Wierzę w przypadki i zbiegi okoliczności - jakże miałoby być inaczej, skoro piszę ten tekst w piątek, 13. Ale nie wierzę w takie nagromadzenie przypadków, które czyni je bardzo mało prawdopodobnymi. Oczywiście, rurociąg transportujący ropę z Rosji na Litwę, do Możejek, mógł się zepsuć. Trudno jednak uwierzyć, że jego naprawa musi trwać miesiącami. Dobrze zorganizowanym przedsiębiorstwom tyle samo czasu zabiera położenie zupełnie nowej rury. Tymczasem coraz częściej słychać, że rurociąg już w ogóle nie będzie działać.
Ta awaria, traf chciał, nastąpiła po tym, jak płocki Orlen został wybrany na inwestora dla litewskiej rafinerii. Pożar w Możejkach wygląda na nieszczęśliwy wypadek. Daleki jestem od stawiania tez czerpiących ze spiskowej teorii dziejów. Ale na pewno wiele osób będzie się zastanawiać, dlaczego opatrzność sprawiła, że pożar wybuchł w tak szczególnym momencie i miał tak groźne konsekwencje. I dlaczego wszystko, co dotyczy Możejek, jest ostatnio zawsze brzemienne w katastrofalne skutki. Jedno jest pewne - rafineria nie potrzebuje na razie rosyjskiej ropy, a w każdym razie nie tyle, ile dawniej. I to jest może jedyna dobra dla niej wiadomość. Orlen ma zaś powód, by wycofać się z transakcji lub zbić cenź.
Ale wróćmy do spraw z rosyjskim kontekstem. Podczas ostatniej wizyty w Warszawie minister spraw zagranicznych Iwanow rozdawał na prawo i lewo uśmiechy. Nie świadczyły, moim zdaniem, o dobrej woli. Rosjanie jej po prostu nie mają. Udowadniają to od lat, konsekwentnie lekceważąc gesty i zabiegi kolejnych polskich władz.
Stosunki partnerskie, przyjazne czy przynajmniej poprawne mieszczą im się w głowie, kiedy myślą o Stanach Zjednoczonych, Niemczech, czy może o Francji, ale nie o "bliskiej zagranicy". Wygląda na to, że leczą kompleksy, korzystając z argumentu siły i wielkości, w tym wielkości złóż surowców.
Trudno zapomnieć o naszych kłopotach z eksportem żywności czy importem gazu. Trudno pominąć sprawę Gazociągu Północnego. Nigdy nie było problemów z rurociągami przebiegającymi przez Polskę i transportującymi surowce na Zachód. Jaki więc inny niż zła wola może być argument za tym, by kłaść kosztowną rurę na dnie Bałtyku? Nie przypadkiem też nasze firmy szukają surowców w wielu krajach, ale nie w Rosji. Tylko patrzeć, jak kłopoty zaczną mieć polskie przedsiębiorstwa inwestujące w tym kraju. Na razie są tolerowane, bo dostarczają kapitał i tworzą miejsca pracy, ale rachunek ekonomiczny w kalkulacjach politycznych często schodzi na dalszy plan.