Wygląda na to, że największe tegoroczne zagrożenie dla euro zniknęło z radarów. Frexitu nie będzie – przynajmniej przez najbliższe pięć lat. Rynki wpadły w euforię, kiedy zwycięstwo w pierwszej turze francuskich wyborów parlamentarnych odniósł Emmanuel Macron, prounijny, centrolewicowy kandydat stylizujący się na technokratę. Inwestorzy szybko uznali, że ma on już niemal w kieszeni zwycięstwo nad swoją kontrkandydatką Marine Le Pen, nacjonalistką deklarującą chęć wyprowadzenia Francji ze strefy euro i zaprzęgnięcia Banku Francji w służbę rozbudowy krajowego przemysłu. Oczywiście, tego że fortuna się odmieni, a Le Pen wygra, nie da się w 100 proc. wykluczyć, ale na razie wszystko wskazuje, że większość wyborców przegranych kandydatów z lewicy i prawicy przekaże swoje głosy na Macrona, by zapobiec zwycięstwu kandydatki populistycznej prawicy. Tak było w 2002 r., gdy do drugiej tury wyborów przeszedł Jean-Marie Le Pen (ojciec Marine, obecnie skłócony z nią politycznie) oraz kandydat centroprawicy Jacques Chirac. Wygrał Chirac, uzyskując aż 87 proc. głosów. Le Pen spełnił zaś podobną rolę jak obecnie jego córka: wyeliminował słabsze sztuki z establishmentowego stada kandydatów.