Sąd apelacyjny oddalił wnioski ET i prokuratora, które odsuwały w czasie wejście w życie na terenie naszego kraju wyroku z Wiednia, mówiącego, że ulubieniec spekulantów - "Elek" - jest właścicielem 48 proc. udziałów Ery, największego komórkowego operatora.
W listopadzie 2004 roku, po około 5-letnim procesie, Trybunał Arbitrażowy orzekł, że Elektrim zawsze był właścicielem tych udziałów, a wniesienie tego pakietu do ET było nieskuteczne.
Autorytety i zdziwienie
Żeby orzeczenie wywierało skutki w naszym kraju, musiało zostać uznane przez polski sąd. Ten zrobił to w lutym 2005 r., ale ET odwołało się, powołując się m.in. na błędy proceduralne sądu pierwszej instancji. Prawnicy argumentowali, że ET nie mogło brać udziału w postępowaniu jako uczestnik i skutecznie bronić swoich praw, a ponieważ Elektrim wnioskował o uznanie tylko części wyroku - spowodowało to jego zdekompletowanie. Powoływali się również na konwencję nowojorską, która - ich zdaniem - została naruszona.
Sędzia, uzasadniając oddalenie apelacji, mówiła wczoraj, że ET mogło i broniło swoich praw jako tzw. interwenient uboczny. - Akta liczą 15 tomów. 10 z nich to opinie autorytetów, mówiące, jak rozumieć konwencję nowojorską. Nie będziemy dyskutować z tymi opiniami, bo nie posiadamy wystarczającej wiedzy - mówiła sędzia. Sąd potrafił jednak stwierdzić, że konwencja nie zabrania częściowego uznania wyroku wydanego w obcym kraju.