowem

wpadłem w pułapkę hossy po sam czubek głowy. Hossa to syreni śpiew -

Reklama
Reklama

ogłupia. Słuchasz pięknego głosu, napawasz się sukcesem i nie masz pojęcia,

że zmierzasz w kierunku skał, gdzie niechybnie czekają Cię kłopoty.

Naprawdę niewielu ma szansę trafić w sam szczyt hossy, a podejrzewam, że dla

większości z tej garstki i tak jest to szczęśliwy zbieg okoliczności. Koniec

hossy jest zaskoczeniem dla niemal wszystkich graczy. Jest to okres bardzo

Reklama
Reklama

emocjonalny i właściwie nie ma sensu analizować go pod względem

racjonalności wyborów. Tu większość poddaje się magii syreniego śpiewu. Tym

razem nie będzie inaczej. Myślę, że i ja (mimo doświadczenia) nie będę w

stanie ocenić, czy to już koniec, czy też kolejnego dnia ceny jeszcze będą

miały szansę wzrosnąć. Nie martwi mnie to jednak zbyt mocno. Tu pojawia się

pewna różnica w stosunku do większości osób, które od niedawna parają się

"grą na giełdzie" (mówię tu o tych, którzy są obecni od kilkunastu miesięcy,

czy nawet kilka lat). Ja nie planuję łapania szczytu. Na spadek cen będę

reagował, gdy on już będzie następował. Gdy pojawią się wiarygodne sygnały

zmiany trendu, pojawią się i zlecenia. Wcześniej można się tylko przyglądać

i ewentualnie łapać za głowę ze zdziwienia.

A dziwić się jest czemu. Pierwszy tydzień nowego roku to zarazem największy

wzrost cen od wielu miesięcy. Dokładniej mówiąc ostatnia taka tygodniowa

zmiana liczona w procentach (ponad 9%) miała miejsce w październiku 2001,

gdy zaczynaliśmy obecną hossę. Czy to nie znamienne? Nie mniej ważny jest

fakt, że ten skok cen miał miejsce tuż po tym, jak na rynku zagościły

fatalne nastroje po zamknięciu ostatniej sesji 2005 roku. Wtedy dla wielu

trend przestał się liczyć, a ta jedna sesja potrafiła zmienić oczekiwania.

Zauważmy, że dotyczyło to zarówno profesjonalistów, jak i całej

publiczności. Pogorszeniea spadkowa sesja potrafiła skłonić tak dużą liczbę uczestników rynku

(niezależnie od ich doświadczenia) do "zaprzedania duszy diabłu" i

oczekiwania na spadek cen w tak dynamicznym trendzie? Powszechne oczekiwanie

na jakiś ruch cen niestety sprawia, że faktycznie taki ruch nie następuje, a

wręcz przeciwnie, co mieliśmy okazję obserwować w ciągu ostatnich pięciu

dni. Jak zawsze w takich wypadkach, można po raz kolejny powtórzyć kilka

praw rządzących rynkiem. Po pierwsze, większość nie może mieć racji. Po

drugie, wątpliwości co do szans kontynuacji trendu są jego paliwem i

pozwalają na jego dalsze trwanie. Właśnie to zadziałało ostatnio. Mamy

jeszcze trzecie prawo - gdy już wszyscy przejdą na stronę trendu, ten

wygaśnie.

Jak pokazał ostatni tydzień, dotyczy to większości graczy. Wspomnianym

zasadom podlegają także ci, którzy w potocznym mniemaniu mają się takich

pułapek ustrzegać - profesjonalni zarządzający. Bo niby czemu nie miałoby to

ich dotyczyć? Czy zarządzający funduszem nie jest człowiekiem? To nie

maszyna - także podlega emocjom. Tym bardziej, że cały czas czuje presję

oceny osiągniętego wyniku. Końcówka roku była wyśmienita, ale chyba

większość zdaje sobie sprawę, że wkrótce okres szczęścia się skończy. Taki

tydzień, jak ten ostatni, tylko potwierdza, że końcówka hossy zbliża się

wielkimi krokami. Dynamika wzrostu cen pokazuje, że powoli dla wielu graczy

kurs przestaje być ważny, a ważniejsze zaczyna być samo posiadanie papierów.

Wynika to z przeświadczenia, że w czasie hossy i tak uda się sprzedać wyżej,

że papiery nadal będą zyskiwać na wartości.

Rzeczywiście, w czasie hossy kursy rosną. Problem w tym, że gdy większość

widzi hossę i wierzy w jej kontynuację to ona się już kończy. Zastanówmy

się, czy jesteśmy już w fazie, gdy wszyscy widzą hossę? To pytanie jest

oczywiście retoryczne. Ostatnio właściwie wszędzie się o tym mówi, a każdego

dnia media biły w dzwony z powodu kolejnego rekordu indeksów. Widzieć hossę,

to jeszcze nie wszystko. Trzeba jeszcze w nią uwierzyć. Tu sprawa jest nieco

trudniejsza. Można ująć to tak - aktem wiary w hossę jest decyzja o

inwestycji na rynku akcji. Gdy jest to proces powszechny, perspektywy trendu

są fatalne.

Jak to jest z tą wiarą? Jak pokazał wspomniany piątek kończący poprzedni

rok, rynek wykazuje jeszcze pewne oznaki rozsądku i ostrożności. Inwestorzy

zachowują się nerwowo i szukają pierwszych oznak zakończenia trendu. Można

tym samym stwierdzić, że sam trend jeszcze się nie skończył. Nadal są

niedowiarki. Siła wzrostu cen pokazuje jednak, że liczebność tej grupy

maleje. W chwili kreślenia szczytu będzie ich naprawdę niewielu. Większość

będzie miała w głowach wyryte zdania z jednego z komentarzy: "Rynek aż kipi

od kapitału. Płynie on szerokim strumieniem z zagranicznych funduszy

inwestycyjnych. Zarządzających pieniędzmi z zagranicy nie interesuje polskie

polityczne piekiełko - są zapatrzeni tylko we wzrost PKB, obniżki stóp

procentowych, rosnące zyski spółek i sowite dywidendy." (Tomasz Prusek -

Gazeta Wyborcza). Panie Tomaszu, obaj wiemy, że to tylko pretekst. Zresztą

marny, bo dynamika PKB nie taka, jaką kiedyś oczekiwano, stopy już za wiele

nie spadną, a te zyski spółek raczej trudne do powtórzenia.

Zresztą nie ma to w tej chwili znaczenia. Jeśli chodzi o kapitał

zagraniczny, to faktycznie nie wskaźniki makro mają tu przewagę. One są

pomocne, bo przy słabej koniunkturze nikt nie będzie inwestował w rynki

podwyższonego ryzyka, a przecież nadal takim jest Polska. Dla inwestorów

zagranicznych nasz rynek jest postrzegany mniej więcej tak, jak my sami

postrzegamy papiery spółek o niskiej płynności. Gdy są sprzyjające warunki

roku to zwyczajowy okres stawiania prognoz. Ich użyteczność jest co najmniej

dyskusyjna. Nie to jest jednak ważne. Ważne jest, że dla większości

prognostyków rynek akcji w tym roku ponownie ma urosnąć. Przynajmniej takie

są wypowiedzi. Oczywiście argumenty są te same: dobra kondycja gospodarki,

zyski itd. Nikt nie zastanawia się nad tym, że zawsze w trakcie hossy widać

jedynie pozytywy. Gdy w końcu rynek się zawali, nagle pojawią się

komentarze, dlaczego tak się stało. Pewną odtrutką na te słodkie słowa

płynące z prognoz może być lektura tekstu autorstwa Josepha E. Stiglitza,

jaki ukazał się w tym tygodniu w Gazecie Wyborczej. Ogólnie rzecz biorąc

niekoniecznie jesteśmy skazani na sukces.

Rynek akcji porusza się cyklicznie. Każdy cykl ma swoje fazy, a każda faza

swoje własności. Obecna hossa formalnie trwa już ponad 4 lata. W sumie nic

nie stoi na przeszkodzie by trwała nadal. Problem w tym, że nie jest to już

spokojny wzrost przedzielany korektami Wykres_1.gif Dynamika ruchu zaczyna

być coraz większa, a tym samym wykres zaczyna powoli przypominać hiperbolę.

Nie ma sensu zgadywać, do jakiego poziomu dojdziemy. Wystarczy zdawać sobie

sprawę, że taki stan rzeczy nie może trwać przez dłuższy czas.

Sytuacja na rynku i w jego otoczeniu zaczyna przypominać modelową dla końca

hossy. Przerabialiśmy to już kilka razy i zapewne będziemy przerabiać

jeszcze wielokrotnie. Indeksy biją rekordy, a media pieją z zachwytu.

Prognozy są "różowokolorowe", a fundusze notują rekordowy napływ środków. Do

pełni szczęścia brakuje nam jeszcze euforii w zakupach. Ostatni tydzień był

tygodniem dynamicznego wzrostu cen, ale to jeszcze nie była euforia. Jedno

jest pewne, emocje zaczynają w coraz większym stopniu decydować o

inwestycjach. Pokazują to wskaźniki nastrojów oraz dynamika zmian cen.

Rynek wchodzi w bardzo niebezpieczny okres. Niebezpieczny zwłaszcza dla mało

wprawionych graczy. Ja wiem, że większość za takich się nie uważa. Wzywanie

do pokory wobec rynku to raczej wołanie w pustkę. Namawiam jednak na choćby

spojrzenie na przebieg cen w momencie kreślenia szczytów poprzednich

długoterminowych trendów wzrostowych. Czy faktycznie gra jest warta

świeczki? Czy warto narażać się na stres przy dynamicznie zmieniających się

nastrojach? Sesja z poprzedniego piątku to tylko próbka, tego co się zbliża.

Może lepiej odejść od stołu, gdy jeszcze można pochwalić się zyskami?

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama