Bez krawata
I znów jest normalnie. Balon "wielkiej prywatyzacji" naszego nadwiślańskiego telekomu sflaczał, natomiast szara rzeczywistość zaskrzeczała ze zdwojoną siłą.Warszawski ryneczek kapitałowy akcje telefonów średnio kocha - spadają, choć tu i ówdzie słychać głosy, że wycena przy sprzedaży i tak była za niska - bo upłynniano nie tylko firmę, ale i zmonopolizowany rynek, na którym można upchnąć jeszcze dwa razy więcej telefonów niż obecnie (taki jest bowiem dystans do europejskiej średniej). Wydaje się, że tak naprawdę chodziło o szybkie pieniądze dla budżetu, a inwestorzy, demonstrując godną pochwały obywatelską postawę, na to zapotrzebowanie odpowiedzieli. Może kiedyś, gdy pojawi się mityczny inwestor strategiczny, zacznie się prawdziwy interes.Na razie firma pokazuje, że interesy robi tak, jak zawsze robiła i nie zamierza w najmniejszym stopniu zmieniać swoich, wypracowanych w czasach realsocu, postaw. Oto pojawił się problem pajęczarsko-hackerski i numerów na 0-700 (zmysłowe automatyczne sekretarki, audiotele i inne takie idiotele). Problem znany na całym świecie, dla naszego monooperatora dotkliwy, bo jakość zabezpieczeń żadna - mając pozycję monopolisty i w tym zakresie nie warto było specjalnie się wysilać.I cóż robi nasza, już giełdowa, firma? Ano wzorem dawnych lat blokuje część połączeń, w tym zamiejscowych, żeby uniemożliwić hackerom ich niecne praktyki. Przy okazji uniemożliwia nie-hackerom normalne rozmowy. Śmiem twierdzić, iż pseudoprywatyzacja TP SA wyrządziła tej firmie (a przy okazji nam) olbrzymią szkodę. Tezę tę potwierdza dodatkowo informacja o zabiegach naszego rządu, mających na celu wydłużenie okresu dostosowawczego dla telekomunikacji (czytaj: TP SA) w procesie wchodzenia do Unii. Innymi słowy, chodzi o utrwalenie monopolu i stworzenie dla niego przez najbliższe lata warunków cieplarnianych.Wielka akcja promocyjna przy okazji ułamkowej prywatyzacji miała ukryć przed publicznością choroby, które trawią giganta. Lekarstwa są dwa: konkurencja oraz inwestor, który potrząśnie zeskorupiałą strukturą. Nie trafiają mi do przekonania żadne argumenty mówiące o tym, że proces ten należy odłożyć. Bo nie sposób zgodzić się na to, że my, abonenci, mamy ciągle ponosić nienormalnie wysokie koszty telekomunikacji przy żenująco niskiej jakości. Te koszty, i to nie zawsze finansowe ponosi przecież cała gospodarka - nie bez racji problemy telekomunikacyjne zagraniczni inwestorzy postrzegają jako jedne z poważniejszych, utrudniających funkcjonowanie w Polsce.TP jest częściowo giełdowa, a przy okazji działająca po staremu. Przed wojną w Żyrardowie pewien żydowski krawiec powiesił szyld: "Modes - na podób Herse". Herse to był warszawski renomowany salon mody. Telekomunikacja jest właśnie "na podób". Prawdziwym beneficjantem są tak naprawdę pracownicy - ile nie będą warte ich akcje, i tak zarobią. Niesmakiem wręcz napawa dyskusja o podziale akcji pracowniczych między Pocztą Polską a TP.To kilka uwag po tygodniowej obecności TP SA na giełdzie i po tygodniowym milczeniu mojego zamarzniętego telefonu - tu, widać, ożywczy podmuch nie dotarł - o ja, naiwny - przecież sam piszę, że jeszcze nie musiał.
KRZYSZTOF MIKA