Czwartkowa sesja podzielona była na dwa etapy. W pierwszej części sesji utknęliśmy w konsolidacji i obroty zanotowane w jej trakcie należały do jednych z najniższych w marcu. Inwestorom brakowało wyraźnego impulsu, który mógłby zepchnąć WIG20 pod wsparcie w obszarze zeszłotygodniowej luki hossy lub doprowadzić do odbicia od tego poziomu. Ten nadszedł w połowie sesji,
gdy agencja S&P podniosła
rating Polski. Tą laurkę oficjalnie zawdzięczamy perspektywom
silnego zrównoważonego wzrostu, konkurencyjności i coraz bardziej zdywersyfikowanej gospodarce, oraz spadkowi zadłużenia zewnętrznego. Warto przy tym też dodać, że rating ograniczony jest przez polityczną niestabilność,
która uniemożliwia reformy
strukturalne. Po tym komunikacie wszystko na GPW stało się jasne. Na rynku walutowym błyskawicznie zaczął umacniać się złoty, a rynek długu i akcje musiały pójść
tym samym torem. W tym
momencie losy luki hossy były przesądzone, a jej testowanie począwszy od środowej sesji stało się wzmocnieniem dla byków.
Największy popyt widać było
od razu w sektorze bankowym, co ze względu na udział w indeksie przyczyniło się tylko do zdynamizowania wzrostu. Wzrostu, który, co ważne, odbywał się bez absolutnie żadnej przeszkody ze strony
podaży. Po zmianie nastrojów wywołanej podniesieniem ratingu i odbiciu od ważnego technicznego wsparcia nikt nie chciał
sprzedawać akcji. Przestrzegałbym jednak przed nadmiernym
optymizmem. Tak dynamiczne odreagowanie byki w głównej mierze zawdzięczają właśnie bierności
podaży. Impuls ze strony ratingu będzie jednak bardzo krótkotrwały. Proszę pamiętać, że większość
informacji przyczyniających się do decyzji S&P była już przez rynek zdyskontowana. Silny i zrównoważony wzrost gospodarczy opisały wszystkie media, a dyskusja o jego trwałości dotyczyła nie kwartałów, lecz lat. Podwyżki ratingów
bez wątpienia są optymistycznym argumentem, ale jednocześnie to trochę sytuacja analogiczna do tej, w której przysłowiowi fryzjerzy i taksówkarze zaczynają mówić o giełdowej hossie (ta wtedy ma się ku końcowi). Biorąc pod uwagę, że szczyt koniunktury w polskiej
gospodarce wypadnie właśnie w I połowie tego roku, to
w dłuższym terminie zbyt silny optymizm wywołany bieżącymi
danymi i komunikatami agencji
ratingowych może okazać się
pożywką dla późniejszych
spadków.