Na rynku kapitałowym wystarczy odrobina doświadczenia, żeby zrozumieć, że do rekomendacji analityków należy podchodzić z dystansem. Prognozy w nich zawarte mają tendencje do mijania się z prawdą, a akcje nie zawsze osiągają zakładane ceny docelowe. I to wszystko, mimo że rekomendacje przygotowywane są przecież przez najlepszych specjalistów w swoim fachu. W czym więc tkwi problem? Niestety, nawet najdoskonalsze narzędzie wyceny nie jest wolne od błędów...
O wszystkim decyduje rynek
Najpopularniejszym sposobem wyceny akcji jest metoda porównawcza. Polega na zwyczajnym zestawieniu ze sobą wskaźników finansowych (C/Z, C/S, C/WK) różnych firm. Ze względu na prostotę jest stosowana nie tylko przez profesjonalistów, ale także przez "szarych" inwestorów. Niestety, jest obarczona dużym prawdopodobieństwem błędu. Największym problemem jest uzależnienie od sytuacji na rynku akcji. Gdy hossa trwa w najlepsze, wycena będzie wyższa, ponieważ spółki, z którymi porównuje się wskaźniki, są droższe. Było to dobrze widać chociażby podczas ostatniej korekty. Wyceny Lotosu z przedziału 62,00-63,40 zł przed załamaniem na rynku po korekcie spadły do 48,50-49,50 zł.
Obraz rzeczywistej wartości akcji mogą też zamazywać przeróżne mody wśród inwestorów na poszczególne branże lub gałęzie gospodarki. Dobry przykład to hossa internetowa, gdzie nadmierny optymizm graczy wywindował ceny spółek informatycznych do niebotycznych poziomów. Gdy cała branża była przewartościowana, metoda porównawcza straciła praktycznie sens.
Inną kwestią jest sam dobór spółek, z którymi dokonujemy porównania. Teoretycznie powinny one być jak najbardziej podobne do wycenianej - zarówno pod względem działalności, jak i struktury kapitałów. Nie zawsze jednak jest taka możliwość, szczególnie na warszawskim parkiecie, na którym wiele branż doczekało się jedynie pojedynczych przedstawicieli, a część w ogóle nie jest obecna.