Reklama

Jest potencjał do wzrostu

Rozmowa z Leszkiem Audą, dyrektorem pionu zarządzania aktywami w AXA TFI

Publikacja: 22.01.2012 22:11

Leszkek Auda

Leszkek Auda

Foto: Archiwum

Czy poprawa nastrojów na giełdach ostatnich tygodni to dobry prognostyk na 2012 r., czy tylko krótkotrwały ruch?

To zdecydowanie zbyt mało, żeby mówić o trwałej poprawie nastrojów. Jestem dobrej myśli i uważam, że moment na inwestycje na giełdzie i powrót do funduszy akcji może nastąpić jeszcze w tym roku, jednak w najbliższych miesiącach w dalszym ciągu oczekuję dużej zmienności na rynkach kapitałowych. Ten rok może się okazać bardziej udany od ubiegłego, jednak nie wierzę w powrót wielkiej hossy.

Dlaczego?

Ten rok moim zdaniem może być podobny do ubiegłego w tym sensie, że dominować będzie trend boczny. W 2011 r. do lipca rynek akcji zachowywał się właściwie płasko, potem nastąpiło gwałtowne załamanie i ponowny trend boczny. W tym roku początek znów może być płaski, po czym nastąpi gwałtowny ruch w górę lub w dół, a następnie znów będzie płasko, raczej bez krystalizacji wyraźnego trendu. Za korektą w górę przemawiają lepsze od oczekiwań dane makroekonomiczne z USA oraz silna wola polityczna, aby zachować strefę euro. W pierwszym kwartale wiele krajów europejskich ma bardzo dużo obligacji do zrolowania, co będzie dużym czynnikiem niepewności. Jeżeli pieniądze się znajdą, a sądząc np. po aukcjach obligacji włoskich są chętni na te papiery, w strefie euro być może też nie będzie najgorzej.

Hossy z prawdziwego zdarzenia nie będzie moim zdaniem dlatego, że nadmiernego zadłużenia państw nie likwiduje się w ciągu miesiąca czy dwóch. Czekają nas długie miesiące albo i lata oszczędzania, delewarowania sektora bankowego, a to nie są okoliczności sprzyjające wzrostowi wycen. Sytuacja w tym roku może być po prostu lepsza dlatego, że inwestorzy poczują w końcu ulgę, że „finansowy koniec świata" nie nastąpił, a przedsiębiorstwa całkiem dobrze zniosły spowolnienie. Inwestorzy będą szukać wzrostu za rozsądną cenę albo stabilnych i wysokich stóp dywidendy.

Reklama
Reklama

Czego potrzeba, żeby hossa wróciła?

Do wielkiej hossy, o jakiej marzą inwestorzy, potrzeba pieniędzy i chęci do brania nowych kredytów. Wydaje mi się, że to nie jest jeszcze ten czas. Teraz trzeba twardo stąpać po ziemi, patrzeć na fundamenty. Wierzę w to, że na starannej selekcji inwestycji da się również zarobić. Będzie to trudniejsze niż w sytuacji, kiedy rośnie cały rynek, ale osobiście wolę takie okoliczności niż ślepy wzrost całego rynku, oparty na nadmiernej płynności. Moim zdaniem w najbliższych latach nie należy nastawiać się na szybkie pomnażanie oszczędności, ale raczej na walkę o zachowanie realnej wartości pieniędzy. Przy obecnych stopach procentowych w USA i strefie euro, rentownościach najbezpieczniejszych obligacji skarbowych – amerykańskich i niemieckich – oraz stopniu niepewności co do przyszłości, jest to nie lada wyzwanie. Stąd tak ważna jest dywersyfikacja na różne klasy aktywów. Długoterminowe obligacje dadzą zarobić w wariancie deflacyjnym, akcje powinny lepiej ochronić kapitały przy wzroście inflacji.

Co w takim razie mogą robić osoby inwestujące za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych?

To, co mogę zasugerować, to ostrożność i dywersyfikację. Ci, którzy chcą w tym momencie powierzyć swoje pieniądze funduszom, powinni przede wszystkim zdywersyfikować swój portfel inwestycji, wybierając głównie fundusze obligacji – lecz również akcji – aby przygotować się na różne warianty rozwoju wydarzeń. Oczywiście, w takich warunkach absolutnie niezbędne jest przyjęcie długoterminowej perspektywy inwestycyjnej, dostosowanej do indywidualnej sytuacji inwestora.

Czy pozytywne zachowanie giełd za oceanem może skłonić amerykańskich inwestorów do tego, żeby zaczęli kupować na GPW?

Wizerunek rynków wschodzących został mocno nadwerężony w ubiegłym roku. Nawet Goldman Sachs, tradycyjnie optymistycznie postrzegający te rynki, teraz podchodzi do nich ostrożniej. W przypadku Polski na pewno szkodzi nam położenie geograficzne i bycie w tym samym regionie co Węgry, które ostatnio nie mają najlepszej prasy na świecie.

Reklama
Reklama

Z drugiej jednak strony, rynek amerykański w 2011 r. praktycznie nie spadł, a to oznacza, że polskie akcje w stosunku do amerykańskich potaniały średnio o 20 proc. Do tego dochodzi efekt kursowy, deprecjacja złotego do dolara o kolejne niecałe 20 proc. Z punktu widzenia inwestora amerykańskiego akcje polskie są wyjątkowo tanie. Wydaje mi się, że przy niewielkiej nawet poprawie nastrojów globalnych, na polską giełdę może napłynąć kapitał z USA.

Czy to jest właśnie to, z czym mieliśmy do czynienia w ostatnich dniach? W jakim stopniu za wzrost na GPW mogli odpowiadać inwestorzy zagraniczni?

Trudno mi wyrokować, czy tak było. Niewykluczone, że tak. Świadczyć o tym może to, że złoty umacniał się zarówno do euro, jak i do dolara, zaś dziesięcioletnie obligacje przeżywały minihossę. Wiązałbym to z działalnością inwestorów zagranicznych. Być może ktoś w końcu zauważył, że nasze indeksy zostały daleko w tyle chociażby za DAX-em, a dodatkowo jest potencjał do wzrostu kursu złotego.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama