Rok na Catalyst kończy się nieprzyjemnymi wydarzeniami, które podkopują zaufanie do rynku, przede wszystkim w oczach detalicznych inwestorów, ale także fundusze inwestycyjne otrzymały bolesną lekcję. Kiedy przed miesiącem zapowiadałem listopad jako najczarniejszy miesiąc w historii rynku obligacji w Polsce, nie sądziłem, że odcień czerni okaże się aż tak głęboki. Poza planowanymi defaultami – tj. brakiem terminowego wykupu obligacji, głównie z powodu ogłoszonej wcześniej upadłości – doszły bowiem wnioski o ogłoszenie upadłości Kerdosu oraz Banku Spółdzielczego Rolnictwa i Rzemiosła w Wołominie.
Obydwa są bolesne dla rynku. Kerdos, ponieważ jest spółką giełdową z wieloletnimi tradycjami (wcześniej pod nazwą Hygienika), z charyzmatycznym menedżerem Kamilem Kliniewskim, który obiecywał inwestorom drugiego Rossmanna. Twarzą Dayli – bo tak nazywa się sieć drogerii – była sama Agnieszka Radwańska. Obligacje Kerdosu obejmowali przede wszystkim inwestorzy detaliczni, ale także fundusze inwestycyjne z grup Eques, Noble Funds, Allianz czy Unifundusze. Wszystkich wabiła wizja stosunkowo prostego biznesu, który Kerdos chciał zbudować, oraz stan bilansu i rachunku wyników, które potwierdzały zdolność spółki do obsługi zadłużenia. Nie po raz pierwszy okazało się jednak, że rzeczywistość i sprawozdawczość to dwa różne światy.
Jeszcze dalsze od realiów okazały się sprawozdania – także te zatwierdzone przez audytora – BSRiR. Wniosek o upadłość tego banku może się okazać kroplą przelewającą czarę goryczy – oto upada jeden z największych banków spółdzielczych, instytucja nadzorowana przez KNF i teoretycznie także przez bank zrzeszający, i już dziś wiadomo, że posiadacze obligacji nie dostaną za nie złamanego grosza. Obligacje podporządkowane w razie upadłości lub likwidacji banku spłacane są bowiem w ostatniej kolejności (przed akcjonariuszami).
Nadzieja w ratingach
Rynek dotarł do miejsca, z którego może nie być odwrotu. Owszem, bankrutują przede wszystkim spółki małe, które oferowały ryzykowne papiery, a oprocentowanie zazwyczaj i tak było zbyt niskie jak na skalę ryzyka. Plaga defaultów jest jednak tak duża, że nie można dłużej zrzucać winy na beztroskę inwestorów. Widać, że zawodzą główne elementy, które powinny ich chronić – przekonanie, że za oszustwa można trafić do więzienia oraz że upadłość jest krokiem w stronę spłaty wierzytelności z obligacji. To znaczy przekonanie jest dokładnie odwrotne – oszuści są coraz bardziej bezczelni, przekonani, że nic im nie grozi, a zabezpieczenia obligacji okazują się fatamorganą. Niby zostały zapisane, ale administratorzy zabezpieczeń zwykle odmawiają współpracy, co zamyka drogę windykacji już na jej początku.
W tej sytuacji jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się upowszechnienie niezależnych ocen ratingowych. Małe i średnie spółki, które nadal chcą wypuszczać obligacje, będą mogły to robić po poddaniu się niezależnej ocenie. Być może – i tylko być może – odbuduje to wiarę inwestorów w rynek obligacji małych firm.