REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Kraj

Mamy szanse na boom inwestycyjny

Gościem Grzegorza Siemionczyka w środowym wydaniu programu „Prosto z parkietu” był Marcin Mrowiec, główny ekonomista banku Pekao.

Foto: Lamus Antykwariaty Warszawskie

Ekonomiści z NBP oceniają, że tzw. potencjalne tempo wzrostu polskiej gospodarki wynosi 3,7 proc. rocznie. To mniej więcej tyle samo, ile średnio wynosiło tempo rozwoju Polski w ostatnich 30 latach. Tymczasem jeszcze niedawno NBP, podobnie jak większość ekonomistów, oceniał, że tak szybki rozwój nie może się utrzymać, choćby z powodu wyczerpywania się rąk do pracy. Bariera demograficzna nie jest tak duża, jak się wydawało?

Potencjalne tempo wzrostu to nie jest zmienna obserwowalna, tylko pewien szacunek, który bazuje na wielu założeniach. Jeśli rzeczywisty wzrost gospodarki w ostatnich latach był szybki, a nie było widać presji inflacyjnej, to można z tego wyciągnąć wniosek, że potencjał był wyższy, niż sądziliśmy. Poza tym na początku tego roku pozytywnie zaskoczyły inwestycje. Być może analitycy z NBP zakładają, że one będą dalej szybko rosły.

Na pewno zakładają, że wydajność pracy będzie rosła szybciej, niż dotąd sądzili. Czy są jakieś powody, aby sądzić, że wzrost wydajności przyspieszy na tyle, żeby skompensować stagnację zatrudnienia?

Jeśli chodzi o produktywność, pewne rezerwy faktycznie widać, np. w zakresie organizacji produkcji. Pewien przedsiębiorca z branży meblarskiej powiedział mi niedawno, że planuje zbudowanie magazynu, który pozwoli mu produkować dłuższe serie. Dzięki temu skrócą się przestoje potrzebne na dostosowanie maszyn. Jak oceniał, to podniesie jego produktywność o kilkadziesiąt procent. Ten przykład pokazuje, że zmiany sposobu organizacji produkcji mogą być bardzo istotne. A coraz droższa i mniej dostępna praca będzie takie zmiany na firmach wymuszała.

Przyspieszenie inwestycji, które odnotowaliśmy na początku roku, ma taki właśnie charakter?

Tym, co najbardziej zaskoczyło w I kwartale, były inwestycje największych firm, które i tak się pod tym względem w ostatnich latach wyróżniały. To są w dużej mierze firmy zagraniczne, które są częścią europejskich a nawet globalnych łańcuchów wartości dodanej. Dla takich firm istotne jest to, że pomimo wzrostu kosztu pracy w Polsce wciąż jest on dwu- albo trzykrotnie niższy niż średnio w UE. Dlatego wciąż opłaca się im tu inwestować, dodawać zdolności produkcyjne. To po części tłumaczy naszą odporność na spowolnienie w Europie Zachodniej. Jeśli globalna firma zmniejsza sprzedaż, to w pierwszej kolejności wyłącza te moce produkcyjne, które są najdroższe.

W tym świetle można zakładać, że boom inwestycyjny z początku roku szybko nie wygaśnie?

Jest jeszcze za wcześnie, aby mówić o boomie. Ale rzeczywiście widać przestrzeń, aby inwestycje nadal pozytywnie zaskakiwały. Z jednej strony wiemy, że cykl koniunkturalny jest już w późnym stadium. Z drugiej strony, w tym cyklu rosły dość niemrawo, biorąc pod uwagę poziom wykorzystania mocy produkcyjnych, zasoby gotówki w firmach oraz skłonność banków do udzielania kredytów. Jest tu więc pewien niewykorzystany potencjał. A dodatkowo coraz mniejsza dostępność pracowników stanowi stały bodziec do inwestowania w automatyzację. Żeby przedsiębiorcy to robili, należy im jednak dać sygnał, że nie będą stale zaskakiwani regulacjami i zmianami w podatkach. Przedsiębiorcom nie trzeba nawet specjalnie pomagać, wystarczy im nie przeszkadzać, zapewniając stabilność prowadzenia działalności.

Wróćmy do produktu potencjalnego. Jeśli NBP ocenia, że on będzie rósł w tempie 3,7 proc. rocznie, to dopóty, dopóki rzeczywisty wzrost PKB będzie zbliżony lub niższy – a na to się zanosi – w Polsce nie pojawi się istotna presja inflacyjna?

Teoretycznie tak, ale rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. Jakkolwiek by liczyć, gospodarka w ostatnich latach rosła szybciej niż produkt potencjalny. Mimo to inflacja była niska. Jednym z czynników, które to tłumaczą, jest dynamiczny wzrost eksportu. Przedsiębiorstwa realizują na eksporcie dodatkową marżę m.in. dzięki relatywnie słabemu złotemu. Dzięki temu na krajowym rynku godzą się na to, że z powodu silnej konkurencji trzeba trzymać niskie ceny. Ale w kontekście rosnących kosztów pracy ta sytuacja nie może się utrzymywać wiecznie. Z tego powodu, nawet jeśli w przyszłym roku gospodarka będzie rosła wolniej niż produkt potencjalny, inflacja i tak może przyspieszać. Jesteśmy u progu systematycznego wzrostu cen.

NBP zakłada, że inflacja będzie przyspieszała do I kwartału 2020 r., gdy osiągnie maksimum na poziomie nieco powyżej 3 proc., po czym zacznie tracić impet. Osłabienie koniunktury ma sprawić, że w trakcie 2020 r. słabła będzie nawet inflacja bazowa, nieobejmująca cen energii i żywności.

Nasz bazowy scenariusz jest zbliżony. Uważam jednak, że rozkład ryzyka jest asymetryczny, a bardziej prawdopodobna jest wyższa inflacja.

NBP ocenia, że bardziej prawdopodobna jest niższa inflacja.

Przy założeniu, że wyraźnie pogłębi się spowolnienie gospodarcze na świecie, tak może być. Ale jeśli koniunktura będzie stabilna, to presja inflacyjna będzie się nasilała. Inflację do góry popchną ceny energii elektrycznej, choć nie wiadomo, w jakim stopniu. Na to nakłada się ryzyko skoku cen ropy naftowej w związku z napięciami wokół Iranu. W takiej sytuacji wzrosłyby nie tylko ceny transportu, ale wystąpiłyby też tzw. efekty drugiej rundy. Firmy, które chcą podnosić ceny, ale tego nie robią z powodu konkurencji, w razie jednoczesnego wzrostu cen energii, transportu i pracy przestałyby się wstrzymywać.

Ceny energii podbiją inflację przejściowo. W twojej ocenie systematycznie przyspieszała będzie także inflacja bazowa?

Tak. Ale te czynniki ryzyka, o których wspomniałem, też nie są przejściowe. Energia będzie drożała także w średnim terminie z powodu wyzwań w naszym sektorze energetycznym. Ceny żywności też przez kilka lat zaskakiwały w dół i wygląda na to, że jesteśmy na początku odwracania się tego procesu. W przypadku cen owoców i warzyw o krótkim terminie przydatności ważne są m.in.koszty zbioru, które będą rosły.

RPP będzie musiała podwyższać stopy procentowe w czasie, gdy inne banki centralne myślą o łagodzeniu polityki pieniężnej?

RPP jest w trudnej sytuacji. Jeśli chodzi o czynniki krajowe, przez jakiś czas będzie się można czarować, że nawet jeśli inflacja wzrośnie, to za chwilę spadnie. Ale inflacja bazowa będzie moim zdaniem rosła i to będzie sygnał dla RPP, że mamy do czynienia z jakąś presją. Poza tym jeśli inflacja przez dłuższy czas będzie powyżej celu (2,5 proc. – red.), to nawet jeśli pozostanie w paśmie dopuszczalnych odchyleń (do 3,5 proc. – red.), RPP będzie musiała brać pod uwagę oddziaływanie tego czynnika na ceny nieruchomości i ryzyko powstania bańki na tym rynku. Przy dzisiejszym oprocentowaniu lokat inflacja będzie wypychała oszczędności na rynek nieruchomości i będzie coraz więcej chętnych do ich kupowania. A z drugiej strony, biorąc pod uwagę oczekiwania pod adresem globalnych banków centralnych, RPP nie ma komfortu podnoszenia stóp, bo prawdopodobnie umocniłoby to złotego i podcięło wzrost gospodarczy.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA