Zwyżce cen metali sprzyja kilka czynników. Znowu pojawiły się prognozy przewidujące, że również w tym roku zużycie miedzi będzie większe od jej produkcji.
Za mała podaż miedzi
Credit Suisse szacuje ten niedobór na 200 tys. ton. Analitycy Morgan Stanley przewidują, że deficyt miedzi na świecie wyniesie w tym roku 147 tys. ton. Takie zapowiedzi powodują obawy inwestorów o pogorszenie dostaw. Wydają się jednak usprawiedliwione, bo z jednej strony wciąż utrzymuje się bardzo duży popyt na miedź w Chinach i w Stanach Zjednoczonych, gdzie łagodna tegoroczna zima umożliwiła większą niż zwykle o tej porze aktywność na budowach. A budownictwo zużywa 40% miedzi w USA. Jednocześnie Rio Tinto Group, trzecia największa na świecie spółka wydobywcza, zapowiedziała w piątek, że na III kwartał planuje okresowe zamknięcie zakładu w Kennecott Utah. Ta przerwa może potrwać nawet 50 dni i niewątpliwie spowoduje zakłócenia w dostawach miedzi.
Inwestują fundusze
Istotną przyczyną drożenia nie tylko miedzi, ale również innych surowców jest polityka funduszy. Jeszcze kilka lat temu na tym rynku operowały wyłącznie fundusze hedgingowe. Teraz olbrzymie środki na inwestycje surowcowe przeznaczają też fundusze emerytalne. W skali światowej już 10% pieniędzy zgromadzonych w funduszach emerytalnych i u innych zarządzających aktywami ulokowano w surowcach. Zresztą z powodzeniem, bo np. miedź jest obecnie już o 67% droższa niż przed rokiem, a w piątek przed południem za tonę tego metalu płacono 5050 USD. Barclays Capital prognozuje, że w tym roku środki funduszy inwestujących według indeksów surowcowych mogą zwiększyć się o 38% do 110 mld USD. Londyński Standard Bank przewiduje zaś, że fundusze inwestujące w surowce zwiększą stan posiadania nawet o 50%, do 120 mld USD. Przy tak olbrzymim napływie na ten rynek nowych pieniędzy powstaje zjawisko samospełniającej się przepowiedni. Im więcej nowych środków pojawia się, tym bardziej rosną ceny, a to przyciąga na rynek jeszcze więcej pieniędzy od inwestorów liczących na wyższe zyski.