REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Świat

Supermocarstwa szykują się na długą rywalizację

Negocjowana umowa handlowa pomiędzy Waszyngtonem i Pekinem nie zakończy ich ostrej globalnej gry. To może być tylko rozejm.

Amerykański sekretarz skarbu Steven Mnuchin (pierwszy z prawej) zapewniał, że rozmowy z chińskim wicepremierem Liu He (w środku) były owocne.

Foto: AFP

 

Amerykańsko-chińskie porozumienie handlowe niektórzy porównują do majaczącego na horyzoncie mirażu, który daje nadzieję inwestorom na to, że globalna gospodarka może uniknąć w tym roku gwałtownego wstrząsu. Czy jest to jednak rzeczywiście miraż? O tym, że porozumienie handlowe jest „bardzo bliskie", słyszymy już od wielu tygodni. I za każdym razem pojawiają się jego ogólne zarysy. Powtarzające się przecieki mówią, że Chińczycy obiecali kupować więcej amerykańskich dóbr i otworzyć szerzej swoją gospodarkę. W sumie te same zapowiedzi słyszeliśmy również przed zeszłorocznym wybuchem wojny handlowej. Czyżby więc Chińczycy zwodzili administrację Trumpa pustymi obietnicami? Czyżby liczyli, że da się tę szaradę przeciągać aż do przyszłorocznych amerykańskich wyborów prezydenckich? Z drugiej strony Amerykanie dają do zrozumienia, że łatwo Chinom nie ustąpią. Karne cła nałożone na chińskie produkty nie zostały zniesione, mimo że w grudniu obie strony ogłosiły rozejm handlowy. Amerykanie zwiększają również presję na Chiny, choćby naciskając swoich sojuszników, by nie dopuszczali chińskich koncernów Huawei i ZTE do budowy sieci telekomunikacyjnych 5G. Wypowiedzi sekretarza stanu Mike'a Pompeo, dotyczące np. chińskiej ekspansji biznesowej w Ameryce Łacińskiej, również jasno wskazują, że waszyngtońska administracja wyraźnie traktuje Chiny jako swojego przeciwnika. I w związku z tym umowa handlowa, która jest obecnie negocjowana (do zamknięcia tego wydania „Parkietu" nie została jeszcze ogłoszona), powinna być traktowana jako instrument pozwalający obu stronom na lepsze przygotowanie się do dalszych faz konfrontacji geopolitycznej. Graham Allison, doradca kilku amerykańskich sekretarzy obrony, w swojej książce „Skazani na wojnę?" wskazuje, że obecne zwarcie Chin i USA to rodzaj konfliktu, który często pojawiał się w historii świata. Stare mocarstwo (USA), zaniepokojone pojawieniem się silnego rywala (Chin), stara się przeszkodzić młodemu pretendentowi w prześcignięciu go pod względem potęgi. Wiele razy w dziejach zdarzało się, że taki spór przeradzał się w „gorącą" wojnę. Tym razem jednak może się skończyć na podobnym scenariuszu jak w konflikcie pomiędzy USA i ZSRR w czasach zimnej wojny.

Obustronne zniszczenia

Eksperci niechętni Trumpowi często wskazują, że to USA przegrywają wojnę handlową z Chinami. Mają o tym świadczyć dane o handlu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a ChRL. Amerykański deficyt w handlu dobrami z Chinami wzrósł z 375,6 mld USD w 2017 r. do rekordowych 419,2 mld USD w 2018 r. Paradoksalnie to jeden ze skutków dobrej koniunktury gospodarczej w USA i tego, że amerykańscy importerzy, w reakcji na zapowiedzi nakładania kolejnych karnych ceł, sprowadzali na zapas więcej chińskich produktów. Czy jednak wzrost deficytu w handlu z Chinami był jakimś szczególnie silnym ciosem w gospodarkę USA? Amerykański wzrost gospodarczy przyspieszył w 2018 r. do 2,9 proc. (Co prawda sprzyjała mu fiskalna stymulacja, ale hamowało go zacieśnianie polityki pieniężnej). Stopa bezrobocia spadła do najniższego poziomu od 50 lat. Wprawdzie część farmerów i eksporterów poniosła straty w związku z wojną handlową, ale prognozy mówiące o tym, że ten konflikt wywoła recesję, okazały się błędne.

Czy Chiny można jednak uznać za zwycięzców tego starcia? Ich wzrost gospodarczy zwolnił w końcówce zeszłego roku i w pierwszym kwartale 2019 r. do 6,4 proc. Może to wciąż wyglądać na imponujące tempo, ale było ono najniższe od 1992 r. Chińskie oficjalne dane gospodarcze od dawna wzbudzają zaś wiele podejrzeń co do ich rzetelności. Prawdziwe tempo wzrostu jest więc zapewne niższe. Indeks PMI mierzący koniunkturę w przemyśle był przez trzy miesiące na przełomie roku na „recesyjnym terytorium", czyli poniżej 50 pkt. Chiński eksport spadł w lutym aż o 20,7 proc. r./r. Co prawda w marcu widać było wyraźną poprawę (eksport wzrósł o 14,2 proc., przemysłowy PMI skoczył do 50,5 pkt), ale było to głównie spowodowane stymulacją gospodarki przez rząd oraz... nadziejami na zakończenie wojny handlowej. Może i Chiny są wciąż dalekie od załamania gospodarczego, ale władze w Pekinie nie chcą przedłużać tego kryzysu. Dlatego zgodziły się na negocjacje z Amerykanami.

Obie strony mogą więc czuć, że nie są jeszcze wystarczająco przygotowane do konfrontacji. A to tworzy środowisko do zawarcia układu handlowego. Obie strony są też jednak świadome, że ta umowa będzie tylko tymczasowym rozejmem. – Myślę, że USA i Chinom uda się wypracować umowę dotyczącą handlu. Moim zdaniem przetrwa ona jednak tylko jakiś rok lub półtora. Jest potrzebna do wyborów prezydenckich w USA. Trump walczy o reelekcję i potrzebuje spokoju na tym froncie. Niezależnie jednak od tego, kto wygra wybory prezydenckie, jest bardzo prawdopodobne, że po nich powróci konflikt handlowy. A niezależnie od tego będzie trwała rywalizacja USA z Chinami na polu technologicznym i w kwestiach geopolitycznych – mówi „Parkietowi" Stanisław Aleksander Niewiński, ekspert Instytutu Spraw Zagranicznych Collegium Nobilium Opoliense.

Mechanizm weryfikacji

O zimnowojennym podejściu obu stron do rywalizacji handlowej świadczy opisany przez Stevena Mnuchina, amerykańskiego sekretarza skarbu, mechanizm mający gwarantować wypełnianie warunków umowy. Mnuchin odbył niedawno serię rozmów z chińskim wicepremierem Liu He. – Zgodziliśmy się co do mechanizmu nadzorczego. Zgodziliśmy się, że obie strony otworzą biura nadzoru, które będą się zajmowały sprawami bieżącymi – powiedział Mnuchin. Jeśli więc amerykańskie biuro uzna, że Chiny nie wywiązują się z obietnicy zwiększenia ochrony własności intelektualnej lub gdy chińskie biuro uzna, że produkty z Państwa Środka są dyskryminowane w USA, to umowa handlowa będzie mogła zostać zawieszona. To mechanizm wychodzący poza standardy obowiązujące w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Jego powstanie może więc rozpocząć proces marginalizacji WTO na rzecz podobnych porozumień dwustronnych (USA–UE, USA–Japonia, USA–Meksyk...). Nieco przypomina on również mechanizmy, jakie wypracowały USA i ZSRR w trakcie zimnej wojny, by uniknąć niepotrzebnych incydentów zbrojnych. Zwaśnione supermocarstwa zawierały wówczas różne umowy dotyczące kontroli zbrojeń i procedur pozwalających na uniknięcie przypadkowego wybuchu wojny nuklearnej.

– Umowa handlowa przekroczyła już 150 stron i są one poddawane dyskusji. Nie ma ograniczeń czasowych dla jej zawarcia, ale staramy się to zrobić szybko – powiedział Mnuchin. Z jego zapowiedzi wynikało, że rozmowy będą kontynuowane również po Świętach Wielkanocnych. Na razie nie wyznaczono jeszcze daty wizyty chińskiego prezydenta Xi Jinpinga w USA. Miałby on wówczas razem z Donaldem Trumpem podpisać porozumienie. Trump dawał jakiś czas do zrozumienia, że zawarcie tej umowy wciąż nie jest w 100 proc. pewne. Może odejść od stołu negocjacyjnego, tak jak to zrobił w Hanoi podczas ostatniego spotkania z Kim Dżong Unem, przywódcą Korei Północnej. – Nie mówimy o zniesieniu ceł. Mówimy o utrzymaniu ich przez znaczący okres, gdyż chcemy się upewnić, że gdy Chiny podpiszą umowę, to będą się do niej stosować – powiedział pod koniec marca Trump. Amerykański prezydent potrzyma jeszcze przez pewien czas świat w niepewności, ale przedwyborcze kalkulacje mogą go mocno skłaniać do zawarcia umowy z Chinami. Jeśli Chiny zgodzą się np. sprowadzać więcej amerykańskiej żywności, to Trump będzie mógł mówić na wiecach, że nikt tak dobrze jak on nie dba o interesy farmerów.

Sygnałem mówiącym o tym, że porozumienie z Chinami może być bliskie, są również oznaki otwierania przez USA nowego frontu wojny handlowej – tym razem przeciwko UE. W ostatnich tygodniach pojawiły się przecieki mówiące, że administracja Trumpa może nałożyć karne cła na część europejskich produktów. Miałby to być odwet za subsydia przyznawane przez europejskie rządy Airbusowi. Amerykańsko-unijne negocjacje handlowe mają się wkrótce rozpocząć, a zakończenie starć na chińskim froncie handlowym z pewnością da Amerykanom większe pole do manewru, by przycisnąć Europejczyków. Sytuację komplikuje to, że Parlament Europejski już odmówił zatwierdzenia mandatu negocjacyjnego dla Komisji Europejskiej (co obecnie ma znaczenie głównie symboliczne, ale jest groźnym sygnałem, gdyż Parlament będzie później głosował nad przyjęciem umowy z USA). Wstrzymanie amerykańsko-chińskiej konfrontacji nie oznacza więc globalnego pokoju handlowego.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA