Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) jest obecnie prawdopodobnie najbardziej znienawidzoną instytucją na rynkach finansowych. Nagle, kończąc w połowie stycznia obronę kursu minimalnego franka do euro, wywołał gwałtowną aprecjację franka, która doprowadziła do bankructwa wiele firm aktywnych na rynku walutowym. SNB i jego prezesa Thomasa Jordana z pewnością wyklinało wielu Polaków zadłużonych we frankach, a także szwajcarscy eksporterzy. Ich gniew był tym większy, że szwajcarski bank centralny nie dał wcześniej nawet najmniejszej wskazówki, że jest gotów coś takiego zrobić. Co więcej, na dwa dni przed porzuceniem obrony kursu franka wiceprezes SNB Jean-Pierre Danthine stwierdził, że powiązanie kursu narodowej waluty z euro jest „fundamentalną częścią polityki banku centralnego". Ledwo co porzucono obronę franka, a już 27 stycznia Danthine przekonywał, że SNB jest „fundamentalnie przygotowany", by interweniować na rynku. Jego słowa wywołały ostre, ale bardzo krótkotrwałe osłabienie szwajcarskiej waluty. Rynek zapewne przypomniał sobie, że do słów Danthine'a należy podchodzić ostrożnie, oraz uznał, że interwencja jest pewnie sprawą odległą. Skoro SNB tak szybko zmienia swoją politykę o 180 stopni, to czy nadal jest instytucją wiarygodną?