Nie ma to jak mocne wejście. Nie tak dawno spory szum wokół siebie zafundował kataloński La Caixa, który przymierza się do przejęcia finansowego imperium Getin Holding. A wyglądało, że Katalończycy szumu nie lubią - w placówce tego banku, która mieści się po sąsiedzku, zawsze imponowały mi elegancki wystrój i całkowity brak ruchu.
Po Katalończykach kolejne mocne wejście szykowali Włosi z UniCredit. Prezes Alessandro Profumo będzie dzisiaj anonsował wejście swojego giganta na warszawską giełdę. Oby nie skończyło się to jak w przypadku debiutu Banku Austria Creditanstalt, który najpierw robił za tuza GPW, a potem obroty akcjami tej spółki coraz bardziej zamierały. Wtedy bowiem pozostanie tylko duma z faktu, że kapitalizacja giełdy przekroczyła bilion złotych. Ale i żal, że nie zagościły u nas akcje PetroChina, która od razu załatwiłaby Warszawie wzrost kapitalizacji o prawie 700 mld dolarów.
Jednak konkurencja wśród Włochów na polskim rynku jest silna i debiut UniCredit popsuła grupa Carlo Tassara, która poinformowała, że wchodzi na polski rynek z 1,5 mld zł i menedżerami z BPH i Pekao. A to przecież nie koniec - start banku zapowiadają przecież i IDM, i grupa Allianz. Także Brytyjczycy z HSBC chcą rozwijać się na tym rynku.
Zapowiada się więc, że w przyszłym roku będzie gorąco w bankowości, bo każdy z nowych inwestorów będzie chciał wyrwać kawałek tortu z rąk starych graczy. Będzie więc płacz, łzy, zgrzytanie zębów, pot, podarte garnitury i poszarpane krawaty, a złote roleksy będą robiły za kastety. Pytanie tylko, czy tam, gdzie wielu się bije, skorzysta klient?