Zwolennicy tej idei prześlizgują się jednak nad ekonomiczną stroną tego pomysłu. Zastanówmy się, jak te ponad 600 mld zł w Polsce (26 mln razy 12 miesięcy razy 2 tys. zł) miałyby być sfinansowane?

Pomysł: podatek od Big Tech-ów/AI i niech one finansują 100 proc. PDP. Musimy tu sobie zdać sprawę, że roboty/AI to tylko inna forma linii produkcyjnej czy oprogramowania. Zwróćmy uwagę, że nie opodatkowano internetu czy komputerów, których upowszechnienie także zlikwidowało czy ograniczyło zapotrzebowanie na wiele zawodów.

W zamyśle zwolenników opodatkowania AI należałoby opodatkować tworzoną przez firmy za jej pomocą wartość dodaną X. Brakuje tu jednak odpowiedzi na pytanie: kto pokryje koszty - surowce/energię, sprzęt, ryzyko kapitału i koszty finansowe? Cena produktu to marża (X) i koszty (Y). Nawet opodatkowanie 100 proc. marży X i przekazanie jej konsumentom w formie dochodu podstawowego nie wystarczy na zakup tego produktu, którego cena nadal wynosi X+Y – nawet zanim uwzględnimy fakt, że firmy przerzucą nowy podatek w ceny.

Załóżmy jednak teoretycznie, że państwo zabiera 90 proc. zysków firm technologicznych korzystających z AI. Nawet w takim nierealistycznym modelu wpływy będą niestabilne, relatywnie niewielkie wobec zapotrzebowania a i podatne na ucieczkę firm do przyjaznych reżimów podatkowych (nawet gdy się opodatkuje część dodatkowych zysków, państwem które to zrobi nie będzie raczej Polska). W efekcie otrzymamy PDP finansowany ze zmiennych dochodów, finansujący świadczenia, które mają być stabilne i przewidywalne.

Pamiętajmy tu, że jeśli AI i robotyzacja się upowszechnią oznaczać to będzie:

  • wzrost konkurencji (łatwiej będzie wejść na rynek),
  • spadek cen (czy to na wzrost popytu - ludzie nie będą mieli pieniędzy, czy obniżkę kosztów – nie po to ktoś automatyzuje produkcję aby te rosły),
  • w efekcie zmniejszenie się zysków większości firm,
  • nie wspomnę już o kurczącej się bazie podatkowej z PIT/VAT.

Czyli potencjalnie więcej produktów, ale po niższych cenach. A podatkiem można objąć jedynie wartość dodaną, o którą coraz trudniej przy powszechnym dostępie do AI. Spójrzmy na rolnictwo – postęp technologiczny zwiększył wydajność, ale obniżył marże i zwiększył konkurencję. Z AI będzie zapewne podobnie.

Obłożenie podatkiem firm w celu sfinansowania dochodów podstawowego okazuje się więc niewykonalne. Przyjrzyjmy się więc innym pomysłom na sfinansowanie tego świadczenia:

  • wydrukujmy potrzebne pieniądze. To wywoła wzrost cen i spadek realnej wartości PDP, tym wyższy im bardziej powszechny będzie PDP,
  • PDP tylko dla bezrobotnych. Jest alternatywa: zasiłek dla pozostającego bez pracy, nie windując jednak jego wysokości do poziomu zniechęcającego do jej podjęcia,
  • PDP niższy i tylko jako wsparcie dla pracowników, których wynagrodzenia nie rosną w wystarczającym tempie na skutek AI i robotyzacji. Alternatywnie można jednak podwyższyć kwotę wolną od PIT,
  • likwidacja innych programów (800+ itp.). W tym przypadku zabraknie kilkuset miliardów złotych,
  • wprowadźmy podatek od firm korzystających z AI w wysokości X proc. sprzedaży i przeznaczmy go na finansowanie PDP. Równie dobrze można jednak od razu podnieść VAT – skutek będzie taki sam, czyli podatek zapłaci konsument.

Nie zapominajmy też o jednym - w sytuacji, gdy PDP okaże się konieczny, stan budżetu będzie już najprawdopodobniej fatalny. Upowszechnienie AI zastępującej pracę ludzi (gdyby do tego doszło) sprawi, że niższa będzie baza podatku PIT i składek ZUS. To z kolei spowoduje, że zanim jeszcze zaczniemy w ogóle myśleć o wprowadzeniu podatku od AI aby sfinansować nowy koszt budżetu (PDP), danina ta może okazać się potrzebna aby pokryć istniejące już wydatki (emerytury, służba zdrowia, obronność, obsługa długu).

Pilotażowe badania PDP wykazały, że stałe dopłaty pozwalające zaspokoić minimalne potrzebny nie wywołały negatywnych skutków w postaci rezygnacji z pracy czy nieodpowiedniego wydawania przyznanych środków, a poprawiły dobrostan u osób objętych programem. Z badań wyszło, że gdy ludzie mają zapewnione minimum egzystencji, łatwiej też „inwestują w siebie” (edukacja, poprawa warunków życiowych). Nie miały także negatywnego wpływu na społeczność czy - z racji ograniczonego zasięgu - na finansujące je budżety.

Trudno było o inne rezultaty. Uczestnictwo w rocznym programie PDP to mała zachęta aby rzucić pracę. Pilotaż do końca życia – tu wyniki mogłoby być zupełnie inne. Trudno też, aby dodatkowe kilka tysięcy złotych na miesiąc dla tysiąca osób znacząco wpłynęło na ekonomię czy ceny w gospodarce. Rozdajmy te pieniądze każdemu i sytuacja się zmienia. To trochę tak, jakby badać szkodliwość/pozytywny wpływ alkoholu przez tydzień na grupce 10 osób, pijących jednego drinka dziennie. Lepsze samopoczucie gwarantowane, skutków uboczny brak. Ale żeby na bazie takiego eksperymentu wyciągać wnioski, że warto rozszerzyć ten program na zawsze i dla całej populacji?

PDP okazuje więc się mrzonką, atrakcyjną jako hasło wyborcze w przyszłości niż realne rozwiązanie spadku zapotrzebowania na pracę. Nie ma stabilnego sposobu na jego sfinansowanie, najbliższe rozwiązanie to przejęcie przez państwo wszystkich firm (i zasobów potrzebnych do produkcji) oraz świadczenie przez nie usług na zasadzie non-profit. A ten scenariusz akurat przerabialiśmy w naszej części Europy...