BCC i FZZ realizują wspólnie projekt współfinansowany przez Unię Europejską, który ma lobbing odmitologizować i wręcz zachęcić firmy, by w ten sposób współdecydowały o swoich losach. Przekonują oni przedsiębiorców oraz różne organizacje do tego, że warto interesować się losem projektów ustaw czy rozporządzeń. Problemem w Polsce jest jednak to, że urzędnicy boją się rozmawiać z przedstawicielami biznesu, a jeszcze bardziej z lobbystami. Dlatego też ustawa o lobbingu w praktyce nie działa. – Na liście lobbingowej jest 141 podmiotów, głównie agencji PR i kancelarii prawnych, a żadnego znanego lobbysty – mówił wczoraj na konferencji Arkadiusz Protas, wiceszef BCC.

O tym, że lobbing może być władzy oraz parlamentarzystom przydatny, przekonywał Bodo Lehmann z Komisji Europejskiej. Zwracał uwagę na to, że autorzy nowych przepisów nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jakie mogą one nieść konsekwencje. Do tego jednak, by styk biznes–polityka czy urzędnicy nie był postrzegany jako patologia, niezbędne są bardzo przejrzyste zasady. W KE za lobbing uznano każdą formę próby wywierania wpływu na legislację i wszyscy – czy to związki zawodowe, czy przedstawiciele biznesu – traktowani są na równi. W Polsce, jak przyznali uczestnicy konferencji, tego brakuje.

Po opisanej przez „Parkiet” sprawie ewentualnego lobbingu Commercial Union na zespole Komisji Trójstronnej każdy ekspert musi dokładnie powiedzieć, kogo reprezentuje, a nie tylko, jaka organizacja go zaprosiła. Podobne zmiany chciał wprowadzić w sejmowych komisjach Ryszard Kalisz, poseł Lewicy wspólnie z Fundacją im. Stefana Batorego. – Każda osoba niebędąca posłem musiałaby wypełnić formularz, choćby po to, by potem można było prześledzić, kto nad ustawą pracował – mówi Kalisz. Kancelaria Sejmu mu jednak odmówiła.