emocjonalny i właściwie nie ma sensu analizować go pod względem
racjonalności wyborów. Tu większość poddaje się magii syreniego śpiewu. Tym
razem nie będzie inaczej. Myślę, że i ja (mimo doświadczenia) nie będę w
stanie ocenić, czy to już koniec, czy też kolejnego dnia ceny jeszcze będą
miały szansę wzrosnąć. Nie martwi mnie to jednak zbyt mocno. Tu pojawia się
pewna różnica w stosunku do większości osób, które od niedawna parają się
"grą na giełdzie" (mówię tu o tych, którzy są obecni od kilkunastu miesięcy,
czy nawet kilka lat). Ja nie planuję łapania szczytu. Na spadek cen będę
reagował, gdy on już będzie następował. Gdy pojawią się wiarygodne sygnały
zmiany trendu, pojawią się i zlecenia. Wcześniej można się tylko przyglądać
i ewentualnie łapać za głowę ze zdziwienia.
A dziwić się jest czemu. Pierwszy tydzień nowego roku to zarazem największy
wzrost cen od wielu miesięcy. Dokładniej mówiąc ostatnia taka tygodniowa
zmiana liczona w procentach (ponad 9%) miała miejsce w październiku 2001,
gdy zaczynaliśmy obecną hossę. Czy to nie znamienne? Nie mniej ważny jest
fakt, że ten skok cen miał miejsce tuż po tym, jak na rynku zagościły
fatalne nastroje po zamknięciu ostatniej sesji 2005 roku. Wtedy dla wielu
trend przestał się liczyć, a ta jedna sesja potrafiła zmienić oczekiwania.
Zauważmy, że dotyczyło to zarówno profesjonalistów, jak i całej
publiczności. Pogorszeniea spadkowa sesja potrafiła skłonić tak dużą liczbę uczestników rynku
(niezależnie od ich doświadczenia) do "zaprzedania duszy diabłu" i
oczekiwania na spadek cen w tak dynamicznym trendzie? Powszechne oczekiwanie
na jakiś ruch cen niestety sprawia, że faktycznie taki ruch nie następuje, a
wręcz przeciwnie, co mieliśmy okazję obserwować w ciągu ostatnich pięciu
dni. Jak zawsze w takich wypadkach, można po raz kolejny powtórzyć kilka
praw rządzących rynkiem. Po pierwsze, większość nie może mieć racji. Po
drugie, wątpliwości co do szans kontynuacji trendu są jego paliwem i
pozwalają na jego dalsze trwanie. Właśnie to zadziałało ostatnio. Mamy
jeszcze trzecie prawo - gdy już wszyscy przejdą na stronę trendu, ten
wygaśnie.
Jak pokazał ostatni tydzień, dotyczy to większości graczy. Wspomnianym
zasadom podlegają także ci, którzy w potocznym mniemaniu mają się takich
pułapek ustrzegać - profesjonalni zarządzający. Bo niby czemu nie miałoby to
ich dotyczyć? Czy zarządzający funduszem nie jest człowiekiem? To nie
maszyna - także podlega emocjom. Tym bardziej, że cały czas czuje presję
oceny osiągniętego wyniku. Końcówka roku była wyśmienita, ale chyba
większość zdaje sobie sprawę, że wkrótce okres szczęścia się skończy. Taki
tydzień, jak ten ostatni, tylko potwierdza, że końcówka hossy zbliża się
wielkimi krokami. Dynamika wzrostu cen pokazuje, że powoli dla wielu graczy
kurs przestaje być ważny, a ważniejsze zaczyna być samo posiadanie papierów.
Wynika to z przeświadczenia, że w czasie hossy i tak uda się sprzedać wyżej,
że papiery nadal będą zyskiwać na wartości.
Rzeczywiście, w czasie hossy kursy rosną. Problem w tym, że gdy większość
widzi hossę i wierzy w jej kontynuację to ona się już kończy. Zastanówmy
się, czy jesteśmy już w fazie, gdy wszyscy widzą hossę? To pytanie jest
oczywiście retoryczne. Ostatnio właściwie wszędzie się o tym mówi, a każdego
dnia media biły w dzwony z powodu kolejnego rekordu indeksów. Widzieć hossę,
to jeszcze nie wszystko. Trzeba jeszcze w nią uwierzyć. Tu sprawa jest nieco
trudniejsza. Można ująć to tak - aktem wiary w hossę jest decyzja o
inwestycji na rynku akcji. Gdy jest to proces powszechny, perspektywy trendu
są fatalne.
Jak to jest z tą wiarą? Jak pokazał wspomniany piątek kończący poprzedni
rok, rynek wykazuje jeszcze pewne oznaki rozsądku i ostrożności. Inwestorzy
zachowują się nerwowo i szukają pierwszych oznak zakończenia trendu. Można
tym samym stwierdzić, że sam trend jeszcze się nie skończył. Nadal są
niedowiarki. Siła wzrostu cen pokazuje jednak, że liczebność tej grupy
maleje. W chwili kreślenia szczytu będzie ich naprawdę niewielu. Większość
będzie miała w głowach wyryte zdania z jednego z komentarzy: "Rynek aż kipi
od kapitału. Płynie on szerokim strumieniem z zagranicznych funduszy
inwestycyjnych. Zarządzających pieniędzmi z zagranicy nie interesuje polskie
polityczne piekiełko - są zapatrzeni tylko we wzrost PKB, obniżki stóp
procentowych, rosnące zyski spółek i sowite dywidendy." (Tomasz Prusek -
Gazeta Wyborcza). Panie Tomaszu, obaj wiemy, że to tylko pretekst. Zresztą
marny, bo dynamika PKB nie taka, jaką kiedyś oczekiwano, stopy już za wiele
nie spadną, a te zyski spółek raczej trudne do powtórzenia.
Zresztą nie ma to w tej chwili znaczenia. Jeśli chodzi o kapitał
zagraniczny, to faktycznie nie wskaźniki makro mają tu przewagę. One są
pomocne, bo przy słabej koniunkturze nikt nie będzie inwestował w rynki
podwyższonego ryzyka, a przecież nadal takim jest Polska. Dla inwestorów
zagranicznych nasz rynek jest postrzegany mniej więcej tak, jak my sami
postrzegamy papiery spółek o niskiej płynności. Gdy są sprzyjające warunki
roku to zwyczajowy okres stawiania prognoz. Ich użyteczność jest co najmniej
dyskusyjna. Nie to jest jednak ważne. Ważne jest, że dla większości
prognostyków rynek akcji w tym roku ponownie ma urosnąć. Przynajmniej takie
są wypowiedzi. Oczywiście argumenty są te same: dobra kondycja gospodarki,
zyski itd. Nikt nie zastanawia się nad tym, że zawsze w trakcie hossy widać
jedynie pozytywy. Gdy w końcu rynek się zawali, nagle pojawią się
komentarze, dlaczego tak się stało. Pewną odtrutką na te słodkie słowa
płynące z prognoz może być lektura tekstu autorstwa Josepha E. Stiglitza,
jaki ukazał się w tym tygodniu w Gazecie Wyborczej. Ogólnie rzecz biorąc
niekoniecznie jesteśmy skazani na sukces.
Rynek akcji porusza się cyklicznie. Każdy cykl ma swoje fazy, a każda faza
swoje własności. Obecna hossa formalnie trwa już ponad 4 lata. W sumie nic
nie stoi na przeszkodzie by trwała nadal. Problem w tym, że nie jest to już
spokojny wzrost przedzielany korektami Wykres_1.gif Dynamika ruchu zaczyna
być coraz większa, a tym samym wykres zaczyna powoli przypominać hiperbolę.
Nie ma sensu zgadywać, do jakiego poziomu dojdziemy. Wystarczy zdawać sobie
sprawę, że taki stan rzeczy nie może trwać przez dłuższy czas.
Sytuacja na rynku i w jego otoczeniu zaczyna przypominać modelową dla końca
hossy. Przerabialiśmy to już kilka razy i zapewne będziemy przerabiać
jeszcze wielokrotnie. Indeksy biją rekordy, a media pieją z zachwytu.
Prognozy są "różowokolorowe", a fundusze notują rekordowy napływ środków. Do
pełni szczęścia brakuje nam jeszcze euforii w zakupach. Ostatni tydzień był
tygodniem dynamicznego wzrostu cen, ale to jeszcze nie była euforia. Jedno
jest pewne, emocje zaczynają w coraz większym stopniu decydować o
inwestycjach. Pokazują to wskaźniki nastrojów oraz dynamika zmian cen.
Rynek wchodzi w bardzo niebezpieczny okres. Niebezpieczny zwłaszcza dla mało
wprawionych graczy. Ja wiem, że większość za takich się nie uważa. Wzywanie
do pokory wobec rynku to raczej wołanie w pustkę. Namawiam jednak na choćby
spojrzenie na przebieg cen w momencie kreślenia szczytów poprzednich
długoterminowych trendów wzrostowych. Czy faktycznie gra jest warta
świeczki? Czy warto narażać się na stres przy dynamicznie zmieniających się
nastrojach? Sesja z poprzedniego piątku to tylko próbka, tego co się zbliża.
Może lepiej odejść od stołu, gdy jeszcze można pochwalić się zyskami?
Kamil Jaros