Nad Hongkongiem zawisła groźba krwawego stłumienia protestów społecznych. W Shenzhen, czyli metropolii położonej tuż przy granicy tego Specjalnego Regionu Administracyjnego ChRL, gromadzą się wojska, a dowódcy tych oddziałów dają do zrozumienia, że gdy tylko dostaną rozkaz, w ciągu 10 minut mogą wjechać do Hongkongu. Amerykański prezydent Donald Trump zagroził więc Chinom, że jeśli brutalnie stłumią protesty społeczne, to będzie trudno mu zawrzeć umowę handlową z Pekinem. Władze ChRL odpowiedziały mu, że jeśli będzie się mieszał do „spraw wewnętrznych Chin", to nie ma co liczyć na taką umowę. Kryzys w Hongkongu może się więc okazać wydarzeniem, które ostatecznie pogrzebie szanse na rozejm w wojnie handlowej supermocarstw. Chiny nie mogą więc działać pochopnie. A z elit samego Hongkongu płyną sygnały mówiące, że interwencja byłaby dla nich katastrofą. Li Ka-shing, najbogatszy mieszkaniec tej metropolii, wykupił w gazetach ogłoszenia, w których apelował do władz Hongkongu i demonstrantów o opamiętanie. Carrie Lam, prochińska szefowa administracji Hongkongu, w zeszłym tygodniu nagle uderzyła w pojednawcze tony i opowiedziała się za dialogiem z protestującymi. Pacyfikująca tych demonstrantów policja nagle zaś ogłosiła, że nie ma żadnych dowodów na to, by protesty były podsycane przez zagranicę (tak jak twierdzi Pekin). W poprzedni weekend w protestach uczestniczyło nawet 1,7 mln ludzi. Bunt jest więc zbyt duży, by go zdusić tradycyjnymi metodami. A jednocześnie na tyle duży, że zaczyna ciążyć gospodarce i rynkom Hongkongu.
Skutki interwencji
Hang Seng, główny indeks giełdy w Hongkongu, przez ostatni miesiąc spadł o 8 proc., a od początku roku wzrósł o mniej niż 1 proc. Prognozy analityków mówią, że zyski spółek z tego indeksu mogą w tym roku spaść o 19 proc. To oczywiście w dużym stopniu skutek spowolnienia gospodarczego w Chinach, ale swoje robi też niepokój inwestorów związany z protestami. Dolar Hongkongu jest powiązany kursowo z dolarem amerykańskim na poziomie wynoszącym około 7,8 HKD za 1 USD, ale część analityków już zastanawia się, czy bank centralny przesunie pasmo wahań kursowych, jeśli odpływ kapitału będzie większy niż się spodziewano. Gospodarka Hongkongu skurczyła się w drugim kwartale o 0,4 proc. kw./kw. Jeśli do spadku PKB dojdzie również w trzecim kwartale, to metropolia będzie pogrążona w recesji po raz pierwszy od dziesięciu lat. Spadają rezerwacje w hotelach, a handel doznaje spowolnienia. Carrie Lam twierdzi, że sytuacja jest gorsza niż podczas epidemii SARS w 2003 r. czy podczas kryzysu z lat 2008–2009. Chińskie groźby inwazji mogą jedynie wzmóc niepokój inwestorów.
„Spodziewamy się, że PKB Hongkongu spadnie o 1 proc. kw./kw. w trzecim kwartale. Jeśli zostanie zrealizowany scenariusz mówiący o chińskiej interwencji wojskowej, to gospodarka bardzo mocno się skurczy. Nawet jeżeli założymy, że to zagrożenie się nie zmaterializuje, to sama groźba wystarczy, by sprowokować odpływ kapitału" – piszą analitycy Capital Economics.
Ewentualna inwazja mogłaby być również wstrząsem dla chińskiego rynku finansowego. Hongkong, na podstawie porozumienia Chin z Wielką Brytanią, jest przecież terytorium mającym status specjalny. Obowiązuje na nim zasada „jeden kraj, dwa systemy". Jest on częścią ChRL, ale posiadającą własny system polityczny i gospodarczy. Chiny, przejmując Hongkong, formalnie zgodziły się na utrzymywanie w nim przez kilka dekad dotychczasowych swobód. Choć od lat w różny sposób ingerowały w życie tego Specjalnego Regionu Administracyjnego (np. regulując kwestie migracji lub prowadząc w nim operacje swojej bezpieki), to jednak otwarta interwencja byłaby wstrząsem dla inwestorów. Szybko byłaby porównywana z masakrą na pekińskim placu Tiananmen w 1989 r. Niektórzy opozycjoniści z Hongkongu prognozują więc, że władze ChRL zdecydują się na wariant pośredni – wyślą do miasta swoich żołnierzy i milicjantów przebranych w mundury policji z Hongkongu. Dla Pekinu najwygodniej będzie, by odium za stłumienie protestów spadło na władze lokalne.
– Protesty w Hongkongu zostaną rozwiązane w wyniku ugody lub stłumione przed 1 października, czyli przed 70. rocznicą powołania Chińskiej Republiki Ludowej – uważa David Roche, założyciel firmy Independent Strategy. Jego zdaniem to, jak zostanie rozwiązana kwestia buntu w Hongkongu, będzie zależało m.in. od tego, jak będą się kształtowały relacje pomiędzy USA a Chinami.