Mowa o tym, że giełda to pewnego rodzaju stan umysłu. Tak ją widzisz, jak sobie ją wyobrazisz. Rynki finansowe, w przeciwieństwie do miejskiego straganu, nie są scentralizowane. To nie jest miejsce, lecz jedna wielka chmura, zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Każdy smartfon, laptop, PC czy też czterokołowy wehikuł z zielonymi blachami stanowi element systemu analizującego, przetwarzającego czy też kopiącego dane. Zaczytany news na komórce, aktywowana formacja na ekranie notebooka, wygenerowany sygnał przez algorytm z domowego peceta czy też dawka endorfin podczas grania w Teslę (albo prowadzenia Cyberpunka) mają swoje odzwierciedlenie na rynkach finansowych. Pytanie tylko, jak taki przysłowiowy Kowalski może to zmonetyzować? Kogo słuchać, czego unikać, jak wybrać, kiedy sprzedać?

Na rynku dostępnych jest sporo zróżnicowanych rekomendacji, analiz, wycen, algorytmów i wiele innych narzędzi pozwalających podjąć decyzję. A raczej ją zablokować. Im więcej informacji, tym człowiek mniej rozumny. Jeżeli np. jeden papier pokrywany jest przez kilkunastu analityków fundamentalnych i zdecydowana większość mówi „kupuj", a cena w kolejnych tygodniach spada o ponad 30 proc., to jak tutaj o logiczne wnioski? (Podany przykład dotyczy akcji Pekao na 24 stycznia). W drugą stronę jest podobnie. Na przykład dla JSW, wg tzw. konsensusu Bloomberga z 25 lutego, stosunek negatywnych do pozytywnych rekomendacji wynosił 5:2. W sierpniu 2021 r. na dwie pozytywne wyceny przypadało aż sześć niepochlebnych, przy średniej cenie docelowej 23,19 zł. Były to momenty, w których węglowe byki rozpoczynały rajd na północ o kilkadziesiąt procent. Pod prąd fundamentom. Dopiero w ostatnim czasie doszło do dociągnięcia rekomendacji do bieżącej ceny rynkowej. Na dzień pisania tekstu średnia cena docelowa według dziewięciu analityków to 76,86 zł. Siedem ocen jest na plus, a jedna na minus. I jak tutaj przysłowiowy Kowalski może podjąć decyzję? Kupić, bo tak mówią prawie wszyscy (analitycy fundamentalni), czy może jednak sprzedać, ponieważ historia ostatnich kwartałów pokazuje, że podejście kontrariańskie nie jest takie złe?

Inwestor walczy nie tylko z podpowiadaczami, ale także z wewnętrznymi demonami. Rozwijają one skrzydła zarówno podczas zyskownych okresów, jak i w trakcie erozji kapitału. Kiedy portfel wirtualnie puchnie, rośnie presja na realizację zysków czy też chęć wyciągnięcia z rynku jak najwięcej. Satanael kusi wizją ogromnych i szybkich zysków. Podczas spadków potęguje z kolei strach związany z ewentualną bessą i utratą majątku. Mastema przekonuje, że dołek jest tuż tuż i warto przeczekać przecenę na rynku. Emocje biorą górę, strach i chciwość przejmują stery i bez odpowiedniego planu łatwo o błędy czy też definitywną porażkę. Nokaut tuż przed nową falą hossy. Z pomocą może przyjść odpowiednio wykonana i zapisana na papierze analiza techniczna.

Jednym z możliwych sposobów na pokonanie alter ego jest zasada żółtych karteczek przedzielonych chińskim murem. Doktryna bazująca na azjatyckiej budowli zakłada, że nic istotnego nie może się przedostać z jednej na drugą stronę. Coś takiego obowiązuje wewnątrz organizacji, w ramach której pracownicy wspólnie piją kawę i dzielą się ciastkiem, ale nie tym, nad czym pracują. Niepożądany przepływ informacji mógłby doprowadzić do zmiany oceny oraz sposobu wykonywania obowiązków. Inaczej – gdyby gospodarz w piątek spoufalił się z indykiem, to weekend miałby wegański. Wracając do przysłowiowego Kowalskiego, który według mnie powinien być zarówno analitykiem technicznym, jak i zarządzającym w jednej postaci, ww. reguła dotyczy konsekwencji w realizacji zapisanego planu. Wystarczy jedna karteczka koloru np. żółtego oraz para sprawnych dłoni.

Dla około 80 proc. inwestorów przepis wygląda następująco: prawa rączka chwyta coś do pisania i notuje najważniejsze elementy rozkładu jazdy na najbliższy czas. Może to być jedna sesja, tydzień, miesiąc czy też dłuższy horyzont. Ganz egal. Najważniejszy jest stop loss, czyli warunek, którego spełnienie zamyka pozycję. Dobór odpowiedniej metody wymaga doświadczenia, ale nikt nie mówił, że będzie to łatwy i prosty sposób. Drugi element to cel, jakim może być np. poziom ceny albo miejsce na wykresie, do którego powinny dotrzeć ceny. Ex post jest to arcytrudne zadanie i w momencie zajmowania pozycji na rynku wręcz niemożliwe do precyzyjnego określenia. Lewą część wykresu zna każdy, prawej – nikt. Dlatego też ważne jest, aby określić pewien wachlarz dopuszczalnych wahań. Wskazane jest także użycie metody żółwia, czyli podnoszenie poziomów stop loss wraz z wybijaniem kolejnych oporów. Innym, często niedocenianym podpunktem planu jest wskazanie warunków brzegowych, jak: jeżeli kurs zyska 10 proc. w jeden dzień i następnego otworzy się z luką hossy, należy skrócić pozycję o 25 proc. Albo udany test poziomu stop loss umożliwi dokupienie akcji. Tutaj można stosować niezliczoną ilość warunków, nawet czasowych: sprzedać na piątkowym zamknięciu, odkupić w poniedziałek na otwarciu. Tam, gdzie dwóch analityków, tam trzy zdania. Normalna sprawa. Każdy z inwestorów ma swoje know how. Trzeba jednak to przelać na papier. Jeżeli jedna strona żółtej karteczki nie wystarczy, można wykorzystać rewers.

Kiedy już taki plan będzie gotowy (według najlepszej wiedzy, doświadczenia, no i przeczucia), do gry wkracza lewa dłoń. Przejmuje karteczkę i pełniąc funkcję legislacyjną, stanowi prawo do momentu zamknięcia pozycji. Od tej pory stawiany jest chiński mur i nic z prawej flanki nie może się przedostać do lewej. Zadaniem prawej dłoni jest postępowanie zgodnie z rozkładem jazdy na najbliższy czas. I nie ważne, co za uchem będzie szeptał Satanael czy Mastema. Nieistotne, co się będzie działo na wykresie i wokół niego. Zadanie należy wykonać zgodnie z planem. A następnym razem, kiedy ponownie na stole pojawi się czysta karteczka koloru żółtego, będzie można udoskonalić na nowo pomysł na rynek. Ale w trakcie gry zasad nie powinno się zmieniać.