Newsem wtorkowego przedpołudnia była informacja o tym, że były premier Kazimierz Marcinkiewicz nie będzie ministrem w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego, może natomiast stanąć na czele którejś z wielkich spółek Skarbu Państwa. Choć ani obecny szef rządu, ani sam potencjalny prezes któregoś z zarządów żadnej konkretnej firmy nie wymienili, według plotek, które od dawna krążą po rynku, chodzić może przede wszystkim o Orlen.
Na reakcje inwestorów na te wieści nie trzeba było długo czekać: od rana zaczęli na masową skalę pozbywać się akcji nie tylko tej, ale także innych firm, do których mógłby trafić były szef rządu. W efekcie jeszcze przed południem sprowadzili kurs Orlenu do poziomu najniższego od początku listopada. Akcje KGHM potaniały natomiast do poziomu nienotowanego od lipca! Chociaż na koniec sesji spadki w obu przypadkach nie były aż tak duże, trudno oprzeć się wrażeniu, że najpopularniejszy polski polityk nie cieszy się aż tak wielkim zaufaniem giełdowych graczy, jak wśród reszty społeczeństwa.
Najwyraźniej więc dziewięciomiesięczne rządzenie 40-milionowym europejskim krajem - na co powoływał się wczoraj sam ekspremier - nie jest, według inwestorów, wystarczającym doświadczeniem do skutecznego kierowania jedną z większych spółek publicznych w tym samym kraju. Podzielam ich opinię.
Zgadzam się jednak również, chociaż dość rzadko mi się to ostatnio zdarza, z przedstawicielem rządu. Konkretnie zaś chodzi mi o Przemysława Edgara Gosiewskiego, który powiedział wczoraj: "żałuję, że Marcinkiewicz nie wszedł do rządu".