rynku nieruchomości mają wprawdzie ujemny wpływ na PKB, ale są to problemy
wyizolowane. Osłabienie na rynku nieruchomości nie przekłada się na inne
sfery gospodarki. Te mają się całkiem nieźle. Na razie.
Może właśnie tu tkwi sedno sprawy. Oczekiwania są optymistyczne, bo do tej
pory nic poważnego się nie wydarzyło. Wydaje się, że zmienią się za jakiś
czas, gdy okaże się, że jednak problemy pojawią się w innych sferach. Będzie
to oczywiście naturalnym procesem dostosowania się oczekiwań - będą one już
inne, niż obecne. Czy taka sytuacja może mieć miejsce? Może. Większość tych
optymistycznych prognoz opiera się bowiem na założeniu, że w tej chwili
najwięcej szkód może wywołać rynek nieruchomości. To jest jednak tylko część
prawdy. Trzeba bowiem pamiętać, że przed paroma miesiącami zakończyła się
stosunkowo długa sekwencja podwyżek stóp procentowych. Tym samym można się
obawiać, że jej wpływ na gospodarkę wcale się nie wyczerpał. Nie będę
rozwijał tu nawet możliwości kolejnej podwyżki. Nawet przyjmując, że już
kolejnych nie będzie, to wpływ już dokonanych zapewne będzie się jeszcze
przejawiał.
Obecnie tematem numer jeden jest rynek nieruchomości oraz inflacja. Ta druga
niewiadoma także jest przedmiotem trwającej dyskusji. Fed słowami swoich
publikacji oraz wystąpień członków FOMC cały czas uwypukla niebezpieczeńli
jednak porównamy dynamikę wzrostu cen w kolejnych kwartałach to okaże się,
że ta dynamika maleje. To sprawia, że rynek oczekuje stabilizacji cen w
najbliższych miesiącach.
Za tym idzie inne oczekiwanie. Skoro ceny mają się ustabilizować, to
oczekuje się, że widmo inflacji zejdzie na plan dalszy, a FOMC podejmie
czynności mające pomóc słabnącej gospodarce. Stąd na rynku akcji mamy
wzrosty cen. Także rynek stóp procentowych sygnalizuje oczekiwanie na
obniżki stóp procentowych. Mamy tu sytuację, gdzie oprocentowanie lokat o
krótkim terminie zapadalności jest wyższe od lokat długoterminowych. To jest
w tej chwili główny konflikt oczekiwań. Kto ma rację? Czy Fed trzymający
stopy wysoko, czy też inwestorzy, którzy oczekują cięć ratujących gospodarkę
przed wejście w recesję.
Oczywiście nie tylko Stanami żyjemy. W końcu sytuacja na rynku w Polsce
powinna zależeć w dużej mierze od tego, co się dzieje właśnie w Polsce. To
przełożenie wydaje się zrozumiałe, choć nie jest do końca prawdziwe. Tu mamy
spory wpływ inwestorów zagranicznych, którzy są w stanie z rynkiem zrobić co
im się podoba bez oglądania się na gospodarkę. Te ruchy kapitału
zagranicznego są zwykle związane ze zmianami m.in. w USA stąd sporo miejsca
poświęconego Stanom.
Spoglądając tylko na nasze podwórko właściwie nie ma na co narzekać.
Gospodarka rozwija się szybko. Spada bezrobocie, rośnie zatrudnienie, rosną
inwestycje i nieźle ma się konsumpcja. Niemal sielanka. Niestety nie do
końca jest tak dobrze, jakby to wyglądało na pierwszy rzut oka. Po pierwsze,
pojawiają się pierwsze oznaki przegrzania. Rynek pracy zaczyna być coraz
sztywniejszy, co może przełożyć się na wysokość płac. Stopa bezrobocia
wprawdzie na to wskazuje, ale już teraz przedsiębiorcy mają problem z
zatrudnieniem pracowników. Istnieje więc niebezpieczeństwo wystąpienia
napięć inflacyjnych generowanych przez rynek pracy. Płace zaczynają rosnąć,
co powoduje wzrost popytu konsumpcyjnego poganianego jeszcze kredytem oraz
powoduje wzrost kosztów producentów. Wzrost kosztów może kusić
przedsiębiorców do podwyższenia cen towarów i usług przez nich wytwarzanych.
Tym bardziej jeśli popyt nie będzie podobny.
Tego właśnie obawiają się jastrzębi członkowie rady polityki pieniężnej,
którzy już teraz naciskają na podwyżkę stóp procentowych. Ma to być ruch
prewencyjny, którego zadaniem jest przeciwdziałanie zbytniemu rozgrzaniu
gospodarki. Obecnie trwa dyskusja, która faktycznie sprowadza się do
oczekiwania na najbliższą, zaplanowaną na koniec stycznia projekcję
inflacyjną. Jeśli ta będzie równie pesymistyczna, jaką była projekcja
październikowa to podwyżka wydaje się być przesądzona jest w I kw. 2007 r.
Przegrzanie, a więc i możliwość wzrostu inflacji to jeden problem, ale nie
mniej ważne jest odsuwanie w czasie zmian, jakie są wymagane w sferze
finansów publicznych. To jeden z elementów, który ma za zadanie zbudowanie
warunków sprzyjających szybszemu wzrostowi gospodarczemu także w następnych
latach. Jak wiemy, ta sfera w 2006 r. została zupełnie zapomniana.
Wreszcie sam rynek. Dużo tu optymizmu. Portfele funduszy napchane są
akcjami. Mówi się o kolejnym roku hossy. Byłoby miło, ale trzeba pamiętać,
że ta już trwa dość długo jak na nasze standardy. Kiedyś w końcu przyjdzie
załamanie. Obecnie kapitał płynie już także w kredytów, które finansują
zakup jednostek uczestnictwa. Robi się niebezpiecznie, a wiara w
zarządzających może okazać się przesadzona. Nawet najlepsi muszą trzymać się
rynkowej średniej, co sprawia, że w razie spadków i ich portfele będą tracić
na wartości.
na spadki cen. Atmosfera robi się ku temu sprzyjająca.
Zwłaszcza, gdy zaczną ponownie rosnąć stopy procentowe.
Zachowanie rynku w 2006 r. posiadacze akcji mogą uznać za zadawalające.
Porównując początek i koniec roku widać wzrost cen. Wprawdzie na przełomie
maja i czerwca posiadacze długich pozycji przeżyli chwile grozy, ale
skończyło się dobrze. Pod koniec roku pojawiły się nawet nowe rekordy. To
jednak tylko ceny, które są wprawdzie najważniejszym, ale nie jedynym
elementem oceny rynku. Gdy spojrzymy na rynek uwzględniając także zmianę
obrotu to wnioski będą już nieco inne. Jak widać na Wykresie1.gif widać
wyraźnie, że ostatnie wzrosty nie są potwierdzone przez obrót, co może mieć
przykre konsekwencje dla graczy liczących na dalszy wzrost cen. Taki układ
sprawia, że oczekiwanie kolejnego roku hossy jest dyskusyjne. No ale w końcu
to ceny o wszystkim decydują. Te na razie trzymają się wysoko, choć problem
z pokonanie szczytu z maja o czymś może świadczyć. Wykres2.gif pokazuje
poziom wsparcia, którego przełamanie umożliwi otwarcie krótkich pozycji. Na
razie do niego trochę brakuje, ale już teraz posiadanie pozycji długich nie
dla każdego jest zasadne.
Kamil Jaros
[email protected]