Wraz z zatrzymaniem się amerykańskiego S&P 500 tuż przed progiem spadku o 10 proc. ze szczytu w trakcie marca i potem poprawieniem rekordów w trakcie kwietnia, w obserwowanych przeze mnie statystykach czas, jaki upłynął od ostatniej „correction” wydłużył się już do ponad roku. To już dość sporo, aczkolwiek w ostatniej dekadzie zdarzały się nawet dwukrotnie dłuższe trendy wzrostowe.

Głównym powodem, dla którego amerykański S&P 500 tak szybko wylizał się z ran odniesionych w wyniku marcowej zawieruchy, jest utrzymujący się solidny wzrost zysków spółek. Na początku sezonu publikacji raportów za zakończony I kwartał prognozy mówią o wzroście zysku na akcję rzędu 13 proc. rok do roku. To był prawdopodobnie już szósty kolejny kwartał z dwucyfrowym tempem poprawy wyników. I co ważne, przynajmniej na razie marcowy szok naftowy wcale nie wykoleił prognoz, które mówią o wzroście EPS w tym roku o ponad 19 proc. Zapewne główne założenie analityków jest tu takie, że wojna w Iranie i szkodliwy dla gospodarki skok cen paliw to przejściowy epizod.

Podczas gdy S&P 500 odrobił z nawiązką całe marcowe straty, to wskaźnik ceny do prognozowanych zysków spółek znalazł się wraz z tym odbiciem mniej więcej w połowie drogi między marcowym dołkiem (ok. 19) – w którym P/E zetknął się na chwilę z 10-letnią średnią – a szczytem z końcówki 2025 r., gdy wskaźnik był najwyżej od czasów tzw. bańki internetowej (ponad 23). Na Wall Street znów zrobiło się umiarkowanie (ale nie skrajnie) drogo.