W maju ceny towarów i usług konsumpcyjnych były średnio o 4,7 proc. wyższe niż rok wcześniej – wynika z wtorkowej publikacji GUS. To ciut mniejszy wzrost, niż podał GUS w tzw. szybkim szacunku (4,8 proc.), ale i tak najwyższy w tym roku.

Cenowe niespodzianki

Za tak wysoką inflację odpowiadają głównie znane już czynniki, takie jak utrzymujące się rosnące koszty użytkowania mieszkań (ogółem wzrost rok do roku o 6 proc., przy uwzględnieniu drożejącej energii, gazu i rosnących wciąż opłat za wywóz śmieci) czy transportu (za paliwa trzeba płacić o 33 proc. więcej niż rok wcześniej).

Niespodzianką jest za to wyższy od wzorca sezonowego wzrost cen żywności, która zdrożała miesiąc do miesiąca aż 0,6 proc. (w tym mięso drobiowe o 6,2 proc., owoce o 3,1 proc., jaja o 1,4 proc.).

Coraz większy wpływ na inflację ma też odmrażanie gospodarki i wzrost popandemicznej aktywności. – W kategoriach bazowych wyraźny wzrost widoczny był w branżach, które otwierały się po znoszeniu obostrzeń epidemicznych – zauważa Adam Antoniak, starszy ekonomista Banku Pekao. I tak ceny w restauracjach i hotelach wzrosły o 0,9 proc. miesiąc do miesiąca, co było najsilniejszym ruchem w maju od co najmniej 20 lat. Dalej – krajowa turystyka zorganizowana podrożała w ciągu miesiąca o 1,3 proc., usługi związane z kulturą o 2,3 proc., a szpitalne i sanatoryjne aż o 7,4 proc.

O wielkim zaskoczeniu można mówić w przypadku odzieży i obuwia, które zdrożały o 0,8 proc. w ujęciu rocznym, co jest przełamaniem trendu spadkowe w tej kategorii trwającego nieprzerwanie od blisko dziesięciu lat – zauważa PKO BP. Z kolei wzrost cen w kategorii wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego wyniósł 3 proc. rok do roku i był najwyższy od końca 2011 r. (np. meble są droższe 6,3 proc.).

Kiedy podwyżki stóp

Foto: GG Parkiet

Ekonomiści przewidują, że w kolejnych miesiącach wzrost cen utrzyma się na podwyższonych poziomach, w przedziale 4,5–5 proc. – Inflacja w Polsce szybko nie spadnie – uważa Dawid Pachucki, ekonomista ING Banku Śląskiego. – Zakłócenia w łańcuchach dostaw mogą potrwać nawet do przyszłego roku, a wtedy już nierównowagę między popytem i podażą będą dodatkowo wzmacniać odbicie konsumpcji gospodarstw domowych i impulsy w Polsce z unijnego Funduszu Odbudowy i Polskiego Ładu – wyjaśnia.

Podobne opinie mają Polacy, bo rosną także tzw. oczekiwania inflacyjne. W czerwcu Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), przygotowywany przez think tank BIEC, wzrósł o blisko 2 pkt w stosunku do maja, wskazując na poziom najwyższy od 2011 r.

W kontekście uporczywej inflacji w Polsce coraz ważniejsze jest pytanie, co zrobi Rada Polityki Pieniężnej. Dotychczas stała ona raczej na stanowisku, że najważniejszy jest wzrost gospodarczy, a inflacja – raczej przejściowa i niezależna od krajowej polityki pieniężnej.

Zdaniem Adama Glapińskiego, prezesa NBP, w kontekście ewentualnej podwyżki stóp procentowych kluczowe jest potwierdzenie w danych i projekcjach NBP ożywienia gospodarczego i pojawienie się presji popytowej we wskaźniku cen. Większość członków RPP utrzymuje tu gołębie nastawienie, ale nie wszyscy. We wtorek Eugeniusz Gatnar w telewizji Biznes24 ocenił, że twierdzenie, iż inflacja ma charakter podażowy, jest nie do końca prawdą. – Wzrost cen czy surowców wynika z ogromnego popytu, a więc mamy tutaj jednak inflację popytową. Nie ma też żadnych dowodów, że jest ona przejściowa – powiedział Gatnar.

– RPP ze spokojem przyjmuje ostatni wzrost inflacji, jednak jeżeli najbliższe dwie projekcje wskażą na ryzyko utrwalenia się jej na wysokim poziomie w średnim terminie, to należy się liczyć z reakcją w polityce pieniężnej – skomentował Adam Antoniak. – Naszym zdaniem podwyżka stóp jest możliwa już w listopadzie – zaznacza Dawid Pachucki.